Partyjne miliony na PR i media. "Robienie nam wody z mózgu"

Partie polityczne wydają miliony złotych na kampanie reklamowe, PR i wspieranie osób związanych z mediami. - To pokazuje, że polityka w Polsce polega na urabianiu opinii poprzez opłacanie dziennikarzy, którzy de facto są żołnierzami frontu ideologicznego - stwierdził w "Poranku Radia TOK FM" Jarosław Gugała z Polsatu. - Mamy problem z zapleczem eksperckim - przyznał Michał Szułdrzyński z "Rzeczpospolitej".

"Gazeta Wyborcza" pisze dziś o partyjnych wydatkach . Najwięcej, prócz etatowych pracowników, dostają agencje reklamowe i PR, fundacje i instytuty. Na liście płac są także ludzie związani z mediami.

Przykłady? Stanisław Janecki, publicysta tygodnika "Sieci" i były naczelny "Wprost", za usługi PR dostał od PiS 40 tys. zł. Od tej samej partii Radio Wnet kierowane przez szefa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Krzysztofa Skowrońskiego dostało 143 tys. zł.

Komentatorzy Aleksander Kaczorowski, Jerzy Skoczylas otrzymali od PO kilka tysięcy złotych za współpracę z Instytutem Obywatelskim, think tankiem tej partii. Firma, której współwłaścicielem jest Witold Bereś, były dziennikarz, za usługi reklamowe otrzymała od PO 48 tys. zł.

"Branie pieniędzy za partyjną propagandę jest naganne"

- Na liście są głównie byli dziennikarze. To moim zdaniem pokazuje, że mamy kłopot z tym, co robią byli pracownicy mediów, kiedy odchodzą z zawodu - zauważył w "Poranku Radia TOK FM" Michał Szułdrzyński z "Rzeczpospolitej". - Jeżeli ktoś bierze pieniądze za uprawianie propagandy partyjnej, będąc dziennikarzem, jest to naganne - przyznał Jarosław Gugała z Polsatu. Zdaniem publicysty trzeba się jednak zastanowić, za co konkretnie poszczególne osoby otrzymały partyjne pieniądze. Azrael Kubacki, bloger tokfm.pl, podkreślał, że większość partyjnych zleceń raczej nie miała charakteru dziennikarskiego.

Zdaniem Szułdrzyńskiego "nadwyżka pieniędzy" przeznaczanych na PR jest "niesamowita". - Jeżeli większość środków idzie do mediów i firm PR-owskich, to oznacza, że każda z tych firm rocznie wydaje ładnych parę milionów... - zaczął Szułdrzyński. - Robienie nam wody z mózgu - dokończył Azrael. - Ty to powiedziałeś, ale się pod tym podpisuję - przyznał dziennikarz "Rzeczpospolitej".

- To jest niejasne, nieczyste, pokazuje, na czym polega polityka w Polsce. Na urabianiu opinii poprzez opłacanie dziennikarzy, którzy de facto są żołnierzami frontu ideologicznego - stwierdził Gugała. - Jasne jest jedynie to, że w Polsce nie ma określonych reguł, na co partyjne pieniądze mogą iść, a na co nie - dodał dziennikarz Polsatu. - Demoralizowanie czy psucie rynku medialnego poprzez cwelowanie dziennikarzy powinno być zakazane - podkreślił Gugała, przepraszając, za "brzydkie", ale zasadne słowo. Jego zdaniem dziennikarze powinni bronić się przed partyjnymi wpływami. Jak? - Po prostu podawać do publicznej wiadomości, komentować i odrzucać z obrzydzeniem - tłumaczył dziennikarz. Choć najlepiej, gdyby dziennikarzy broniło prawo.

"Mamy problem z zapleczem eksperckim"

Gugała wskazywał, że partyjne pieniądze powinny iść nie na pijar, ale na badania dotyczące społeczeństwa i gospodarki. - Politycy mają obowiązek monitorowania rozwoju społeczeństwa. Tylko na tej podstawie można dokonywać racjonalnych projektów stanowienia prawa - wskazywał dziennikarz Polsatu. Jego zdaniem zaangażowanie niezależnych ekspertów w badania zlecone przez partie polityczne nie musi być czymś nagannym. - Na całym świecie partie polityczne zlecają niezależnym think tankom opracowania naukowe - tłumaczył Gugała.

- Jeżeli w mediach występuje ekspert, komentując sytuację polityczną, a równocześnie nie wiemy o tym, że on nawet pogłębia wiedzę danej partii na tematy socjologiczne, to mam z tym kłopot - oponował Szułdrzyński. Dziennikarz "Rzeczpospolitej" podkreślał, że profesorowie mają prawo pracować dla partyjnych think tanków, ale powinni o tym głośno mówić, "dla transparentności". - Mamy problem z zapleczem eksperckim - przyznał Szułdrzyński.

Zobacz wideo
Więcej o: