"Bo posprzątam, a matka mi zabrudzi". Pielęgniarka mówi nam o szpitalach przed Wigilią

Grzegorz Sroczyński
- Rodziny wiedzą, co zrobić, żeby pacjenta "zepsuć" na święta - mówi Grzegorzowi Sroczyńskiemu pielęgniarka Magdalena Sękowska. Oto "wigilijna opowieść" o "świątecznych" dziadkach i babciach.

Grzegorz Sroczyński: Kiedy jest najgorzej?

Magdalena Sękowska*: W święta. Zwłaszcza jak jest kumulacja. W tym roku bierze pan cztery dni urlopu i razem z Nowym Rokiem ma dwa tygodnie wakacji. Biura podróży wystawiają dobre oferty, można wyjechać do ciepłych krajów albo w góry. Wtedy w szpitalu na internie starzy ludzie zapełniają większość łóżek.

Pacjent jest przywożony na SOR przez rodzinę, oni coś tam mówią rejestratorce i nagle bach, znikają. Staruszek zostaje sam w poczekalni. Z rodziną nie ma kontaktu, a gdy po kilku dniach w końcu ktoś odbierze telefon, to słyszymy: "No, myśmy wyjechali w góry, bo myśleliśmy, że dziadek zostanie u was na dłużej, przecież źle się czuł".

Tych chodzących i siedzących podrzucają na SOR. Natomiast, jeśli pacjent jest leżący, to wzywają karetkę. Karetka przyjeżdża, lekarz bada, nic specjalnego się nie dzieje, ciśnienie w normie, ale rodzina nalega. "Zabierzcie mamę na święta, bo ja sobie nie poradzę". Narzucają swoją wolę.

I ulegacie?

Czasem ze strachu. Dzisiaj nad każdym zawodem medycznym - od lekarza po salową - wisi widmo procesu. Jak pan kogoś nie przyjmie, a coś się stanie, to może przyjść pozew. I przychodzi czasem po pięciu latach.

Poza tym rodziny wiedzą, co zrobić, żeby pacjenta "zepsuć" na święta.

Zepsuć?

Dadzą mniej picia, nie podadzą leku przez dwa dni. U starszych osób do odwodnienia dochodzi w ciągu paru godzin. Zwłaszcza jeśli jest to pacjent, który nie chodzi, ma odleżyny. Rodziny chcą mieć pewność, że szpital babcię czy dziadka przyjmie. Odwodnienie to przyczyna 80 proc. świątecznych hospitalizacji.

Może rodziny nie robią tego specjalnie?

Może. Tylko dlaczego to są stale te same osoby? Jeśli co roku rodzina akurat przed Bożym Narodzeniem przywozi mamę w stanie skrajnego odwodnienia, to ciężko uwierzyć, że to przypadek. Czasem tłumaczą, że zapomnieli picia podać w ferworze sprzątania i zakupów.

Starsza osoba w szpitalu (zdjęcie ilustracyjne)Starsza osoba w szpitalu (zdjęcie ilustracyjne) Shutterstock

Objawy odwodnienia?

Sucha skóra, spierzchnięte usta, zaburzona świadomość, senność, pacjent leje się przez ręce, niskie ciśnienie. Karetka musi taką osobę wziąć, a SOR przyjąć. Długotrwałe odwodnienie stanowi zagrożenie dla życia. Trzeba pacjenta nawodnić i nie wolno go zostawić w domu. Szczególnie jeśli nie jesteśmy pewni, że ktoś się nim zaopiekuje.

Tak jak da się starszego człowieka szybo "zepsuć", da się też dość szybko "naprawić". Drugiego dnia świąt pacjent kwalifikuje się do wypisu, ale rodziny nie ma. Wydzwaniamy. Jeśli w ogóle uda się z kimś połączyć, to słyszy się: "A wie pani, bo myśleliśmy, że tata zostanie do Nowego Roku, więc żeśmy wyjechali. I teraz nas nie ma. To już niech u was poleży". 

O takich pacjentach lekarze mówią "świąteczny dziadek", "świąteczna babcia". Szpital nawet to kiedyś policzył i wyszło, że przed świętami co roku pojawia się około 20 procent więcej osób w starszym wieku.

Pani z nimi rozmawia, jak już leżą przez święta?

Rozmawiam. "A, bo wie pani, córka miała wczasy wykupione i nie wiedzieli, co ze mną zrobić. Więc uradzili, że w święta porządnie się przebadam w szpitalu". Czasami są obrażeni: "Nie mieli dla mnie czasu i mnie do was podrzucili".

O tym się prawie nie mówi, ale w Polsce istnieje zjawisko przemocy wobec osób starszych. Prowadzę zajęcia na ten temat dla studentów pielęgniarstwa, próbuję ich na to uczulić. W Anglii czy we Włoszech jest kult starszego człowieka, ceni się takie osoby i pozwala jak najdłużej funkcjonować samodzielnie. U nas jest inaczej. Po pierwsze przemoc finansowa, babcia nie może rozporządzać samodzielnie swoją emeryturą, bo cała rodzina chce ją w tym wyręczyć. Po drugie starszych ludzi w ogóle nie słuchamy. Osoba, która jest pod opieką syna czy córki, nie ma nic do gadania. To widać już w czasie badania w domu. "Mamę boli to i to" - mówi rodzina. Ale jak ta matka chce coś powiedzieć, to nie ma szansy się przebić. "Cicho, cicho, ty nic nie mów". Pojawia się też często miękki rodzaj przemocy, czyli paternalizm. "Mamo, lepiej ja cię nakarmię, bo mi wszystko zachlapiesz". Pacjentka jest po udarze i trochę jej się ręka trzęsie, więc wiadomo, że zachlapie dywan. Córka karmi mamę jak kaczkę, bo jej się spieszy, mimo że pacjentka sama mogłaby jeść i byłoby to dla niej lepsze, ręką po udarze by pracowała. Takiego pacjenta fajnie oddać przed świętami do szpitala, bo ja wysprzątam dom, a matka znowu mi wszystko zabrudzi. To kolejny powód przywożenia starszych pacjentów tydzień przed świętami - chęć ogarnięcia domu, pozbycia się babci, która nie do końca pasuje naszemu społeczeństwu do atmosfery świąt.

Jak to babcia nie pasuje do świąt?

Bo przyjdą goście. A my się wstydzimy starych ludzi. Babcia bełkocze, robi do pampersa, może trochę niezbyt miło pachnie. Ten wstyd polskich rodzin dobrze widać, jak się pracuje w opiece domowej. Pacjentka ma 93 lata i jej córka wprowadza zasadę, że jak ktoś przychodzi w gości, to matka ma siedzieć zamknięta w pokoju. "Ty przez dwie godziny nie wychodź".

Starych ludzi się wstydzimy, ale też się ich boimy. Najbardziej tego, że babcia nie daj Boże umrze nam w domu, a nie w szpitalu. Jesteśmy narodem bojaźliwym w stosunku do chorego. Rodzina odwiedza starą matkę, ale siedzi dwa metry od niej. Boi się jej dotknąć, wyjść z nią do toalety.

Kiedyś widziałam na ulicy charakterystyczną scenę. Dziesięciolatek pyta mamę: "A może babcia nam to powie? Może babcia będzie wiedziała?". "Babci nie pytaj, kochanie, bo ona jest w takim wieku, że już nic nie wie".

Nasz lekceważący stosunek do starszych ludzi dodatkowo jest podlany sosem nadopiekuńczości, nieustannego ciamkania i zdrabniania. Córka do starej matki: "Mamuńku, może byś mleczka się napiła, mniam, mniam, jakie pyszne". W Polsce do starych ludzi nie mówi się, tylko ciamka jak do dzieci. Osoby starsze się do tego przyzwyczajają, ale bardzo tego nie lubią. Bo myślą: aha, coś ze mną jest nie tak, skoro tak mnie niepoważnie traktują.

zdjęcie ilustracyjnezdjęcie ilustracyjne Shutterstock

Co pani myśli o rodzinach, które podrzucają rodziców na SOR przed świętami?

Nic nie myślę. To trudne pytanie i nie mam na nie jednoznacznej odpowiedzi.

Może oni po prostu są śmiertelnie zmęczeni tą opieką? Po roku zajmowania się kimś bez przerwy można zwariować ze zmęczenia. 

Ale czy trzeba akurat wariować na święta? U starych osób zostawionych w szpitalu depresja pojawia się natychmiast. Nawet jeśli współpracowały z rodzinami w spisku i same symulowały chorobę. Te osoby mówią: "Wychowałam dzieci, wychowałam wnuki, a na święta jestem sama". To może skrócić życie o parę lat.

W dodatku dla nich Boże Narodzenie to święta rodzinne. Całe życie byli do tego przyzwyczajeni, że rodzina może być nawet pokłócona, ale na Wigilię jednak wszyscy się spotykają. Więc wyjazd córki, syna, wnuków w Alpy odbierają jako coś dziwnego. I nawet jeśli się na to godzą, to nie do końca mogą to zrozumieć.

Byłabym za tym, żeby w święta nie planować wyjazdów i nie zostawiać kogokolwiek gdziekolwiek. Nawet w najlepszym domu opieki.

A poza świętami można?

Oczywiście. Na dwa tygodnie, miesiąc, żeby odpocząć - to jest w porządku. Kiedy rodzina będzie zdrowa i w miarę wypoczęta, to pacjent też będzie zdrowszy. Zajmowanie się osobą starszą to bardzo ciężka praca. Jeśli nie zrobi pan sobie przerwy, wakacji, nie złapie oddechu, to może się pan zacząć zachowywać tak, jak nigdy by się pan po sobie nie spodziewał.

Czyli?

Agresja najczęściej. Zdarza się, że nie tyle pacjent jest umęczony chorobą, bo bierze leki i go prawie nie boli, tylko opiekująca się nim rodzina. I powinny być furtki, żeby takiej rodzinie pomóc.

A są?

Są, jak ma pan pieniądze. W Domach Pomocy Społecznej trzeba zapłacić, dopłacić do kosztu utrzymania pensjonariusza, a w bezpłatnych Zakładach Opiekuńczo-Leczniczych nie ma szans oddać kogoś na dwa tygodnie. Na miejsce czeka się pół roku, rok i nigdy nie wiadomo, kiedy coś się zwolni. Poza tym pacjent musi spełnić kryterium tzw. skali barthel, oceniana jest jego sprawność, ubieranie się, jak sobie radzi z jedzeniem. I żeby mógł się zakwalifikować, to może mieć maksymalnie 40 punktów, jak zdobędzie 50 punktów - czyli jest w nieco lepszym stanie - to go nie przyjmą.

Najlepiej byłoby podzielić się opieką wewnątrz rodziny, jeśli jest siostra albo brat. "Weź mamę do siebie na dwa tygodnie, bo muszę odpocząć". Tylko z tym często też jest problem. "Ja mamy do siebie nie wezmę, bo przecież ty dostaniesz po niej mieszkanie, więc ty się opiekuj".

Działa sporo domów opieki, które przyjmują na dni, na tygodnie. Ale za pieniądze. 

Ile?

Doba w granicach 300 złotych.

No to ma pani odpowiedź, dlaczego starsi ludzie lądują w szpitalu.

Tylko to nie jest tak, że rodziców do szpitali podrzucają ludzie biedni, których nie stać na inne rozwiązanie. Zwykle robią to właśnie zamożniejsi, którzy mają pieniądze na wyjazd w Alpy. Tu nie chodzi tylko o pieniądze, chodzi też o wstyd.

Starsza osoba w szpitalu (zdjęcie ilustracyjne)Starsza osoba w szpitalu (zdjęcie ilustracyjne) Pixabay.com

Wstyd?

Pracowałam w Grecji i we Włoszech jako pielęgniarka, opiekunka osób starszych. Rodziny bardzo tam dbają, żeby babcia czy dziadek jak najdłużej mogli mieszkać samodzielnie albo z rodziną, ale jeśli staje się to zbyt trudne, niemożliwe do realizacji w warunkach domowych, to nie mają problemów z oddaniem starszych ludzi do domu opieki. Przychodzą codziennie w odwiedziny, tak jak wcześniej przychodzili do babci do domu. Taką placówkę traktują jak dom swojej matki, swojego ojca. Natomiast u nas babcię do domu opieki oddają tylko źli ludzie. Więc lepiej udawać.

Udawać?

No tak. Bo jeśli babcia na święta wyląduje w szpitalu, to można powiedzieć sąsiadom: "Źle się poczuła, musiała iść do szpitala, a myśmy wyjechali w góry tylko przy okazji". Oczywiście to bujda, bo pensjonat w górach zarezerwowali miesiąc wcześniej. Ale dla otoczenia takie udawanie wygląda ładniej.

* Magdalena Sękowska jest pielęgniarką i pedagogiem. Przez sześć lat była pielęgniarką oddziałową w szpitalu Wolskim, teraz pracuje w prywatnej służbie zdrowia. Wykłada też na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym.

Więcej o: