E-finansiści nad kreską

Czy internetowe pośrednictwo finansowe staje się w Polsce opłacalne? Wskazywałyby na to coraz lepsze wyniki dwóch największych portali finansowych - Money.pl i Bankier.pl
Z ujawnionych w tym tygodniu danych wynika, że obie wrocławskie firmy notują rosnące obroty i przynoszą zyski, a popularność ich serwisów stale wzrasta. Wartość usług finansowych (np. zaciągniętych kredytów czy założonych lokat bankowych), jakie internauci "uruchomili" poprzez serwis Money.pl, sięgnęła w pierwszym półroczu 41 mln zł (to o prawie 30 proc. więcej niż przed rokiem). W tym niemal 25 mln zł stanowiły kredyty mieszkaniowe. Bankier.pl, tłumacząc to brakiem standardów w metodologii, nie podał nam porównywalnych danych. Jednak - jak mówi rzecznik spółki Filip Żok - także w jej przypadku półroczne obroty sięgały kilkudziesięciu milionów złotych.

Prowizje od nabytych przez internautów usług finansowych oraz wpływy z klasycznej reklamy internetowej składają się na przychody serwisów. Tu już mowa o dużo niższych kwotach - Bankier.pl zanotował półroczne przychody rzędu 1,5 mln zł (ponad 80-proc. wzrost), a na cały rok prognozuje dwa razy więcej. Money.pl przychodów nie chce ujawnić, podaje jednak, że w stosunku do pierwszego półrocza 2003 r. wzrosły one o 114 proc. Niewątpliwie wrocławskim firmom mocno pomaga boom na rynku reklamy internetowej (według szacunków firmy CR Media Consulting jego wartość wzrośnie w tym roku do 75 mln zł, wobec 48 mln zł w roku 2003), w który najwięcej pieniędzy pompują właśnie instytucje finansowe (ich udział w wydatkach na e-reklamę szacuje się na 29 proc.). Nic dziwnego, że ta pozycja w przychodach spółek rośnie najszybciej.

Oba serwisy mówią, że osiągają zysk netto, co w biznesie internetowym nie jest jeszcze zbyt częstym zjawiskiem. Wysokość zysku ujawnił tylko Money.pl - w okresie styczeń - czerwiec 2004 r. zarobił na czysto 355 tys. zł.

Oprócz samodzielnych serwisów finansowych ofertę w tej dziedzinie - zarówno informacyjną, jak i transakcyjną - mają dla internautów duże portale. Swój pasaż finansowy mocno promuje np. Wirtualna Polska. Jednak przedstawiciele portali różnie oceniają wagę tej dziedziny. - Pośrednictwo finansowe to tylko działalność wspomagająca, z prowizji nie osiągnie się znaczących pieniędzy - powiedział nam przedstawiciel jednego z portali.

Mariusz Biedrzycki z Onetu twierdzi, że jego firma przywiązuje do swego serwisu finansowego dużą wagę i będzie go rozwijać. Jednak przede wszystkim po to, by serwis przyciągał związanych z branżą finansową reklamodawców. - Przychody z prowizji są tutaj drugorzędne. Nie zamierzamy konkurować z samodzielnymi portalami finansowymi np. w usługach doradczych dla internautów. Portale te zresztą raczej pozostaną przedsięwzięciami niszowymi - uważa Biedrzycki.

Czy pośrednictwo finansowe w sieci ma w Polsce przyszłość? Gorączka internetowa sprzed kilku lat spowodowała wysyp portali finansowych. Z czasem wiele z nich upadło, a gracz, któremu dawano największe szanse - Expander.pl, wspierany milionami złotych przez giełdowy Softbank, ostatecznie zmienił profil, stawiając na sieć "tradycyjnych" oddziałów doradztwa finansowego. Firma uznała, że sam internet nie zdoła nadać jej biznesowi odpowiedniej masy krytycznej.

Według najnowszych szacunków firmy SMG/KRC dostęp do sieci w Polsce ma obecnie około 25 proc. młodzieży i dorosłych. Zdaniem Szymona Midery z mBanku jest to wciąż duży potencjał rynkowy dla firm finansowych. Działający od niespełna czterech lat mBank, niekwestionowany lider branży finansowo-internetowej, ma dziś 672 tys. klientów i przewiduje, że do końca roku ich liczba wzrośnie do 745 tys. Nowi klienci mają przyjść tak jak wszyscy dotychczasowi - z internetu, w tym z serwisów pośrednictwa finansowego. - Internet pozostaje dla nas zdecydowanie głównym kanałem pozyskiwania klientów i ich obsługi - zapewnia Midera. Mimo to mBank zaczął już także rozwijać sieć swych punktów (tzw. kiosków i centrów finansowych) w świecie realnym. Ma ich być kilkadziesiąt. - Bardziej skomplikowane usługi, np. kredyty, wymagają kontaktu osobistego z klientem. Dlatego wychodzimy poza internet. Ale to tylko uzupełnienie podstawowego, elektronicznego modelu biznesu - mówi Midera.