Zagadki sprawy Olewnika

Po 10 latach od porwania Krzysztofa Olewnika wciąż nie ma odpowiedzi na wiele pytań. Z roku na rok znaki zapytania w tej sprawie zamiast stopniowo znikać, cały czas się wręcz mnożą. Czego nadal nie ustalono?


Kiedy został porwany Krzysztof Olewnik?

Wiadomo, że Krzysztof Olewnik zniknął ze swojego domu w Drobinie w 2001 roku, dokładnie w nocy z 26 na 27 października po imprezie, na której bawił się z lokalnymi policjantami. Do dzisiaj nie wiemy jednak, co dokładnie się wtedy wydarzyło. W mieszkaniu były ślady walki, porozrzucane rzeczy. Zastanawiają jednak znalezione na miejscu plamy i smugi krwi Krzysztofa. Z opinii biegłych wynika bowiem, że przynajmniej część z nich została naniesiona ''statycznie'', czyli nie w sposób, w jaki robi to zraniona osoba, która krwawiąc przemieszcza się. Jeszcze większą zagadką są jednak plamy krwi odkryte w domu Olewnika pod panelami podłogowymi w 2009 roku. Pochodzą one z okresu w którym zniknął Krzysztof, ale z badań DNA wynika, że nie była to ani krew Krzysztofa, ani żadnego z porywaczy. Prawdopodobnie więc w domu był ktoś jeszcze. Wiadomo, że padł tam też strzał, bo znaleziono łuskę po naboju. Na kanwie tych doniesień powstawały kolejne teorie, m.in. o drugiej imprezie, o tym, że ktoś w jej trakcie został zamordowany, żadna z nich oficjalnie nie została potwierdzona.

Prokuratura wciąż bada też inne zagadki dotyczące tamtego wieczoru - w trakcie przesłuchań okazało się bowiem, że niektóre pomieszczenia w domu wyglądały inaczej niż zostawili je uczestnicy imprezy. Jak mówił niedawno w rozmowie z Bogdanem Wróblewskim z Gazety Wyborczej prokurator Zbigniew Niemczyk, gdańscy śledczy, którzy obecnie analizują sprawę uprowadzenia Olewnika szukają m.in. odpowiedzi na pytania: kto i dlaczego porozwieszał ręczniki w miejscach, gdzie zazwyczaj zostawiano je po skorzystaniu z basenu (a policjanci się nie kąpali)? kto i w jakich okolicznościach zawiązał krawat na filarze w salonie (uczestnicy grilla twierdzą, że to nie oni)? kto korzystał z sypialni, o czym świadczy jej wygląd, skoro uczestnicy zapamiętali, że sypialnia była uporządkowana?

Nieścisłości z tamtego wieczoru można mnożyć. Dlatego coraz częściej pada pytanie, czy Krzysztof Olewnik rzeczywiście został tamtej nocy uprowadzony, czy może bieg wypadków wyglądał inaczej? Pewności w tej kwestii wciąż nie ma.

Błędy w śledztwie, czy celowe mylenie tropów?

Do dziś nie ma całkowitej pewności jak i kiedy Krzysztof Olewnik został uprowadzony, ale wiadomo, że w końcu został pozbawiony wolności. Porywacze odezwali się jednak praktycznie od razu po jego zniknięciu. Puszczając do słuchawki nagrany głos Krzysztofa zażądali 300 tysięcy dolarów (później tę kwotę zmienili na 300 tysięcy euro). Następnie były kolejne telefony i listy.

Jeden z listów do dziś budzi duże kontrowersje. Słowo 'policja' było w nim bowiem napisane wielką literą, a to zdaniem ekspertów może sugerować, że pisała go osoba, która pracuje bądź pracowała w organach ścigania - bo tej formy używają praktycznie tylko policjanci.

Mimo kolejnych prób, z przekazania okupu nic jednak nie wychodziło, na jakiś czas kontakt się urwał. Rodzina w tym czasie szukała wsparcia u polityków, prywatnych detektywów, często oszustów.

Następnego dnia po zniknięciu Krzysztofa Olewnika ruszyło też śledztwo w sprawie jego porwania. Na jego podstawie można by napisać podręcznik jak nie prowadzić tego typu postępowań. Dowody w domu Krzysztofa zabezpieczali funkcjonariusze, którzy dzień wcześniej brali udział w policyjnej imprezie poprzedzającej porwanie, więc tak naprawdę sami je wytworzyli. Wiele śladów z niezrozumiałych względów zostało pominiętych, inne zostały zbadane tylko pobieżnie (w tym np. plamy krwi).

Policja początkowo lansowała tezę o samouprowadzeniu Krzysztofa, szukała go w hotelach, później także m.in. w Berlinie. Tymczasem Olewnik był wtedy przetrzymywany w piwnicy domku letniskowego w Kałuszynie niedaleko Nowego Dworu Mazowieckiego.

Funkcjonariusze zlekceważyli też prawdopodobnie jeden z najważniejszych dowodów w sprawie - anonim, który ojciec Krzysztofa dostał w 2003 r. List był następującej treści: '' (...) Dotarła do moich uszów wiadomość że porywacze chcą go zabić, jeżeli pan może w jakiś sposób znaleść Piotrowskiego boksera on jest kluczem do zagatki słyszałem że ukrywa się koło Nowego Dworu i pilnuje Krzyśka kontaktuje się z nim Pazik bywa też czasami w Drobinie''. Kilka lat później okazało się, że anonim mówił prawdę i wymieniał prawdziwe nazwiska porywaczy.

Danuta Olewnik, siostra Krzysztofa Olewnika Danuta Olewnik, siostra Krzysztofa Olewnika Fot. Damian Kramski / Agencja Wyborcza.pl

Przekazanie okupu bez nadzoru

Kompletną klapą zakończyła się też akcja zabezpieczania przez policję przekazania okupu. Prób było kilka, ale pieniądze porywacze zdecydowali się odebrać dopiero 24 lipca 2003 roku, czyli blisko dwa lata po porwaniu. Przez cały dzień przez telefon dawali siostrze Krzysztofa - Danucie Olewnik kolejne polecenia, gdzie ma jechać z okupem. W ten sposób po wielu godzinach kluczenia, późnym wieczorem kobieta dotarła na trasę Armii Krajowej w Warszawie. Tam porywacze kazali jej się nagle zatrzymać na lewym pasie, obok przyczepionych do barierek czerwonych światełek rowerowych i stojących obok nich zniczy. Pieniądze miała wrzucić w szczelinę pomiędzy jezdniami, tak że torba spadła na drogę biegnącą niżej. Tam, jak się później okazało wpadła prosto w ręce czekających na nią porywaczy.

Danuta Olewnik była przekonana, że cały czas jest śledzona przez nieumundurowanych policjantów, tym bardziej, że z drugiego telefonu informowała ich o tym, gdzie się znajduje i gdzie będzie jechała. Tymczasem okazało się, że funkcjonariusze najprawdopodobniej zabłądzili, bo nie znali Warszawy. Według innej wersji w ogóle ich tam nie było. Oględziny miejsca przekazania okupu przeprowadzili natomiast dopiero trzy dni po całym zdarzeniu.

Od rodziny Olewników mundurowi dostali numery banknotów, które dali porywaczom. Nikt nie zadbał jednak o to, żeby dokładnie prześledzić, gdzie wypłyną. Kilka tygodni później zaczęły się pojawiać w obiegu na terenie Niemiec. To zaprzepaściło prawdopodobnie ostatnią szansę na złapanie porywaczy i odzyskanie Krzysztofa żywego.

Kradzież nubiry

Do dzisiaj nie ma pewności, czy chodziło o auto czy o materiały ze śledztwa. 7 czerwca 2004 z ulicy Karmelickiej w Warszawie został skradziony nieoznakowany policyjny samochód Daewoo Nubira. W środku było 16 tomów akt śledztwa ze sprawy Olewnika. Policjanci, którzy przewozili materiały zostawili auto na niespełna pół godziny. W tym czasie przesłuchiwali świadka, okazało się jednak, że świadek nic nie wie, więc rozmowa szybko się zakończyła.

Po kradzieży zostało wszczęte śledztwo, ale funkcjonariusze, którzy zostawili akta w samochodzie nie ponieśli żadnej odpowiedzialności.

Po kilku dniach Włodzimierz Olewnik - ojciec Krzysztofa - dostał anonim: 'Akta sprawy musiały zginąć. Mają duże szczęście policjanci, że samochód był bez opieki. Co by było jakby był napad na samochód po drodze w lesie, a jeszcze policjanci bronili się, byliby już na cmentarzu...? (cytat za 'Nie chodziło o okup. Kulisy porwania Krzysztofa Olewnika' autorstwa Roberta Sochy).

Akta w dużej mierze udało się odtworzyć. Co się stało ze starymi, kto miał do nich dostęp i dzięki temu wiedział na jakim etapie jest prokuratorskie postępowanie? Nie wiadomo.

Jacek K. - przyjaciel, czy...

Oprócz grupy Franiewskiego, która została skazana za porwanie i zabójstwo Olewnika w sprawie pojawia się kilka osób, którym prokuratura postawiła zarzuty, z tym że ich rola nie jest wyjaśniona. Jedną z takich osób jest Jacek K. - przyjaciel, a zarazem wspólnik Krzysztofa. To on był pierwszą osobą, która weszła do mieszkania po zniknięciu, później pomagał rodzinie w poszukiwaniach, kontaktach z porywaczami. Zdaniem prokuratury jednak tylko udawał. Śledczy zarzucili K. udział w grupie przestępczej planującej porwanie Olewnika oraz współudział w jego uprowadzeniu i przetrzymywaniu.

Ma na to wskazywać szereg poszlak. Na przykład w noc uprowadzenia porywacze uruchomili stojący przed domem Krzysztofa samochód K. Auto miało specjalnie zabezpieczenia, które znały tylko cztery osoby. Gazeta Wyborcza relacjonując posiedzenie sądu dotyczące zastosowania wobec K. aresztu pisała, że herszt bandy Wojciech Franiewski informacje o tym jak uruchomić samochód mógł dostać właśnie od K. Inne poszlaki to m.in: wyrobienie przez K. po porwaniu duplikatu karty PIN służbowego telefonu komórkowego Krzysztofa Olewnika oraz notatki, w których na bieżąco prowadził zapis kontaktów z porywaczami i które zdaniem prokuratury mogą świadczyć o tym, że przekazywał informacje o działaniach rodziny porywaczom. 
Z tymi zarzutami rozprawił się warszawski sąd, który nie zgodził się na przedłużenie wobec K. aresztu. Skład orzekający stwierdził, że wymieniony łańcuch poszlak nie zazębia się w logiczną całość.

Sam K. nie przyznaje się do czynów zarzuconych mu przez prokuraturę, twierdzi, że jest niewinny.

W zeszłym tygodniu natomiast w innym postępowaniu Prokuratura Apelacyjna w Gdańsku oskarżyła Jacka K. o wyłudzenie ośmiu kredytów. Śledczy zarzucają mu też przywłaszczenie pieniędzy oraz przestępstwo przeciwko rachunkowości - niewłaściwe prowadzenie ksiąg rachunkowych. To postępowanie prawdopodobnie tylko z pozoru nie łączy się ze sprawą porwania.
Ze źródła zbliżonego do sprawy Polska Agencja Prasowa dowiedziała się, iż wątek podejrzanych transakcji finansowych, dotyczących firm Jacka K. pojawił się, gdy gdańska prokuratura zwróciła się do Komisji Nadzoru Finansowego oraz generalnego inspektora informacji finansowej o zbadanie pochodzenia środków finansowych i sytuacji finansowej niektórych osób z grupy, która uprowadziła Krzysztofa Olewnika. 
Według tego źródła, procedura ta była związana m.in. z wyjaśnianiem przez śledczych sprawy okupu, który rodzina Olewników przekazała porywaczom. Chodziło m.in. o zbadanie, co stało się z częścią pieniędzy, których przestępcy nie podzielili między siebie.

Zarzuty dla policjantów - czy będzie kara?

Oprócz Jacka K. zarzuty ws. Olewnika ciążą jeszcze na policjantach, którzy w pierwszych latach zajmowali się jego poszukiwaniami. Remigiusz M., Henryk S. i Maciej L. są podejrzani o utrudnianie śledztwa i niedopełnienie obowiązków służbowych.

Wśród nich najważniejszą postacią jest Remigiusz M. - to on bowiem kierował pracami grupy funkcjonariuszy oddelegowanych do tej sprawy. Jak pisała Gazeta Wyborcza zdaniem prokuratury Remigiusz M. nie zweryfikował m.in. informacji zawartych w anonimie z 15 stycznia 2003 r., który otrzymała rodzina Olewnika. Autor anonimu napisał, że "Krzysztof jest w niebezpieczeństwie", a także podał dane porywaczy. Dane, jak się później okazało prawdziwe.
W 2008 roku sąd nie zgodził się jednak na zastosowanie wobec funkcjonariuszy tymczasowego aresztu. Stwierdził bowiem, że "zebrane dowody nie uprawdopodobniają popełnienia zarzucanych podejrzanym przestępstw".

Tajemnicze samobójstwa za kratami

Prawdopodobnie nie ma drugiej takiej zbrodni, której główni sprawcy jeden po drugim w tak dziwnych okolicznościach odbierali sobie życie. Serię samobójstw rozpoczęła śmierć szefa grupy Wojciecha Franiewskiego. Gangster powiesił się w czerwcu 2007 roku, jeszcze przed ogłoszeniem wyroku ws porwania i zabójstwa Olewnika. Jako drugi - w kwietniu 2008 r. - w ten sam sposób odebrał sobie życie Sławomir Kościuk, jako trzeci - w styczniu 2009 r. Robert Pazik.
Najmniej wątpliwości budzi śmierć Kościuka w areszcie śledczym w Płocku. Mężczyzna był wtedy załamany, miał myśli samobójcze bo poszedł na współpracę z wymiarem sprawiedliwości licząc na niższy wyrok, tymczasem sąd skazał go na karę dożywotniego więzienia. Z drugiej strony jednak przed śmiercią skarżył się matce, że się boi. Z opinii która powstała po sekcji zwłok wynika, że Kościuk zmarł w wyniku uduszenia się. Biegły znalazł też jednak obrażenia rąk: "podbiegnięcia krwawe w tkance podskórnej przedramion oraz powierzchowne otarcia naskórka powłok prawego przedramienia". To sugeruje, że Kościuk: "mógł zostać schwytany za przedramiona, doprowadzony do stanu bezbronności, zadzierzgnięty (mocno zaciśnięta pętla - red.) a następnie powieszony".
Opinia w tej kwestii nie jest jednak jednoznaczna. Dopuszcza, bowiem możliwość, że wspomniane obrażenia rąk równie dobrze mogły powstać "w okresie agonalnym na skutek uderzenia kończynami o znajdujące się w pobliżu przedmioty".  
Pozostałe dwa samobójstwa budzą jeszcze więcej wątpliwości. W dodatku towarzyszy im szereg pytań, na które do dzisiaj nie udało się uzyskać odpowiedzi.  
Wojciech Franiewski odebrał sobie życie nie czekając nawet na wyrok. Tymczasem jak wynika m.in. z jego ostatniego listu do żony, cały czas przygotowywał się wtedy do obrony przed sądem, prosił ją o zebranie konkretnych dokumentów, które mają mu w tym pomóc. Jednocześnie jak informowała m.in. Rzeczpospolita, obawiał się wtedy o swoje życie. Pół roku przed śmiercią pisał do sądu: "Boję się, że znajdą mnie powieszonego w celi". Sekcja zwłok wykazała, że we krwi miał śladowe ilości alkoholu i amfetaminy. Do dzisiaj nie wiadomo skąd miał do nich dostęp. W projekcie raportu posłowie napisali też np., że lekarz pogotowia pod "presją funkcjonariuszy" zmienił godzinę zgonu bandyty, przesuwając ją o trzy godziny.
Trzeci z gangsterów, Robert Pazik popełnił samobójstwo  podobnie jak Kościuk w Płocku. On również w tamtym czasie obawiał się o swoje życie. Jak pisała Gazeta Wyborcza powołując się na projekt raportu komisji, strażnicy w płockim zakładzie karnym mieli dorabiane klucze do cel. Pazik zatykał dziurki w zamkach. W dodatku dwa samobójstwa zdarzyły się w chwili, gdy strażnicy zajęci byli innymi osadzonymi, którzy właśnie wzywali lekarzy.
Gazeta pisała również, że jednym z sąsiadów w celach samobójców Kościuka i Pazika był Norbert Sz. ps. "Monstrum" (mimo że ich śmierci dzieli osiem miesięcy), Kościuka także Marek G. "Mózg" - "dobrzy znajomi Wojciecha Franiewskiego", czyli szefa grupy, który odebrał sobie życie wcześniej.