Rząd powinien pomóc ''frankowcom'' jak powodzianom? "To efektowny postulat, ale..."

- Rzucanie takich haseł w nerwowej sytuacji politycznej jest bardzo efektowne. Może się jednak okazać, że ?frankowcy? lepiej wyjdą na swoim kredycie - komentował postulat Adama Leszczyńskiego o pomoc dla kredytobiorców ze świątecznej Gazety Wyborczej prof. Adam Noga z Akademii Leona Koźmińskiego.

W świątecznym wydaniu Gazety Wyborczej Adam Leszczyński w swoim tekście porównał osoby, które wzięły kredyt we frankach szwajcarskich, do powodzian. "Wiedzieli, że ponoszą ryzyko zmiany kursu. Ale mieszkający na terenach zalewowych też wiedzą, że są zagrożeni nieprzewidywalnym żywiołem, a dostają pomoc w razie powodzi" - pisał Leszczyński.

Autor swoją tezę argumentuje tym, że kiedy to banki miały problemy, państwo włożyło w ich ratowanie setki miliardów dolarów, jednocześnie ratując miejsca pracy tysięcy ludzi. "Z funduszy ratunkowych korzystały też spółki matki polskich banków. Politycy udzielili im wsparcia - z pieniędzy podatników - dlatego, że załamanie systemu światowych finansów przyniosłoby znacznie głębsze załamanie gospodarcze i jeszcze większy ocean cierpień bezrobotnych i bezdomnych. Był to akt solidarności, ale w tym przypadku solidarność i interes publiczny szły w parze" - uważa.

"Państwo pożyczało pieniądze na oprocentowany kredyt"

Nie zgadza się z tym prof. Adam Noga, ekonomista z Akademii Leona Koźmińskiego. Zauważa, że to, o czym napisał Leszczyński, duże uproszczenie. Państwo w wielu przypadkach pomogło bankom, ale nie bez dbania o własny interes. - W wielu przypadkach państwo dało te pieniądze na kredyt. Np. KBC w Belgii, kiedy stał na krawędzi bankructwa, dostał od państwa 7 mld euro, ale te pieniądze zostały pożyczone na 8 proc. i rząd zupełnie dobrze na tym zarabia - tłumaczy Noga. Profesor zaznacza w związku z tym, że nie można porównywać tych dwóch sytuacji. - Gdyby rzeczywiście było tak, że pieniądze zostały bankom pożyczone i one przepadły, to faktycznie można by było podejść do tego symetrycznie - zaznaczył.

Frankowcy w kryzysie? "To przesada"

Noga uważa też, że należy być bardziej ostrożnym w ocenie rentowności kredytów we frankach. - To jest przesada. Te raty są w wielu przypadkach wcale nie gorsze niż te złotowe. Kiedy kalkuluje się opłaty, które miesięcznie musi ponieść każdy kredytobiorca, to ci, którzy brali kredyt we frankach, często nadal wychodzą lepiej niż ci, którzy brali kredyt w złotówkach - komentował Noga. Podkreślił przy tym, że nie da się jeszcze dokonać kompleksowej oceny rentowności tych kredytów, bo zwykle to kredyty zaciągane na 20-30 lat.

"Rzucanie takich haseł jest bardzo efektowne"

- Kiedyś frank kosztował 2, potem 4, ale za rok może kosztować 3 zł. Czy frankowcy stracą czy nie, będzie można powiedzieć dopiero za jakieś 20 lat, kiedy się ich wszystkich porówna - mówił profesor i żartował, że kiedy za 20 lat w sanatorium w Ciechocinku spotkają się emeryci, którzy brali kredyt w złotówkach, i ci, którzy brali we frankach, może się okazać, że ci drudzy wyszli na tym lepiej.

Profesor zauważył też, że mówienie o pomocy frankowcom przynosi profity polityczne. - Rzucanie takich haseł w nerwowej sytuacji politycznej jest bardzo efektowne. 800 tys. osób z rodzinami to już jakieś 2,5 mln głosów wyborczych - stwierdził Noga. - Nerwowe wykorzystywania takich fal załamań gospodarczych jest bardzo niebezpieczne z punktu widzenia psucia systemów. Być może za kilka lat frank znów będzie tańszy i wtedy odwrócimy rozmowę - zakończył.

Więcej o: