Peer Steinbrück. Człowiek, który rzucił wyzwanie Merkel

Peer Steinbrück otrzymał przed półtora rokiem oficjalną nominację na kandydata SPD na kanclerza w wyborach powszechnych 2013 r. Od tego czasu często udawało mu się strzelać sobie w stopę.

Kandydat SPD na kanclerza w wyborach powszechnych jest mistrzem retoryki i ekspertem finansowym. Nie jest jednak typowym politykiem, który piął się żmudnie po szczeblach partyjnej hierarchii. Urodzony w 1947 roku w Hamburgu karierę rozpoczynał w administracji i przez kilka lat zajmował wysokie stanowiska w ministerstwach. Przez dwa i pół roku był szefem rządu Nadrenii Północnej-Westfalii. Fama niesie, że ton jego poleceń przypomina raczej rozkazy niż uprzejme prośby.

Także w szeregach macierzystej partii wywoływał niejednokrotnie wzburzenie wypowiedziami bez ogródek, ostrym tonem i pełnym sarkazmu humorem. Krytycy zasiadający także w szeregach samej SPD obawiali się, że mógłby stać się reedycją Gerharda Schrödera, który potrafił ucinać dyskusję słowem "Basta!" i bezwzględnie stawiał na swoim.

Słaby dyplomata

Jest urodzonym solistą. Jego wystąpienia są zazwyczaj bardzo jasne i klarowne, posługuje się językiem potocznym, często sięga po metafory. A całość jest przekazywana ex cathedra, w pouczającym tonie. Czasami sprawia wrażenie aroganckiego, ale bywa też zabawny i mało dyplomatyczny, bo częściej niż inni politycy wypowiada głośno, to co inni tylko myślą w cichości ducha. Nie wszystkim się to podoba. Dla niektórych socjaldemokratów Steinbrück jest zbyt wyniosły, przeintelektualizowany, burżuazyjny. Ale ma się wobec niego respekt - najmniej może lewe skrzydło SPD, które pomawia go o zbytnią bliskość do liberałów z FDP.

Najpierw pozyskać partię, potem elektorat

Zanim jednak Steinbrück stawił czoła Angeli Merkel w walce wyborczej, najpierw musiał zapewnić sobie "plecy" we własnej partii. Jego kandydatura była o tyle szczególna, że należał on do triumwiratu SPD, który prowadził walkę wyborczą. W jego skład wchodzili jeszcze Sigmar Gabriel - szef SPD i Frank-Walter Steinmeier - szef klubu poselskiego SPD w Bundestagu. Samotnik Steinbrück nie musiał sprawdzać się aż tak bardzo w drużynowej grze.

Jako trzeźwo myślący ekonomista, musiał wykonać trudny szpagat pomiędzy zwolennikami cięć świadczeń socjalnych z ery Schrödera i lewicowym skrzydłem propagującym silne osłony socjalne. A potrzebował poparcia wszystkich.

Słowa: silna strona i czynnik ryzyka

Powszechnie także jemu przypisuje się umiejętność uporania się z kryzysem zadłużenia. Fakt, że jest on kompetentny w sprawach finansowych, może mu przysporzyć poklasku nawet z obozu konserwatywnego. Istotne jest tylko, jak tematy te zostały przekazane na wiecach wyborczych i czy potrafił ująć zwykłych ludzi, bo w tym względzie nie miał jak dotąd większego doświadczenia. Potrafi on jednak być błyskotliwy, potrafi polaryzować, jest dowcipny. Lecz ta mocna, werbalna strona mogła go pogrążyć, kiedy zacznie się wymądrzać i pokazywać swoją przewagę. Tym potrafił zrazić sobie nawet towarzyszy partyjnych, bo większość członków SPD uważa się jednak za obrońców interesów zwykłych ludzi. Steinbrück już z samej biografii nie pasował do tego schematu.

W ostrym okresie walki wyborczej niestrudzenie objeżdżał Niemcy, rozmawiał z ludźmi, argumentował, przekonywał i odzyskał sporą dozę sympatii, jaką stracił wcześniejszymi, niefortunnymi wypowiedziami.

Na bakier z Zielonymi

Steinbrück gra wyśmienicie w szachy i dużo czyta - przede wszystkim kryminały - i ma szeroką wiedzę humanistyczną. Jako 18-latek wystąpił z Kościoła ewangelickiego, ponieważ - jego zdaniem - Kościół zbytnio trzymał stronę możnych i wpływowych tego świata. Z pobudek "moralno-filozoficznych", jak wyjaśniał, w roku 2005 wstąpił do Kościoła ponownie.

Steinbrück sprawia wrażenie pewnego siebie - także na scenie międzynarodowej. Ze względu na wiedzę i doświadczenie może liczyć także na poparcie wielu chadeków. Jeżeli w wyborach do Bundestagu wynik nie byłby jednoznaczny, arytmetyka wyborcza może nakazać utworzenie rządu wielkiej koalicji. SPD już jednak teraz zapowiedziała, że dla niej partnerem byliby Zieloni. Tyle że taka gra w kolory Steinbrückowi jest nie w smak, bo nie miał szczęścia z Zielonymi w czasie swych koalicyjnych rządów jako premier Nadrenii Północnej-Westfalii. Bezustannie zarzucał im idealizm oderwany od realiów świata. W tegorocznej walce wyborczej zarzekał się jednak, że nie wejdzie w wielką koalicję i nie stoi do dyspozycji jako wicekanclerz.

Spec od ekonomii

Stosunkowo nieznane są niektóre szczegóły z jego biografii, które wychodzą na jaw dopiero po głębszych poszukiwaniach. Jako uczeń imał się najróżniejszych zajęć: był stróżem na parkingu, pracował na budowie, w ogrodnictwie i kolekturze totolotka. Faktów tych dogrzebali się krytycy, wytykający mu, że jest "najlepiej dorabiającym na boku" posłem do Bundestagu. W okresie minionych czterech lat te "boki" zsumowały się do ponad 600 tys. euro. Co więcej, w jednym z wywiadów powiedział, że kanclerz zarabia zbyt mało. Po tej niefortunnej wypowiedzi jego notowania natychmiast poleciały w dół. Pomimo że po telewizyjnym pojedynku z Angelą Merkel udało mu się nieco poprawić te notowania, według sondaży pozostaje daleko w tyle za swoją rywalką. Jeśli wierzyć tym sondażom, nadzieja, że wyborcy postawią na jego kompetencję w zmaganiach się z kryzysem, nie spełniła się.

Artykuł pochodzi z serwisu ''Deutsche Welle''

embed
Więcej o: