''Problemem jest ciągłe 70 dB, na które nie zwracamy już uwagi. Ciągły hałas. A skutki zdrowotne zobaczymy po latach''

- Dzisiaj problemem dla nas nie jest hałas impulsowy, bo reagujemy na niego w sposób naturalny: uciekamy, chronimy się. Większym problemem jest hałas 70 decybeli, na który nie zwracamy uwagi - jesteśmy na ten hałas ciągle narażeni, a skutki tego wyjdą po wielu, wielu latach - mówił w TOK FM mgr inż. Jacek Szulczyk, wibroakustyk.

Szulczyk gościł w Pierwszym Śniadaniu u Karoliny Lewickiej. Prowadząca, zaniepokojona tym, że coraz mniej przejmujemy się problemem hałasu w miejscu naszego zamieszkania, dopytywała swojego gościa, czym właściwie jest hałas. - To jakiś dźwięk, który nam przeszkadza - odpowiedział wprost Szulczyk. - W akustyce oddzielamy dźwięki i hałasy. Dźwięk jest wtedy, gdy jest to coś przyjemnego, informacyjnego. A hałasem określamy coś, co dla nas jest dokuczliwe. To subiektywne i intuicyjne - bardzo dużą częścią w akustyce jest psychoakustyka, ponieważ bardzo wiele dźwięków, które mogą stać się hałasami, bardzo różnie są odbierane przez każdego człowieka. I to z bardzo różnych względów: czy to społecznych, czy finansowych - opowiadał gość TOK FM.

- Nie ma w literaturze potwierdzenia, że na hałas ktoś umarł. Prawdopodobnie dlatego nie jest to sklasyfikowane jako bardzo duży problem - podkreślił wibroakustyk. - I ludzie się tym nie zajmują. Drugą specyficzną sprawą jest to, że działania hałasu na zdrowie nie jesteśmy w stanie zaobserwować od razu - to widać dopiero po wielu latach - dodał.

W Europie - wyciszają, a w Polsce? No cóż...

- W Polsce funkcjonuje coś takiego jak dopuszczalne wartości - zauważył Szulczyk, odnosząc się do hałasu. - W dużych miastach te poziomy dopuszczalne są o 6-8 decybeli wyższe niż w mniejszych miastach. Należałoby więc zadać pytanie, czy ludzie mieszkający w dużym mieście mogą być bardziej narażeni na hałas, bo... No właśnie: są inni? Na pewno nie. Naturalnie, wartości dopuszczalne są dostosowane do danego obszaru, bo w dużym mieście nie ma możliwości, żeby te poziomy były mniejsze. Ale w ujęciu wpływu na zdrowie taka dysproporcja nie powinna występować - stwierdził gość Lewickiej.

- W Polsce w zeszłym roku zwiększono wartości dopuszczalne tzw. źródeł liniowych hałasu. Czyli chodzi drogi kolejowe, drogi miejskie - kontynuował Szulczyk. - Dobrze wiemy, że podwyższenie wartości dopuszczalnych spowoduje, że człowiek nie będzie z tego korzystał, lecz będzie bardziej narażony na większą dawkę hałasu. Pod tym względem świat akustyczny mocno protestował wobec nowych regulacji. Inną sprawą jest to, czy można się dostosować do hałasu. I tu mówimy o wspomnianej już psychoakustyce. Dobrym przykładem jest oddziaływanie akustyczne turbin wiatrowych. Wielu mieszkańców okolic turbin nie mówi, że może im to przeszkadzać, bo... mają z tego korzyści materialne, np. pieniądze z dzierżawy. Można więc wnioskować, że osoby, które coś z tego mają - im nie będzie hałas aż tak przeszkadzał. Z drugiej strony, jak ktoś się urodził w wielkim mieście, nie wie, jak to jest mieszkać na wsi. Bo myśli, że tak jak ma w mieście, tak jest w ogóle - podkreślił gość Pierwszego Śniadania.

"Problemem jest hałas 70 dB, na który już nie zwracamy uwagi"

Szulczyk zauważył, że mało problematyczny jest nagły hałas, impulsowy. - To jest natura człowieka - przez wiele tysięcy lat byliśmy przystosowywani do tego, że sygnał dźwiękowy o jakiejś częstotliwości był dla nas jasnym sygnałem, ostrzeżeniem. Na to reagujemy w sposób naturalny: uciekamy, chronimy się. Większym problemem jest hałas 70 decybeli, na który nie zwracamy uwagi. To powoduje, że jesteśmy na ten hałas narażeni, a skutki wyjdą po wielu, wielu latach.

Jak więc się chronić? - Nie ma możliwości. Nawet prawo ochrony środowiska jasno wskazuje, że gdybyśmy wykazali prawnie przekroczenia wartości dopuszczalnych np. do drogi w dużym mieście, to nie mamy żadnych praw, żeby się bronić - te wartości dopuszczalne nie obejmują istniejących dróg. To patowa sytuacja - podsumował gość Lewickiej.

Więcej o: