"Już od progu wołają: kierowniczko, kochanieńka, królowo Polski... Ale ja nigdy nie uległam" [WYWIAD]

Najpierw przychodzą po jedną seteczkę wiśniówki. Po dwóch godzinach po następną. A potem po jeszcze jedną. To taki rytuał. Bo seteczka to jest coś, co wprowadza w odpowiedni stan. A jest mała i wydaje się niewinna, wręcz niewidzialna. A mi nie wolno komentować takich zakupów, choć, wie pani, ta Anka w środku to się musi hamować - o swoich przeżyciach za ladą całodobowego monopolowego opowiada nam pani Ania, ekspedientka z warszawskiego sklepu osiedlowego.

Joanna Berendt, Gazeta.pl: Skąd się pani wzięła w tym sklepie, za tą ladą?

Pani Ania: Koleżanka mnie wciągnęła do usług. Wcześniej sprzątałam nocami biura, ale chciałam mieć więcej czasu dla dzieci, które sama wychowywałam. Koleżanka do mnie przyszła i zapytała, czy nie chciałabym pracować w sklepie, który się właśnie otwierał. Ja się bałam, bo to był czas przemian ustrojowych. Dopiero wchodziły kasy fiskalne, stare pieniądze zastępowane były nowymi, ludzie nie wiedzieli, ile mają w portfelach. Zamiast stary nominał przeliczać na nowy, przeliczali nowy na stary...

Ale poradziłam sobie. Pracowałam w jednym sklepie, potem drugim. Ale zaczęliśmy mieć problemy z mieszkaniem i potrzebowałam pieniędzy. Poszłam więc zapytać do naszego osiedlowego, czy nie pozwoliliby mi parę godzin dziennie tam dorabiać. Właściciel się zgodził, a po pewnym czasie zaproponował mi, bym przyszła do niego na stałe. I przyszłam.

Dobrze tu pani?

- Ja lubię takie małe sklepy, które są swojskie, intymne... Ludzie ciekawi, bo klientela jest najróżniejsza, od pracowników biur po tzw. tubylców. To taki sklep, który wszyscy w okolicy nazywają "naszym sklepem", a mnie "naszą panią Anią"... (śmiech)

A na krechę pani daje?

- Czasami trzeba coś komuś skredytować. Z reguły na krechę nie daję, bo miałam w poprzedniej pracy nieprzyjemne doświadczenie - dawałam klientom kredyt, aż szef przyszedł i remanent zrobił. Zostawiłam dwie trzecie pensji na pokrycie zeszytu.

Klienci nie oddają?

- Potem poodbierałam, co mogłam, ale byłam wtedy samotną matką z dwójką małych dzieci, więc już potem tego zaniechałam. Choć większość oddawała. Nawet takie pijaczki - do tej pory, jak nieraz brakuje im 5 groszy do paczki papierosów, to im ją sprzedaję, a oni następnego dnia do mnie z tymi 5 groszami wracają. Inni są tacy, że oddają, oddają i oddają, ale po piętnastym razie, jak dam im na krechę, nagle znajdują sobie inny sklep, a mnie nagle na ulicy nie poznają...

Dziś więc muszę wiedzieć, komu mogę dać na krechę. Starszej pani, której z emerytury nawet na leki nie starcza, to sama ten chleb z półki zdejmę i jeszcze za niego zapłacę. Nierobowi czy pijakowi nie dam. I na pewno nigdy nikomu nie skredytuję alkoholu.

A przychodzą o ten alkohol prosić?

- O, często! Przychodzą i już od drzwi słyszę: "kierowniczko", "kochanieńka", "królowo moja", a czasem to nawet "królowo Polski". Stały numer, ale ja się na niego nie nabieram.

Na czym numer polega?

- Przekonują, że za trzy dni dostaną rentę i wtedy oddadzą. Ale ja im na to mówię, że renta to chyba na stan zdrowia, to ten alkohol to nie bardzo... Na co słyszę, że tak nudno w tym życiu i co tu robić! No, mogliby milion rzeczy robić. Książkę w parku poczytać. Cokolwiek.

Czyli nigdy pani takim namowom nie uległa?

- Ani razu. Wyjątków nie ma.

Jest pani cierpliwa?

- Kiedyś nie byłam. Dopiero życie pokory mnie nauczyło. Za to zawsze bardzo lubiłam kontakt z ludźmi i większość odwzajemnia mi się z nawiązką.

Ale nie wszyscy.

- Zawsze znajdą się tacy - to pewnie ci, którzy nie mają specjalnie dużo do powiedzenia w pracy i w domu - co już od progu warczą. Chcą na kimś się wyżyć, no i ekspedientka jest pod ręką. Inni bez dzień dobry, do widzenia, pocałuj się w nos, z komórką przy uchu podchodzą do lady i placem pokazują mi, co chcą, a potem wymachują mi przed nosem kartą kredytową. Jeszcze inni potrafią przyjść w niedzielę i jęczeć: "Pani tu w niedzielę, kiedy do kościoła trzeba iść! Kto to słyszał, by w święto pracować...".

Skąd ta pretensja? Jak im się nie podoba, niech do pani w tę niedzielę nie przychodzą.

- No właśnie! Ale oni mają sklep po drodze z kościoła i wstępują, żeby ciastko kupić. To ja się ich wtedy pytam, czy tego ciastka nie można było kupić w sobotę?

Na szczęście ogólnie panuje tu święty spokój. Wszyscy mają świadomość, że to ich sklep i musi być w nim miło. Przychodzą do mnie koledzy moich dzieci ze znajomymi i czasem słyszę, jak jeden mówi do drugiego: "Ej, nie rób przypału. Mama kolegi ma mieć tu spokój...". Tak mówią!

Zdarzają się tacy, którzy ten "przypał" i tak chcą robić?

- Bardzo rzadko. Pełnoletni młodzi z okolicy, którzy nie mają na kluby czy puby, przychodzą do mnie i kulturalnie kupują po dwa piwa. A potem - już nieco mniej kulturalnie... - od ławeczki do ławeczki, by nie natknąć się na straż miejską czy policję.

Ale był niedawno jeden młody chłopak, mieszka niedaleko w rodzinie patologicznej. No i przychodził kraść wódkę. Na moją prośbę szef założył szybę oddzielającą alkohol od klientów. A chłopak przychodził i musiał mnie obserwować - jak tylko na chwilę znikałam na zapleczu np. nastawić wodę na kawę, on - młody, zwinny - wskakiwał na ladę, chwytał dużą wódkę i wychodził.

Skonfrontowała się pani z nim?

- To był około 20-letni chłopak. Dla mnie miły. On po prostu musiał się napić, a nie miał za co. Był już po zakładach poprawczych, karnych, w rodzinie kompletna patologia, więc skąd miał czerpać dobre wzorce? Wzięłam go na stronę, powiedziałam, że tak się nie robi, że przecież mieszka w tej okolicy, tu jest jego rodzina... Nie groziłam policją, nie chciałam się z nim szamotać, bo tylko wzbudziłabym w nim agresję. Jak jeszcze odchodził, to rzucił, że jestem - chyba użył tego słowa - "najlepszą" starszą panią, jaką poznał...

Zdarzają się niepełnoletni, którzy chcą kupić alkohol?

- Ooo, tak. Łatwo ich poznać, bo się zazwyczaj tak przyczajają. Ostatnio przyszły dwie dziewczyny. Nie mogły mieć więcej niż 16 lat. I podchodzi jedna z nich do lady i rzuca na wdechu: "L&M setki niebieskie i dwie Warki Radler". Ja mówię: "Oczywiście. I dowód poproszę". Żadna dowodu nie miała.

Młodzi mają jakieś techniki perswazji?

- Zwykle wychodzą, stają przy szlabanie niedaleko sklepu i tam czatują na kogoś, kto im zrobi zakupy. No i niedługo potem ktoś wchodzi do sklepu i mówi: "Poproszę to, to i to. Aha, i jeszcze paczkę Lucky Strike czerwonych i dwa Lechy Shandy". Ja oczywiście pamiętam, że to dokładne zamówienie, które wcześniej próbowały u mnie złożyć te małolaty. Wtedy wzdycham: "Ach, jeszcze czają się przy tym szlabanie"... Ale nie mogę odmówić, bo ten klient już jest pełnoletni.

Boli to panią?

- Boli, bo, po pierwsze, jestem przeciwna rozbisurmanieniu młodzieży. No bo ile zarobi się na jednym piwie czy paczce papierosów? Po drugie oni muszą wiedzieć, że pewnych rzeczy się nie robi, że są zasady. A po trzecie mogę dostać za to karę finansową, na którą mnie absolutnie nie stać. No i sobie chcę móc spojrzeć w oczy.

To, co mnie zawsze zastanawia, to gdzie są rodzice tych młodych. Pewnie w pracy, dlatego nie mają czasu zająć się dziećmi. Dzieci muszą więc szukać bliskości gdzie indziej.

A jak pani sobie radzi z pijanymi klientami?

- Trzeba być mocno asertywnym. Najczęściej stosuję taki wybieg, że mówię: "No, panie Zdzisiu, Tomku albo pani Mariolko (no, bo, niestety, pije też dużo kobiet, w cichości, skrytości...), chyba już jest pan/pani zmęczony/a i należałoby pójść do domu...". W takich momentach trzeba logicznie mówić i nigdy, pod żadnym pozorem nie mówić: "Jest pan/pani pijany/a. Dlatego seteczki nie sprzedam". Po pierwsze to budzi agresję, a po drugie pijany nigdy, przenigdy nie przyzna, że jest pod wpływem alkoholu. Najczęściej usłyszy pani: "Ja? Pijany?? W żżżyciu!". Nawet jeżeli trzy sekundy później ma paść nieprzytomny.

Niektórzy przychodzą już w takim stanie, że nie pamiętają nawet, po co przyszli. Ostatnio miałam takich właśnie klientów, którzy musieli oprzeć się o ladę chłodniczą z nabiałem. Zaczęłam się bać, że szyba pęknie i zaraz się potną... Grzeczniutko wzięłam pod rękę i wyprowadziłam.

I nie wracają?

- Tego dnia nie.

A następnego tak?

- Już od rana. Bo kaca mają. Mam takie dwie panie, które codziennie przychodzą. Jedna w drodze do pracy po dwuseteczkę cytrynówki, druga po dwuseteczkę grejpfrutówki w drodze z pracy. Takie stałe picie to przecież choroba. Wiem, bo mój były pan mąż - jeżeli jeszcze żyje - też jest alkoholikiem.

I mimo osobistych doświadczeń z alkoholikiem nie ma pani alergii na osoby nadużywające?

- To nie tak. Ja po prostu tego nie rozumiem. Jak można pracować cały miesiąc po to, aby potem w trzy dni wszystko przechlać? Po co? Wiem, że alkoholizm to choroba. Czemu więc tego na siłę nie leczyć jak gruźlicy?

Dużo ma pani takich osób w sklepie?

- Sporo. Z jednej strony ludzie piją coraz więcej, z drugiej - pije coraz większy przekrój społeczeństwa. Młodzi, starzy, mężczyźni, kobiety, dobrze wykształceni, gorzej wykształceni... Wiele osób przychodzi po małą piersióweczkę, płaską, którą łatwo schować w kieszeni marynarki, wewnętrznej kieszonce torebki... To panie najczęściej po tę seteczkę przychodzą, ale panowie też. Nie wiem, z czego to wynika. Z przepracowania? Z tego, że nie mają własnego życia? Bo tylko pracą żyją, dla tych rzeczy, a nie dla ludzi.

Są też tacy, którzy żyją tylko dla tego picia. To alkohol trzyma ich przy życiu. No i tacy się dziwią, że ja na przykład w ogóle nie piję. Ale nie jestem temu przeciwna. Mama, która skończyła już 80 lat, lubi od czasu do czasu lampkę wina czy kieliszek wódeczki wypić. Ale to - jak to mówili Kargul z Pawlakiem - dla zdrowotności. Ja sama jestem chora, biorę masę leków i to nijak ma się z alkoholem. Kiedyś byłam młoda, zdrowa, to chodziło się na imprezy i piło.

Ale to było kiedyś. Dziś alkohol tylko sprzedaję i słucham, jakie to ludzie mają z nim problemy.

Klienci się zwierzają?

- Słyszę pewnie więcej niż ksiądz na spowiedzi, o niektórych ludziach książki mogłabym napisać. Opowiadają o problemach ze zdrowiem, strasznym szefie, kłopotach z sąsiadami... Albo chwalą się, że syn dostał pracę, córka dobrze wychodzi za mąż... Pani raz przyniosła do sklepu swojego kota - który nigdy wcześniej nie opuścił domu - aby mi go pokazać. Jeszcze kokardę na szyi mu zawiązała, aby był ładniejszy. To był śliczny kot.

Z drugiej strony klienci - zwłaszcza kobiety - najczęściej mówią o tych rzeczach złych. Często pojawia się jakaś pani i mówi: "Mąż mnie pobił".

Naprawdę? Bite kobiety tak rzadko przyznają, że są ofiarami.

- Nie wiem, czemu akurat mi to mówią. Może nie mają po prostu nikogo, komu mogłyby o tym powiedzieć? I ja dla nich jestem kimś, kto z jednej strony jest na tyle swój, by mu zaufać, ale z drugiej na tyle obcy, że w domu już się nie pojawi? Nie wiem.

Widzi pani, bo to chyba dlatego, że te więzi społeczne się rozluźniły. Co to za rozmowa na Facebooku? Co to za życzenia wysyłane SMS-em? Ludzie dziś gonią za pracą, za rzeczami - dlaczego nie za kimś? Kiedyś się wyjeżdżało na wakacje i zostawiało klucze sąsiadom, aby ci kwiatki im podlali, wywietrzyli. A dziś człowiek się boi, bo ma od sąsiada lepszą plazmę i patery srebrne. Zaufanie poszło w łeb.

A potem ludzie się dziwią, że zwierzyć się mogą tylko ekspedientce?

- Ale powody bywają też nieco praktyczniejszej natury. Przychodzi do mnie jedna pani i pyta: "Był już mój po flaszkę? Bo nie wiem, czy mogę do domu iść...". Ona nie pije, ale pije jej syn. Pije i bije. To trochę taka ballada o Januszku, ale w lepszym wydaniu.

I co pani mówi takiej kobiecie?

- Ona ma bardzo duże mieszkanie, ze 100 metrów kwadratowych będzie. I to ona jest jego głównym najemcą. Pytam więc, czemu nie zamieni tego mieszkania na dwie kawalerki - dla siebie i dla niego. Ona na to, że szkoda takiego mieszkania. Mówię jej, że szkoda też żyć w strachu, chodzić posiniaczona, bez pieniędzy i musieć synowi codziennie pół litra kupić. Bo inaczej on się nie dobije, nie pójdzie spać i będzie się dalej awanturował. Więc ona w nocy nakłada buty, kurtkę i idzie szukać nocnego, by kupić mu tę kolejną dwusetkę i móc we własnym domu spokojnie przespać noc.

Niepojęte.

- Niepojęte. Jak to słyszę, to od razu jestem zbuntowana. Co się musi dziać w umyśle tej kobiety, że nie wyrzuci takiego synka... Ona mówi, że to dziecko przecież jest.

Ile syn ma lat?

- 30... Nie, zaraz - 42 lata.

I to jest dziecko?!

- No tak. To nadal jej dziecko. No a jak ona może własne dziecko na poniewierkę... Choć z drugiej strony na policji była. Syn ma założoną sprawę o przemoc w rodzinie. Ale wie pani, jakie my mamy sądy w tym kraju.

Takie, że oprawca może sobie dalej mieszkać ze swoją ofiarą.

- No właśnie. Choć z drugiej strony ona też jest bardzo bierna. Ja na jej miejscu chodziłabym do tego sądu jak po mleko. Żeby mieć w końcu spokój.

Ale pani wie, ofiary przemocy zazwyczaj czują się bezsilne. To wyuczona bezradność.

- To czemu mnie, młodej kobiecie bez wykształcenia, udało się zostawić mojego byłego pana męża, który też nadużywał?

Ile miała pani lat?

- 27! A do tego drugie dziecko - córka - dopiero było w drodze. Ostatni fatałaszek byłego pana męża wyrzuciłam, kiedy córka miała 4,5 miesiąca, a syn 2,5 roczku. Wie pani, do tamtego momentu byłam strasznie naiwna, zielona jak te młode liście na drzewach.

Nie taka naiwna, skoro go pani pogoniła.

- Bo pił. Choć na szczęście nigdy ręki na mnie nie podniósł i nie obraził. Najbardziej przykra rzecz, jaką od niego usłyszałam, to: "Dobra żona czekałaby na męża z obiadem nawet o godzinie 3 w nocy". Ja nie chciałam być dobrą żoną.

Skoro takie miało być kryterium...

- No tak. Pamiętam, że na ostatniej rozprawie podszedł do mnie i powiedział, że nadal mnie kocha. I ja mu nawet uwierzyłam, tylko że co z tego? Odpowiedziałam mu: "Tylko że ja tej twojej miłości nie rozumiem. Nigdy mi jej nie wytłumaczyłeś...". A potem jeszcze na wszelki wypadek pozbawiłam go władzy rodzicielskiej. Były pan mąż nie nękał co prawda mnie ani dzieci, ale chciałam zabezpieczyć je na przyszłość - by on nigdy nie mógł do nich przyjść, kiedy będą już dorosłe, powiedzieć, że przepił swoje życie, potrzebuje na leki i założyć im sprawę o alimenty...

Dobry ruch. Ale wracając do sprzedaży tego alkoholu - przecież nie piją tylko osoby niewykształcone.

- Niestety. Mam taką jedną rodzinę, bardzo dobrze wykształceni, na wysokich stanowiskach - i ja rozumiem, że ludzie pracować muszą i jak biorą za to dobre pieniądze, to tym lepiej. Ale oni w ogóle nie mają czasu dla dwóch dorastających córek, które tęsknią za nimi. A oni zamiast spędzić z nimi więcej czasu, kupują im prezenty. Nie można tęsknić za rodzicami, którzy są obok.

Wie pani, kłóci się we mnie wszystko. Przychodzą do mnie po zakupy i tatuś kupuje dwa piwka - na nie znajdzie czas, a na córki już nie. I może nie byłoby to takie najgorsze, gdyby nie był już po jednej seteczce.

Wcześniej był już u pani po setkę?

- Tak. Tacy często przychodzą do mnie co dwie godziny. Najpierw po jedną, którą wypiją przed sklepem (wszędzie są kamery przemysłowe, śmiać mi się chce, jak pomyślę, czego musiała się naoglądać ochrona...). Potem wracają po kolejną. A nieraz i po jeszcze jedną.

Nie rozumiem, czemu od razu nie kupić dwusetki albo pół litra?

- To chyba taki rytuał. Bo seteczka to jest coś, co wprowadza w odpowiedni stan, a jest mała i wydaje się niewinna, wręcz niewidzialna. Mi nie wolno komentować takich zakupów - choć ta Anka w środku to się musi hamować. Oni myślą, że nawet taka pani Ania nie zorientuje się, że oni tego potrzebują. Wychodzą z założenia, że co to jest 5 zł... A 5 zł codziennie to 150 zł w miesiącu. A 10 zł codziennie to... Wie pani, jak to idzie.

Tymczasem często zdarza się, że widzę te same osoby przed wystawą obuwniczego obok mojego sklepu, jak oglądają buty na wystawie. I słyszę: "No fajne buty, ale 200 zł to drogo...". A oni dokonują wyboru. Mają na swoje seteczki, a nie mają na porządne buty i chodzą w plastiku z bazaru za 30 zł.

Widzi pani ludzi, którzy próbują coś ze sobą zrobić?

- Zdarza się, że czasem przychodzą i chwalą się, że już tydzień są trzeźwi, więc mogą pójść sobie "poświętować". Tylko że to nie problem wytrzeźwieć fizycznie. Niech społecznie wytrzeźwieją. Nasze stosunki ludzkie są tak zaburzone...

Przychodzi do mnie taka kobieta i mówi, że nie zaśnie, jeżeli się nie napije... Ja bym wolała pójść do lekarza i spróbować coś z tym zrobić. Codziennie się zastanawiam, kiedy do ludzi dotrze, że alkohol - to owszem, ale nie codziennie i nie za wszelką cenę.

Wie pani, do jakiego jeszcze wniosku doszłam? Że takie osoby należałoby wysyłać na specjalne zajęcia, żeby życia się nauczyły. Inna sprawa, że w naszym społeczeństwie panuje powszechne przekonanie, że terapia jest dla wariatów. Ale i tak nie rozumiem, dlaczego człowiek nawet przed lekarzem nie przyzna się do swoich problemów. Przecież lekarz mu nie pomoże, jak nie będzie wiedział, co jest nie w porządku.

Bardzo trudno przyznać się do tego, że nie radzimy sobie.

- No właśnie. Ja swoją koleżankę już czwarty rok oświecam, że jest alkoholiczką i by coś z tym zrobiła. Bo przecież nie chowa się flaszki do pralki, latem do butów zimowych. Nie idzie się po bułki i nie wypija dwusetki w bramie.

Do pani też po te bułki przychodzi?

- Między innymi. Ale alkoholicy zaopatrują się zawsze w kilku sklepach, żeby nikt się nie zorientował, ile naprawdę piją. Chociaż to i tak widać. Jestem w innym sklepie i zdarza się, że ekspedientki mnie o nią pytają: "Znasz ją?". "A co?". "A nic. Tylko że to taka pijaczka...". A to naprawdę wartościowa dziewczyna! Ale tak często jest, że alkoholikami zostają ludzie wartościowi, tylko ogromnie wrażliwi.

Nadwrażliwi.

- No, tak. Bo nie mogą znieść tego, co widzą, co ich otacza. Szkoda tylko, że nie mogą zamiast tego zrobić czegoś bardziej konstruktywnego. W dawnych czasach była taka fantastyczna inicjatywa, czyn społeczny się nazywała. Ludzie sadzili np. drzewa w parkach. Niby niewiele, ale dzięki temu poświęceniu mieli więcej szacunku do otaczającego ich świata i innych ludzi. Powinniśmy wrócić do tego zwyczaju.

Ludzie nie zaskakują już dziś pozytywnie?

- Był taki miły incydent po sylwestrze. Młody chłopak, który przychodził do mnie niemal codziennie, prosił o to samo, ale nigdy nie zagaił. Tymczasem jednego wieczora po sylwestrze przyszedł z kolegami i mówi do nich: "To jest ta fantastyczna kobieta, o której wam opowiadałem! Ta, co to wszystkim dobrze doradza!". A ja tylko przed sylwestrem doradziłam mu i znajomym, by zamiast coca-coli wzięli sok w kartoniku z jabłka i czerwonej porzeczki. Oni co prawda nie bardzo wiedzieli, co to ta czerwona porzeczka jest - wie pani, pokolenie coca-coli, pizzy i frytek... Ale wzięli i jeszcze wrócili po więcej. I młodzieniec potem kolegom o starej babie opowiada!

To strasznie miłe.

- Tak i znaczy dla mnie więcej niż premia. Tymczasem za chwilę znów będę musiała szukać pracy. Wszystko drożeje, właściciel nie wyrabia finansowo i nie może sobie pozwolić na pracownika. Za ladą niedługo zastanie pani jego samego.

Pani Aniu, a panią gdzie zastanę?

- Tego jeszcze nie wiem. Ale gdzieś znajdę pracę. Nie martwię się. Wczoraj skończyłam 49 lat i ktoś gdzieś na pewno potrzebuje specjalistki na kolejne 15 lat, aby dotrzymać mnie do emerytury. Albo i dłużej! Bo nie wyobrażam sobie, żeby siąść i dziergać serwetki.

Więcej o: