Przestali być ludźmi, stali się obiektami radioaktywnymi. 27 lat temu wybuchł reaktor w Czarnobylu [FRAGMENTY KSIĄŻKI]

26 kwietnia 1986 roku o godzinie pierwszej minut dwadzieścia trzy, pięćdziesiąt osiem sekund seria wybuchów obróciła w ruinę reaktor i czwarty blok energetyczny elektrowni atomowej w położonym niedaleko granicy białoruskiej Czarnobylu. Była to największa katastrofa ekologiczna XX wieku. Białoruska reporterka dziesięć lat po tragedii pojechała do Czarnobyla. Chciała poznać prawdę o ?strefie?.

10 lat po awarii reaktora Swietłana Aleksijewicz pojechała do Czarnobyla. Odwiedziła ludzi, którzy przeżyli katastrofę. Niektórzy po raz pierwszy rozmawiali o tym, co wydarzyło się 26 kwietnia. Poniżej prezentujemy fragmenty książki "Czarnobylska Modlitwa" Swietłany Aleksijewicz wydanej przez Wydawnictwo Czarne. Książkę w wersji elektronicznej możesz kupić tutaj >>>

To już nie człowiek, tylko reaktor

Kiedy w czarnobylskiej elektrowni rozpoczął się pożar reaktora, na miejsce przyjechała straż pożarna. Ratownicy myśleli, że biorą udział w zwykłej akcji. Przyjechali bez strojów ochronnych, specjalistycznego sprzętu.

- Tłumili ogień, a on się rozpełzał. Podnosił. Strącali kopniakami gorący grafit. Pojechali bez brezentowych skafandrów, tak jak stali - w samych koszulach. Nikt ich nie uprzedził, wezwano ich do zwykłego pożaru - opowiada Ludmiła Ignatienko, żona Wasilija Ignatienki, jednego ze strażaków, którzy jako pierwsi pojechali 26 kwietnia do Czarnobyla.

To, co najbardziej przerażało, to brak informacji. Pracownicy elektrowni i członkowie ekip ratowniczych zostali zabrani do szpitala. Lekarze nie chcieli dopuszczać do nich rodzin. Ludmile Ignatienko udało się dostać do szpitala.

ZOBACZ ZDJĘCIA Z OPUSZCZONEGO CZARNOBYLA >>>

- Ktoś mi tłumaczy: "Niech pani pamięta, że ma przed sobą już nie męża, nie ukochanego, ale obiekt radioaktywny o wysokiej gęstości skażenia. Nie jest pani samobójczynią. Proszę się wziąć w garść" - opowiada.

Mimo ostrzeżeń personelu nie zrezygnowała z opieki nad mężem. Widziała najgorsze objawy choroby popromiennej.

- Podnoszę jego rękę, a kość się rusza, chwieje, oderwała się od ciała. Kawałki płuca, wątroby wypadały przez usta. Krztusił się własnymi wnętrznościami. Owijałam rękę bandażem i wsuwałam mu do ust wszystko to, co z niego wyjmowałam. Tego się nie da opowiedzieć! Nie da się opisać! Nawet przeżyć - mówi.

Opiekując się chorym mężem, wiedziała już, że jest w ciąży. Wierzyła jednak, że promieniowanie nie zaszkodzi dziecku. Urodziła córkę, która przeżyła tylko kilka godzin.

Moja córka umarła na Czarnobyl

Aleksijewicz zebrała wiele opowieści zrozpaczonych rodziców, którzy po katastrofie w Czarnobylu stracili dzieci. W większości przewijają się te same wątki: bezradność, brak informacji, bezduszność przedstawicieli władzy.

- Myślałem, że nic nie rozumie. A ona, jak zobaczy w przedszkolu opiekunkę w białym fartuchu albo kucharkę w stołówce, to od razu wpada w histerię: "Nie chcę do szpitala! Nie chcę umierać!". Nie znosiła białego koloru. W nowym domu nawet białe zasłonki zmieniliśmy - opowiada Nikołaj Fomicz-Kaługin. Jego córki nie udało się uratować. - Córka miała na imię Katia Katiusza. Miała siedem lat, kiedy umarła. Chcę zaświadczyć, że moja córka umarła na Czarnobyl. Bo od nas się żąda, żebyśmy milczeli. Mówią, że to naukowo jeszcze niedowiedzione, że nie ma bazy danych. Niech pani zapisze. Niech chociaż pani to napisze - prosi reporterkę.

To właśnie fotografie ciężko chorych dzieci, pozbawionych włosów, o zdeformowanych ciałach są jednym z najbardziej poruszających dokumentów pokazujących skutki awarii reaktora. Swietłana Aleksijewicz dotarła do rodziców tych dzieci.

- Kiedy się urodziła, to było nie dziecko, ale żywy woreczek zaszyty ze wszystkich stron, ani jednej szparki, tylko oczka miała otwarte. W historii choroby napisali: "Dziewczynka z licznymi wadami wrodzonymi: aplazją odbytu, aplazją pochwy, aplazją lewej nerki". Tak to brzmi w języku nauki, a w zwykłym: ani pupki, ani cipki, jedna nerka - opowiada matka jednej z dziewczynek. Była gotowa zgłosić się do klinik, które chcą badać nietypowe przypadki medyczne, by zapewnić córce leczenie.

- Ma cztery lata, śpiewa, tańczy, czyta, recytuje z pamięci wiersze. Normalnie się rozwija umysłowo, niczym się nie różni od innych dzieci, tylko inaczej się bawi. Nie bawi się w sklep, w szkołę, bawi się lalkami "w szpital": robi im zastrzyki, mierzy temperaturę, podaje kroplówkę, a kiedy lalka umiera - przykrywa ją prześcieradłem.

Nikt nie wyjeżdżał na zawsze

Ewakuacja Prypeci i okolicznych wsi w pobliżu elektrowni rozpoczęła się już dzień po katastrofie. Mieszkańcy byli przekonani, że wyjeżdżają tylko na kilka dni. Niektórzy zdecydowali się przeciwstawić poleceniom służb i zostać w swoich domach. Tak jak Zinaida Jewdokimowna-Kowalenko.

- Ludzie powyjeżdżali, a koty i psy zostawili. W pierwszych dniach chodziłam i rozlewałam wszystkim mleko, a każdemu psu dawałam kawałek chleba. Stały przy swoich obejściach i czekały, aż gospodarze wrócą. Długo na nich czekały. Głodne koty jadły ogórki, pomidory. Do jesieni kosiłam trawę przed furtką sąsiadki. Jak się u niej płot przewrócił, to go gwoździami przybiłam. Czekałam na ludzi. Sąsiadka miała psiaka, wabił się Żuczek. "Żuczek, proszę, jak zobaczysz ludzi, to daj mi znać i zaszczekaj" - mówi nielegalna mieszkanka strefy czarnobylskiej. Długo starała się dbać o obejścia sąsiadów, zanim zrozumiała, że do wsi nikt już nie wróci.

Niektórzy z ewakuowanych zdecydowali się jednak na powrót. Nie potrafili żyć tam, gdzie wszyscy traktowali ich jak "tych z Czarnobyla".

- Wróciliśmy taborem. Trzy rodziny. A tutaj wszystko rozgrabione: piec rozbity, okna, drzwi powyjmowane z zawiasów. Podłogi pozrywane. Żarówki, wyłączniki, rozetki. Wszystko powykręcali. Nic żywego nie ma. Tymi rękami wszystko na nowo robiłem, tymi tutaj. A co! - opowiada jeden z tych, którzy wbrew zakazowi wrócili do strefy.

- Milicja krzyczała. Jak przyjadą samochodem, to my do lasu. Jak za Niemca. Kiedyś zjechali tu do nas z prokuratorem, który się odgrażał, że nas odda pod sąd. Mam order jako przodownik kombajnista, a on mi wygraża dziesiątym paragrafem jak zbrodniarzowi - oburza się.

Przyjeżdżali nocami, wyciągali prosto z łóżek

Po awarii czwartego reaktora, bardzo długo trwały prace w czarnobylskiej elektrowni. Mimo śmiertelnego zagrożenia i braku odpowiednich sprzętów ochronnych przywożono tam kolejne ekipy pracowników, którzy mieli zabezpieczać teren i usuwać skutki katastrofy.

- Przychodzą jacyś ludzie, wręczają mi wezwanie i mówią, że na dole już czeka samochód. Taki specjalny "czarny kruk". Jak w trzydziestym siódmym. Przyjeżdżali nocami. Wyciągali ciepłych, prosto z łóżka - opowiada jeden z likwidatorów pracujących w strefie czarnobylskiej.

Nie brakowało też ochotników, którzy chcieli pracować w strefie. Niektórych pociągały zarobki, jakie władza oferowała likwidatorom. Inni jechali po przygodę, chcieli sprawdzić się w ekstremalnych warunkach. Tak jak myśliwi, którzy zgłosili się do odstrzeliwania zwierząt pozostawionych przez ewakuowanych mieszkańców okolic Czarnobyla.

- Można było sobie postrzelać, w dodatku do biegnącego, żywego celu. Odezwała się myśliwska żyłka. Wypiliśmy i pojechaliśmy - mówi reporterce przewodniczący Chojnickiego Ochotniczego Towarzystwa Myśliwych i Wędkarzy Wiktor Josifowicz-Wierżykowski. Zabijali przede wszystkim domowe zwierzęta, które czekały przy domach na powrót swoich właścicieli.

- Kiedy przyjechaliśmy pierwszy raz, psy biegały koło swoich domów. Pilnowały. Czekały na ludzi. Usłyszały ludzkie głosy, ucieszyły się i przybiegły. Witają nas. Strzelaliśmy do nich w domu, w szopie, w ogródku - opowiada.

Zaciera się granica między rzeczywistością a tym, co nierealne

Na temat Czarnobyla bardzo szybko zaczęły krążyć niesamowite opowieści. Pojawiły się plotki o zmutowanych zwierzętach, grzybach, które mają ludzkie głowy. Wiele z nich było zupełnie wymyślonych, ale promieniowanie rzeczywiście mogło wywoływać bardzo rożne skutki.

- Pojawiły się pierwsze psowilki, urodziły je wilczyce krzyżujące się z psami, które uciekły do lasu. Są większe od wilków, nie zwracają uwagi na flandry, nie boją się świata ani ludzi, nie nabiorą się na wabiki myśliwych. Zdziczałe koty też łączą się w stada i już nie boją się ludzi. Zanikła pamięć o tym, że niegdyś służyły człowiekowi. Kiedyś znajdą ślady niezwykłych pochówków. To cmentarzyska zwierząt. Dzisiejsze ołtarze ofiarne. Leżą tam tysiące rozstrzelanych psów, kotów, koni. Wszystkie bezimienne. Zaciera się granica między rzeczywistością a tym, co nierealne - opowiadała Aleksijewicz jedna z kobiet odwiedzających strefę czarnobylską.

- Opowiadają, że u staruszek pojawiało się mleko w piersiach, jak u położnic. W medycynie to zjawisko nazywa się relaktacją. A dla chłopów? To kara boża. Zdarzyło się coś takiego staruszce, która mieszkała sama. Bez męża i dzieci. Dostała pomieszania zmysłów. Chodziła po wsi i kołysała coś na rękach, brała polano albo obwiązywała chustką dziecięcą piłkę, "Luli luli" - śpiewała - mówiła inna z rozmówczyń reporterki.

Nie wiedzieliśmy, że śmierć może być taka piękna

To, co najbardziej zaskakuje, to fascynacja, jaką budziła czarnobylska elektrownia. - Ludzie wynosili dzieci, podnosili na rękach: "Popatrz! Zapamiętaj!". I to ci sami, którzy pracowali przy reaktorze.

Inżynierowie, robotnicy. Nawet nauczyciele fizyki stali w czarnym pyle. Rozmawiali. Oddychali. Podziwiali - wspomina Nadieżda Pietrowna-Wyhowska wysiedlona z miasta Prypeć.

Pamięta, że pnący reaktor miał niezwykłą barwę. Nie palił się zwyczajnie, wyglądał, jakby jarzył się cały od środka. - Nie wiedzieliśmy, że śmierć może być taka piękna - mówi Nadieżda Pietrowna.

ZOBACZ ZDJĘCIA Z OPUSZCZONEGO CZARNOBYLA >>>

Wszystkie cytaty pochodzą z książki "Czarnobylska Modlitwa" Swietłany Aleksijewicz wydanej przez Wydawnictwo "Czarne". Książkę w wersji elektronicznej możesz kupić tutaj >>>

Więcej o: