"Możemy jedynie minimalizować ryzyko" - ekspert o powodziach w Polsce [WYWIAD]

Internauci naśmiewają się z zalanej niedawno Trasy AK w Warszawie. Po sieci krążą prześmiewcze memy na ten temat. Tym razem było zabawnie, ale jak twierdzi Urszula Stefanowicz, koordynatorka Koalicji Klimatycznej, takie zjawiska w przyszłości będą się nasilać. A Polska nie jest na nie gotowa. - Nasze miasta nie są na to przygotowane - mówi. - Trzeba minimalizować ryzyko. To jedyne, co możemy zrobić - dodaje.

Dominik Tomaszczuk, Gazeta.pl: Dlaczego w Polsce ostatnio dochodzi do tak spektakularnych, jak w Warszawie na Trasie AK, podtopień. Władze miasta mówią, że winne są zmiany klimatu. Czy to znaczy, że klimat nagle się zmienił i zaskoczył drogowców?

Urszula Stefanowicz, koordynatorka Koalicji Klimatycznej: Z pewnością ma to związek ze zmianami klimatu, chociaż nie jest prawdą, że kiedyś takich problemów nie było. Było to po prostu rzadsze i mniej dostrzegalne. W uproszczeniu: siła i częstość gwałtownych zjawisk pogodowych rośnie wraz ze wzrostem ilości energii w atmosferze. A energii jest więcej - to skutek zwiększania się ilości gazów cieplarnianych w atmosferze i nasilania się efektu cieplarnianego. Do tego dochodzi więcej wilgoci spowodowanej silniejszym parowaniem ze zbiorników wodnych (lub z mórz i oceanów).

Klimat nie zmienił się tak nagle - od co najmniej paru lat pogoda staje się coraz bardziej nieprzewidywalna, dynamiczna i przestaje pasować do znanych nam od lat cyklów. Mamy więcej susz, gwałtownych wiatrów i trąb powietrznych, gradobić, intensywnych opadów śniegu i deszczu. Wszystko z powodu większej ilości energii i wilgoci w atmosferze.

I takie zjawiska powodują, że w ciągu godziny w Warszawie da się pływać pontonem po jednej z głównych ulic?

- Tak. Nasze miasta nie są przygotowane na taką ilość wody spadającą na raz.

To nie tylko nasz problem. Myślę, że dotyczy całej Europy. Nasza infrastruktura jest dostosowana do innych sytuacji, mniejszych opadów. Nie mamy odpowiednio zbudowanych dróg - takich, z których woda byłaby we właściwy sposób odprowadzana. Nasza kanalizacja nie jest dostosowana do odbioru tak dużych ilości wody na raz. Jednocześnie mamy też zbyt dużo przestrzeni wybetonowanej w miastach - więc woda nie ma gdzie odpływać. Trasa AK tworzy doskonałe warunki do zbierania się wody, bo to wybetonowane zagłębienie terenu, z którego woda nie jest właściwie odprowadzana - i zalanie gotowe.

Lepiej jesteśmy przygotowani np. na powodzie roztopowe? Gdy po zimie w rzece jest tyle wody, że przelewa się przez wały?

- Oba typy powodzi są niebezpieczne. Powodzie opadowe też mogą spowodować rozlewanie się rzek. Szczególnie małych rzeczek i strumieni, których koryta zostały zabudowane. Taka rzeczka przez 99,9 proc. czasu jest niegroźna, więc ją sobie obudowujemy, osuszamy ziemię, a później okazuje się, że woda przestaje się mieścić i mały potok staje się niebezpieczną rwącą rzeką, która może błyskawicznie podmyć położone w jej pobliżu domy lub drogi. Tradycyjne rozwiązania typu wały to za mało, żeby radzić sobie z gwałtownymi zjawiskami.

Chodzi o tzw. flash floods (powodzie błyskawiczne). Czym one są?

- Dokładnie tak. To powodzie spowodowane tym, że na danym terenie z jakiegoś powodu pojawia się nagle tak duża ilość wody, że ziemia nie daje rady jej wchłonąć. Powodem może być nie tylko gwałtowna burza czy kilka burz, ale też np. przerwanie tamy lub zapory wodnej. Podczas takich powodzi dochodzi do bardzo szybkiego zalania niżej położonych terenów, wszystkich zagłębień, dolin rzek czy strumieni, miejsc, do których zwykle spływa woda. Powiedzmy, że gdzieś płynie sobie mały potoczek i nagle na jakimś jego fragmencie na okoliczne tereny spada 50 litrów wody na metr kwadratowy. W okolicy nie ma zbyt wiele roślinności, która by tę wodę zatrzymała, więc jej nadmiar spływa do doliny potoku, a później w dół wzbierającą falą, która może spowodować spore zniszczenia.

Miasta są "zabetonowane", okolice rzek wykarczowane i zabudowane. To znaczy, że już nie mamy jak zabezpieczyć się przed tego typu powodziami i podtopieniami?

- Nigdy nie jest za późno, żeby zmienić zwyczaje. W typowym dużym mieście istnieją miejsca, które regularnie są zalewane. Wiemy o tym od przynajmniej paru lat, a problem narasta. A to jest kwestia prawidłowego planowania inwestycji. Nie popełnianie błędów, takich jak np. budowanie przebiegających w nieckach fragmentów dróg bez prawidłowego systemu odprowadzania wody [jak Trasa AK w Warszawie - red]. To przez błędne planowanie dochodzi do takich sytuacji jak ta w Warszawie, gdy spory fragment drogi zamienił się w jezioro.

Dotychczas przy planowaniu zagospodarowania przestrzennego braliśmy pod uwagę inne czynniki, wybieraliśmy inne priorytety. To wszystko powinno się zmienić, ale wprowadzanie takich zmian może zająć dużo czasu i wymagać wielu inwestycji, nie tylko w infrastrukturę, ale też np. w odbudowanie terenów zielonych w mieście. A na niektórych obszarach w ogóle nie powinniśmy niczego budować.

Mimo wszystko na razie nic naprawdę poważnego się nie stało. Konsekwencją podtopień są przede wszystkim prześmiewcze memy w internecie. Czy w przyszłości może być groźniej?

- Musimy liczyć się z tym, że takie zjawiska, gwałtowne opady, będą zdarzały się coraz częściej. Rosnąć może też ich intensywność. Zatem i podtopienia będą zdarzały się częściej. Władze danego miasta czy regionu znają geograficzny rozkład wysokościowy swojego terenu. Wiedzą, gdzie będzie zbierała się woda. Powinny więc inwestować w infrastrukturę w taki sposób, by zapewnić właściwe odprowadzenie wody w kluczowych miejscach. Odsłonić fragmenty zabetonowanego terenu, inaczej planować zabudowę. Po prostu trzeba minimalizować ryzyko - to jedyne, co możemy zrobić. Zacznijmy od uświadomienia sobie problemu i uwzględniania go w naszych planach i działaniach.

Więcej o: