Prof. Płatek: Państwo stwarza pozór, że jest sprawiedliwe. Chce nas trzymać w ryzach

- Hammurabi jest jednym z tych mocarzy, z którymi chętnie poszłabym na kawę. To geniusz, którego do dziś nie rozumiemy - mówiła w Radiu TOK FM prof. Monika Płatek. Prawniczka z UW tłumaczyła, ile jest zemsty w sprawiedliwości i ile sprawiedliwości w zemście. Okazuje się, że niewiele. Jedno jest pewne: zemsta sprawia nam wielką przyjemność.

Cezary Łasiczka: Thane Rosenbaum napisał w magazynie The Chronicles esej o zemście . Teza jest następująca: oszukujemy się. Wymyśliliśmy sobie, że sprawiedliwość to coś innego niż zemsta.

Prof. Monika Płatek: - Rzecz jest bardziej skomplikowana. W Kodeksie karnym tłumacząc, dlaczego karzemy, używamy trzech argumentów.

Pierwszy z nich głosi, że chodzi o to, "aby wymierzyć sprawiedliwą odpłatę". Gdy mówimy o odpłacie, nie brzmi tam oręż, ale kasa. Chodzi o wypłatę równowagi tego, co się stało. Mówimy więc: mamy prawo do tego, żeby się zemścić. Bardzo ważne, żeby sobie zdawać sprawę, że elementem kary jest zemsta. Ale musi być wyrządzona odpowiednio do szkody.

Mówimy również o tym, że kara ma być wymierzona po to, żeby posłużyła karanemu. Nie chodzi o resocjalizację. Nie udajemy, że karząc kogoś, będziemy go wychowywać, odeszliśmy od tego. Wszystko, co możemy zrobić, to kogoś ukarać. Czyli zemścić się, ale sprawiedliwie.

Trzeci argument jest najważniejszy. Często naukowcy mówią o prewencji generalnej jako elemencie odstraszenia. Czyli w karze ma się zawrzeć element, który ma odstraszać innych od popełniania przestępstw. Tymczasem ustawodawca od 1997 roku mówi wyraźnie: karzemy po to, żeby kształtować świadomość prawną społeczeństwa. Nie zakładamy, że wszyscy są potencjalnymi zbrodniarzami. Zakładamy, że ludzie są porządni i muszą tylko mieć informacje o czynach niechcianych. Kodeks karny robi się zbiorem zachowań niechcianych, a kara to utrwala i przypomina.

Jednak neurobiolodzy stwierdzili, że kiedy mówimy o karze, o zemście, w mózgu uruchamiają się obszary odpowiedzialne za zadowolenie. Nie ma co się oszukiwać. Zemsta daje nam satysfakcję.

Podobnie jak dokopywanie innym.

- Na szczęście Rosenbaum nie popełnił błędu, mówiąc o Hammurabim, o oku za oko, zębie za ząb, nie rozumiejąc istoty sprawy. Hammurabi jest jednym z tych mocarzy, z którymi chętnie poszłabym na kawę. To geniusz, którego do dziś nie rozumiemy. Człowiek, który nie miał komórek, samolotów, niczego, co pomagałoby mu z dzisiejszej perspektywy dobrze zarządzać i administrować terenem, udawał, że tworzy prawo. On nie tworzył nowego prawa. On przychodził, patrzył, jakie prawo obowiązuje i mówił: to jest moje prawo. Bo gdyby narzucał własne, szybko skończyłoby się jego rządzenie. Jedyny wyjątek, to właśnie kiedy powiedział: możecie się również mścić. Ale w ryzach. Za jedno oko możecie wziąć jedno oko, a nie całą głowę. Za ząb tylko ząb, a nie całą szczękę. Gdyby możliwe było zrobić więcej, on by długo nie rządził. Ktoś silniejszy wszedłby na jego miejsce. Dlatego kodeks Hammurabiego to nie jest zasada "twarde prawo, ale prawo". To prawo, które bardzo minimalizuje nasze możliwości. Trzeba sobie uzmysłowić, że prawo karne to nie jest bicz, którym możemy sobie chlastać na prawo i lewo.

Przeskoczmy do praktyki tego prawa, kiedy dochodzi do pozbawienia życia.

- Najczęściej nikt nie odpowiada za pozbawienie życia. Przyjrzyjmy się, co się dzieje wśród białych kołnierzyków. Ktoś ma dużą fabrykę i nie przestrzega reguł bezpieczeństwa pracowników. Ludzie wdychają opary, dostają białaczki i umierają. My tych zabójstw nie nazywamy zabójstwami. Nazywamy nieszczęśliwymi wypadkami bądź niedbałością o środowisko. Nie dostrzegamy też innych zachowań, które doprowadzają do śmierci. Ale kiedy ktoś umiera, nie mówimy, że to było zabójstwo.

Karą nie jest też "oko za oko".

- Na szczęście już nie jest. Rosenbaum pisze o sytuacji, w której ofiara, czyli ojciec zabitego dziecka, grozi, że jak sprawca zabójstwa wyjdzie z więzienia, on i tak go zabije.

To nas nie przeraża. Po cichu trzymamy kciuki.

- Ja nie trzymam kciuków. Przeraża mnie to. Choć mówienie: "ja go zabiję" to prawo ofiary. Natomiast ja jako sędzia Monika Płatek nigdy nie mogłabym tego zrobić. Nie mogłabym bólu i własnego interesu przedkładać nad obowiązujący porządek prawny.

Wymierzając karę, już dziś wiemy, że nie może ona się ograniczać do wymierzenia kary sprawcy. Wymiar sprawiedliwości musi wziąć pod uwagę sytuację osoby pokrzywdzonej. A nie ma bardziej państwowotwórczych dziedzin prawa niż rodzinne, spadkowe i karne. Tu państwo wyraźnie się wtrąca i ustala, co jak ma być zrobione. W prawie karnym dodatkowo wykopuje ofiarę i wchodzi w to miejsce. Dla władcy bezpośrednia ofiara w pewnym momencie jest tylko wskaźnikiem tego, że sprawca nie posłuchał się państwa. Osobę poszkodowaną odsuwa się na bok.

Musimy zrozumieć, że wymiar sprawiedliwości robi nas w konia. Ale są instrumenty, które uświadamiają, że wymiar sprawiedliwości nie jest tylko po to, żeby dokopać sprawcy, ale żeby uwzględnione zostały interesy pokrzywdzonego. W naszych warunkach jest bardzo wiele instrumentów, które pozwalają wysłuchać ofiary. Prof. Łętowska w jednym z artykułów pyta, czy prawo chroni słabszych przed władzą, czy służy władzy do trzymania słabszych, przepraszam, za mordę. To się ujawnia na terenie prawa karnego. Jeżeli prawodawca zachęca do tego, żeby zaostrzać surowość kar, powinno nam się zapalić czerwone światło. Tak mówi ktoś słaby, mięczakowaty, bez pomysłu. Umysłowy prymityw, który nie potrafi odwołać się do niczego innego, jak tylko starych pokładów mózgu, które odpowiadają za odczuwanie przyjemności z zemsty.

Mówimy o odpłacie. Ale nie wszystko da się wymierzyć i wycenić. Kara więzienia jest umowna.

- Dlatego należy uwzględnić interesy pokrzywdzonego i odrestaurować to, co się stało.

Pytamy pokrzywdzonego o jego interesy?

- Możemy to zrobić na wiele sposobów. Wprowadziliśmy do Kodeksu karnego mediacje. Jednak jedna rzecz wprowadzić do przepisu, inna do praktyki. Z tym mamy problem, bo wyrabia się w nas pożądliwość, żeby dokopać.

To ja powiem: wsadźcie go na 30 lat. Że on mi tylko ukradł rower? Nie szkodzi! Nie ukradnie już żadnego przez najbliższe 30 lat!

- Trzeba to będzie mitygować i wyjaśnić, że prawo na to nie pozwala. Jednak doświadczenie pokazuje co innego. Jest bardzo niewielu ludzi, którzy chcą za rower wsadzać na 30 lat, jeśli im się wyjaśni, ile to kosztuje i że w związku z tym nie odzyskają roweru.

Idąc drogą kosztów, zamknijmy więzienia!

- Rzeczywiście nie potrzebujemy tylu więzień. Ludzie mają skłonność do mówienia: kary są za niskie. W Skandynawii zrobiono doświadczenie. Dano sędziom kilka przypadków, które mieli ocenić i osądzić. Te same przypadki dano ludziom, którzy mieli wskazać, co ich zdaniem orzekną sędziowie. Badania pokazują, że ludzie myślą, że sędziowie orzekają łagodniej, niż należy. Uważali, że sędziowie dadzą "jeden rok więzienia" w sprawie, którą sami uważali na "dwa lata więzienia". A sędziowie dali "trzy lata". Bo sądzą, że ludzie chcą, żeby byli surowsi. W praktyce sędziowie są surowsi, niż wymagają tego ludzie.

Sędzia nie powinien więc odczuwać nacisku społecznego, bo to prowadzi do klęski, którą mamy dziś w Polsce. Kodeks karny mówi: najpierw orzekać karę grzywny, potem ograniczenia wolności, potem pozbawienia wolności. Tymczasem mamy przekonanie, że prawdziwa kara to tylko pozbawienie wolności. W związku z tym sędziowie dają na pożarcie karę "pozbawienie wolności", a jednocześnie zawieszają ją, kierując się rozsądkiem.

Oni są jednak rozsądni i jednocześnie nieświadomi. W Polsce orzeka się kary bez zawieszenia ok. 30 tys., z zawieszeniem dwa, trzy razy więcej. Te kary się natychmiast odwiesza pod byle pretekstem. Przykład? Ktoś zostaje skazany za jazdę pod wpływem piwa na rowerze. Dostaje wyrok w zawieszeniu i zakaz jazdy na rowerze w miejscowości, w której nie ma autobusów i tramwajów. W rezultacie w więzieniach lądują nietrzeźwi, bo nie pijani rowerzyści. Ale oni naruszyli zakaz, a my nie zadbaliśmy, by w tych miejscowościach dać inne środki komunikacji. To jest zaklęty krąg, który wynika z tego, że sędziów nie stać na to, żeby powiedzieć: basta! Nie będziemy orzekać kar pozbawienia wolności z zawieszeniem tam, gdzie wystarczy ograniczenie.

Jak więc jest z tą sprawiedliwością?

- To jest pogrywanie ze społeczeństwem. Udawanie, że rzeczywiście wymierzamy sprawiedliwość, która ma element zemsty. Prawo udaje, że uwzględnia interesy wszystkich pokrzywdzonych. A ono uwzględnia interesy tych, którzy to prawo tworzyli. Nie posądzam ich o złą wolę. Ale brali pod uwagę tylko swoje doświadczenia i bronili tylko własnych interesów.

Widać to w instytucji obrony koniecznej. Pan może zabić człowieka i nic się panu nie stanie, jeśli pan się broni. Ale to musi być bezpośredni atak, odpierany równym orężem. Kiedy dochodzi do sytuacji, gdy osoba jest słabsza, nie ma mowy, żeby się bronić, na przykład gdy w grę wchodzi dziecko. Rodzic dawał dziecku lanie, znęcał się, dopóki zbyt mocno go nie uszkodził, bo wtedy mówimy już, że to bestia. Jednak do tego czasu mówimy, że to rodzic, który wychowuje, który ma prawo.

Nie jest więc tak, że każdy ma możliwość domagania się, żeby jego szkoda została wyrównana. Jest masa rzeczy, które nie dochodzą do wymiaru sprawiedliwości. Nam się stwarza pozór, że tak jest, po to, żeby nas trzymać w ryzach.

Więcej o: