"Niemców trochę jest, ale zanim wydadzą euro, to obejrzą produkt 10 razy z każdej strony"

Ewa Jankowska
Spacerując ulicą Grodzką, policzyłam, że tylko tam zamknęło się około 25 lokali gastronomicznych - mówi Joanna, restauratorka z Krakowa. - Będę się cieszyć, jeśli mój biznes przetrwa i uda się wyjść chociaż na zero - dodaje. W Gdańsku lipiec jest lepszy od czerwca - widać pierwszych turystów, ale najbardziej tęskni się tu za Skandynawami. Polacy? Albo wyjechali do małych miejscowości, albo niechętnie wydają pieniądze na magnesy na lodówkę.

Z danych serwisu nocowanie.pl wynika, że w te wakacje w Polsce królują mniejsze miejscowości zlokalizowane nad morzem, jeziorami czy w górach. Największym zainteresowaniem cieszy się uzdrowiskowy Polańczyk na Podkarpaciu - liczba zapytań o nocleg w tym miasteczku wzrosła o 430 procent w porównaniu do ubiegłego roku. Wśród najpopularniejszych regionów są właśnie Podkarpacie, Mazury i Bieszczady, wśród miejscowości - Zakopane, Władysławowo oraz Solina.

- Polacy spędzili dużo czasu w domach, teraz potrzebują świeżego powietrza, bliskości z naturą oraz aktywnego wypoczynku, najlepiej z dala od większych skupisk ludzi - mówi Kamila Miciuła z serwisu nocowanie.pl. Z tego też powodu, jak przekonuje, najchętniej rezerwują nie miejsca w hotelach, ale domki, pokoje w małych agroturystykach, ewentualnie apartamenty.

Na pandemii zyskują mniejsze miejscowości, a tracą - duże polskie miasta, jak Warszawa, Wrocław czy Kraków. W rankingu miejsc, w których turyści szukają noclegu, nie mieszczą się w pierwszej pięćdziesiątce. Nawet Trójmiasto nie cieszy się wielkim zainteresowaniem - Sopot zajmuje dopiero 31. miejsce, Gdańsk 37., a Gdynia - 70.

Opustoszałe centrum Wrocławia (fot: Krzysztof Ćwik/ Agencja Gazeta)
Opustoszałe centrum Wrocławia (fot: Krzysztof Ćwik/ Agencja Gazeta)

Danuta Marcinkowska, odpowiedzialna za marketing w sieci hoteli Louvre Hotels Group, której obiekty znajdują się między innymi w Warszawie, Krakowie, Gdańsku, Wrocławiu, Poznaniu i Katowicach, mówi, że średnie obłożenie miejsc noclegowych w czerwcu wyniosło 19 procent. W zeszłym roku w czerwcu, lipcu i sierpniu było to odpowiednio 86, 87 i 88 procent. - Trudno się spodziewać, żeby jakikolwiek hotel osiągnął w tym sezonie wyniki na poziomie sprzed pandemii. Jedną z głównych przyczyn jest brak gości zagranicznych. Nawet jeśli wszystkie granice i lotniska pozostaną otwarte, to ruch międzynarodowy, zarówno turystyczny, jak i biznesowy, nie odbuduje się z dnia na dzień - przekonuje.

"Jedną nogę mamy odciętą"

Brak turystów w Gdańsku - potwierdzają to właściciele sklepów z pamiątkami. - Jest nieporównywalnie gorzej niż w ubiegłym roku - mówi Piotr, który prowadzi sklep Szafa Gdańska. - Jedną nogę, czyli turystów z zagranicy - zwłaszcza Skandynawów, Rosjan, Amerykanów - mamy odciętą. Zostali nam turyści z Polski, których trochę jest, ale mają inny portfel i inny gust niż na przykład Skandynawowie. Większość sprzedawanych rzeczy wytwarzamy sami, nie jest to najtańsza "chińszczyzna". Dla Norwega czy Szweda - żaden wydatek, dla Polaka - już tak - tłumaczy Piotr i dodaje: - Jest trochę Niemców, ale zanim wydadzą swoje euro, to obejrzą produkt 10 razy z każdej strony. Są o wiele bardziej świadomymi konsumentami.

Piotr wierzy, że turystów będzie z czasem przybywać. Daleki jest od przeprowadzania rewolucji w swoim biznesie i przenoszenia go na przykład do sieci. - To podważa ideę pamiątki - ją się kupuje w miejscu, które się odwiedza, a nie przez Internet - przekonuje.

Marcin Sienkiewicz, właściciel sklepu z pamiątkami Amber Souvenirs Shop, mówi wprost: - Nie jest dobrze w weekendy, w tygodniu - umieralnia. Na ulicach sporo ludzi, zwłaszcza w sobotę i niedzielę. Oglądają wystawy, jedzą lody, ale nic nie kupują, nawet kilku złotych na magnes na lodówkę nie chcą wydać.

Marcin nastawiony jest przede wszystkim na turystę zagranicznego. - Już nazwa sklepu na to wskazuje - mówi. Obroty spadły u niego o 70 procent w porównaniu do ubiegłego sezonu. Zauważa, że choć rząd otworzył granice już w połowie czerwca, dopiero w lipcu pojawili się w Gdańsku pierwsi obcokrajowcy. Postanowił nie czekać, aż miasto turystycznie stanie na nogi i uruchomił sprzedaż swoich produktów w sieci. - Powoli, bo powoli, ale coś się zaczyna kręcić - przekonuje. Nie chce obniżać cen. - Koszty prowadzenia tego biznesu są bardzo wysokie - mówi. - Dwa sklepy, które działały po sąsiedzku, musiały się zamknąć.

Marcin podejmuje właśnie decyzję, czy zatrzymać pracownika, czy może będzie musiał się z nim pożegnać i do końca sezonu pracować tylko z żoną. Liczy, że trochę zarobi podczas Jarmarku Dominikańskiego, który rozpocznie się pod koniec lipca, oczywiście o ile pojawią się turyści z zagranicy. W tym roku, ze względu na podwyżkę opłat za miejsce, Marcin wystawi jedno stoisko, a nie dwa - jak do tej pory.

Drastyczne kroki

Z niecierpliwością na Jarmark Dominikański czeka Ewa Juchnowicz, właścicielka dwóch restauracji w Trójmieście - Maliki w Gdyni i Machiny w Gdańsku. Zwykle podczas jarmarku w restauracji gdańskiej są dzikie tłumy. Teraz byłyby one dla restauratorki zbawieniem.


Ewa Juchnowicz, właścicielka gdyńskiej restauracji Malika i gdańskiej Machiny, mówi, że po otwarciu lokali po pandemii był marazm (fot: Łukasz Głowala/ Agencja Gazeta)

- Pierwsze cztery tygodnie po otwarciu gastronomii to marazm. Nie było ani turystów polskich, ani zagranicznych. W Malice aż takiej tragedii nie mieliśmy, bo zaczęli do nas wracać stali goście, ale obrót w Machinie stanowił mniej niż 30 procent ubiegłorocznego - opowiada Ewa. Potem przyszedł długi weekend czerwcowy - iskierka nadziei, że sezon jednak nie jest przegrany. Ale weekend się skończył. - Znajomi, którzy wynajmują apartamenty w Gdańsku, również narzekali, że gości jest jak na lekarstwo. W naszej restauracji w Gdańsku w niedzielę o 14 był zajęty jeden stolik - dodaje Ewa.

Ewa była już gotowa drastycznie zmniejszyć załogę, ale sytuacja zaczęła się poprawiać. - Wśród gości pojawiają się osoby z zagranicy, nie jest to może taki ruch, jaki powinniśmy odnotować po trzech latach działalności restauracji, ale powoli zaczyna się rozkręcać. Moja córka wynajmuje w Gdańsku mieszkanie w ramach Airbnb - ma już rezerwacje na cały sezon - opowiada Ewa.

Agata, właścicielka Grand Hostelu i restauracji Klatka B w centrum Gdańska, również dopiero w lipcu zobaczyła światełko w tunelu. - W czerwcu obroty były o połowę niższe niż przed rokiem. W tej chwili utargi są podobne do tych z ubiegłego lipca. W dalszym ciągu odwiedzają nas jednak przede wszystkim turyści z Polski, szczególnie w weekendy, widać to po menu - karty dań w języku angielskim są jak nowe, te w języku polskim - zużyte. W ubiegłym roku w tym okresie bywało u nas wielu Skandynawów, Brytyjczyków. Teraz ich nie ma, zdarzają się Rosjanie, Estończycy, Litwini - opowiada.

W hostelu zajętych jest około 70 procent miejsc, nocleg wykupują przede wszystkim Polacy, najczęściej rodziny. - W związku z obostrzeniami musieliśmy zlikwidować wieloosobowe pokoje, które dotychczas wynajmowane były przede wszystkim przez osoby młode, i przekształcić je w pokoje, w których zatrzymać się może jedna rodzina - tłumaczy. Agata wynajmuje również duże, 100- i 200-metrowe apartamenty dla kilkunastu osób. Zainteresowanie nimi jest na razie znikome.

Jarmark Dominikański, mimo pandemii, ma się odbyć. Restauratorzy cieszą się z tego powodu, bo jarmark przyciąga turystów (fot: Bartosz Banka/ Agencja Gazeta)
Jarmark Dominikański, mimo pandemii, ma się odbyć. Restauratorzy cieszą się z tego powodu, bo jarmark przyciąga turystów (fot: Bartosz Banka/ Agencja Gazeta)

Gdy Przemek spaceruje po Gdańsku, widzi, jak wiele lokali poznikało. Jego kawiarnia w Starym Kadrze przetrwała przede wszystkim dzięki stałym klientom - mieszkańcom Gdańska. I dzięki nim w dalszym ciągu funkcjonuje. - W czerwcu ruch był o połowę mniejszy niż rok temu, w lipcu ta dysproporcja nie będzie już tak duża, ale widać, że mieszkańcy uciekają z miasta, wolą też spędzać czas na powietrzu - na plaży, w parku, nie w kawiarniach - mówi Przemek. W czasie pandemii miał duże problemy z utrzymaniem płynności finansowej, wraz ze wspólnikiem podjął trudną decyzję o zorganizowaniu zbiórki publicznej. - Wtedy uświadomiliśmy sobie, że dziewięć lat konsekwentnej pracy nad budowaniem stałej klienteli nie poszło na marne. Lokale, które utrzymywały się wyłącznie z turystów, padają, na przetrwanie mają większe szanse takie miejsca jak nasze - przekonuje.

Przemek, w przeciwieństwie do Ewy, nie czeka z niecierpliwością na Jarmark Dominikański. - Prowadzenie miejsca, które pęka w szwach od turystów, gdzie nie można spokojnie porozmawiać, nie było ani naszym marzeniem, ani celem. Stawiamy na stałych bywalców, którzy będą do nas przychodzić również wtedy, gdy sezon się skończy - deklaruje. Twierdzi, że pandemia zmieniła podejście konsumentów do wydawania pieniędzy, nawet jeśli jest to te kilkanaście złotych za kawę. - Jeśli mają wybór między amerykańską kawiarnią sieciową a lokalnym biznesem, który lubią i odwiedzają, to dziś częściej wybiorą lokalny biznes - przekonuje.

Kawiarnia w Starym Kadrze przetrwała pandemię. Utrzymuje się przede wszystkim ze stałych klientów (fot: Dominik Sadowski/ Agencja Gazeta)
Kawiarnia w Starym Kadrze przetrwała pandemię. Utrzymuje się przede wszystkim ze stałych klientów (fot: Dominik Sadowski/ Agencja Gazeta)

Oby ten trend się utrzymał

O ile właściciele gdańskich biznesów mają nadzieję, że lipiec będzie finansowo lepszy, bo turyści zaczynają przyjeżdżać, w innych dużych polskich miastach trwa stagnacja.

Właściciele hosteli w Krakowie załamują ręce - pokoje stoją puste, jeśli w jakiś weekend zapełni się choćby połowa, to już sukces. - 80-90 procent naszych gości latem to obcokrajowcy - Włosi, Hiszpanie, Brytyjczycy. W tej chwili ze wszystkich osób, które u nas nocują, zaledwie 14 procent stanowią cudzoziemcy. Pozostali to polscy studenci i grupy znajomych, którzy przyjechali do Krakowa na wieczór kawalerski - mówi Marcin, właściciel hostelu w centrum Krakowa. Ten sezon już spisał na straty, jest przekonany, że zagraniczni turyści będą bali się podróżować. Dodaje, że niektóre hostele po prostu są zamknięte, podobnie jak restauracje. - Mój znajomy, który ma pięć lokali gastronomicznych w Krakowie, uruchomił w tym sezonie tylko jeden. Więcej mu się nie opłaca - podkreśla.

Joanna, właścicielka restauracji w centrum Krakowa, wie już, że w czerwcu bardziej korzystnie dla niej byłoby, gdyby nie otworzyła lokalu. - Obroty były nawet o 90 procent niższe niż rok temu. Kończę dzień pracy, chciałabym zatrzymać cały zespół, ale widzę, że nie zarobiłam nawet na 60 procent pensji dla pracowników. A trzeba jeszcze pamiętać o innych kosztach, jak czynsz, prąd, ZUS. Na szczęście właściciel obniżył czynsz, w utrzymaniu się na rynku pomogły również dofinansowania do pensji pracowników - mówi. - Latem w Krakowie roiło się od turystów. A ostatnio, spacerując ulicą Grodzką, policzyłam, że tylko tam zamknęło się około 25 lokali gastronomicznych. Zaczęli pojawiać się jacyś turyści, mam nadzieję, że ten trend się utrzyma.

Jej restaurację odwiedzają przede wszystkim stali klienci z zagranicy - osoby po sześćdziesiątce, które planują wakacje z wyprzedzeniem. - Piszą do mnie z pytaniami, jaka jest sytuacja w Polsce, czy ludzie chodzą w maseczkach, czy muzea są otwarte, czy taksówki kursują. Zastanawiają się nad przyjazdem, ale dopiero w październiku, listopadzie, są jednak sceptyczni - opowiada Joanna. Nie liczy na to, że w tym sezonie cokolwiek zarobi. - Będę się cieszyć, jeśli mój biznes przetrwa i uda się wyjść chociaż na zero - przekonuje. Inwestuje w reklamę w Internecie, atutem w ciężkich czasach jest też dobra renoma jej lokalu. Zmienia profil działalności pod lokalnego klienta, wdraża dostawy domowe, czego wcześniej nie była  w stanie zrobić, bo kuchnia była bardzo obciążona. 

Sklep z pamiątkami w Krakowie (fot: Adrianna Bochenek/ Agencja Gazeta)
Sklep z pamiątkami w Krakowie (fot: Adrianna Bochenek/ Agencja Gazeta)

Maciej Nowaczyk, właściciel dwóch restauracji we Wrocławiu - Mama Manousch i La Maddaleny - diagnozuje: - Mieszkańcy dużych miast wyjeżdżają na weekendy do miejscowości turystycznych. Efekt? Duże miasta świecą pustkami, natomiast w Karpaczu czy Szklarskiej Porębie są tłumy. Nikt nie przestrzega tam zasad sanitarnych, za to w dużych miastach klienci mają bardzo wysokie oczekiwania względem zabezpieczeń w lokalach. Wrocław jest pusty, zwłaszcza w centrum, brakuje turystów, mieszkańcy uciekają stąd na weekendy albo spędzają czas na miejskich plażach czy w parkach - mówi.

To powoduje, że ruch w restauracjach jest znikomy. - Jeden z naszych lokali działał przede wszystkim dla klientów biznesowych. A teraz większość osób pracuje zdalnie, nie ma spotkań biznesowych w restauracjach, pracownicy nie wpadają na lunch - opowiada. Drugim typem klienta Maćka, zwłaszcza w sezonie, był zagraniczny, europejski turysta - z Francji, Niemiec, Norwegii, Włoch - świadomy kulinarnie, z zasobnym portfelem. - Gości zagranicznych mamy aż o 90 procent mniej w porównaniu do ubiegłych lat, biznesowych - o 80 procent. Nasze obroty są na poziomie sprzed sześciu lat. To, że restauracje otworzyły się po lockdownie, nie oznacza od razu, że wszystkie się utrzymają. Kolejne miesiące będą decydujące - prognozuje.

Maciek robi wszystko, żeby przyciągnąć gości do restauracji - organizuje eventy kulinarne, wieczory z muzyką na żywo, weekendy z owocami morza, które świeże sprowadza bezpośrednio z Bretanii, jest aktywny w social mediach. Pozostaje też w stałym kontakcie ze swoimi klientami biznesowymi. - Słyszymy od nich, że we wrześniu mają powoli wracać do biur, dostaną zielone światło na spotkania biznesowe. Z wakacji wrócą też wrocławianie. Jeśli nie będzie drugiej fali koronawirusa, to w końcu zaczniemy oddychać - mówi. Wierzy, że jego biznes przetrwa nie dzięki atrakcyjnej lokalizacji, ale stałym klientom. - Te czasy pokażą, komu udało się zbudować solidną społeczność wokół własnego biznesu, silne relacje ze stałymi gośćmi, a kto żył przede wszystkim z sezonowego turysty.

Ewa Jankowska. Dziennikarka magazynu Weekend.Gazeta.pl, była redaktor naczelna serwisu Metrowarszawa.pl. Wcześniej pracowała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała w serwisie Ksiazki.wp.pl, magazynie Vice.com. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. 

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Więcej o: