''Patrzyłem na te dzieciaki przykryte czarnymi workami i łzy napływały mi do oczu. To było narzeczeństwo''

Angelika Swoboda
Kierowca znacznie przekroczył prędkość, do tego wyprzedzał "na trzeciego" w niedozwolonym miejscu. Poszedł na czołówkę z innym samochodem - opowiada Adam Jędrys, komendant Ochotniczej Straży Pożarnej w Goniądzu.

Jest pan strażakiem ochotnikiem prawie 40 lat. Pamięta pan swoją pierwszą akcję?

Gdy zaczynałem, ochotnicy jeździli tylko do pożarów. I taka właśnie była pierwsza akcja, na jaką pojechałem. Pamiętam, że od zaprószenia ognia zapalił się dom w miejscowości Dawidowizna. Byłem bardzo przejęty, że mogę działać, że mogę pomagać. A z drugiej strony tak współczułem rodzinie, której spalił się cały dobytek. Co nie spłonęło, zostało zalane wodą. Sporo czasu i starań pochłonęła potem odbudowa domu tej rodziny.  

Dziś wszyscy pana w Goniądzu znają?

Nie tylko w samym Goniądzu, ale i w sąsiednich miejscowościach. W każdej z okolicznych gmin kiedyś byliśmy, żeby interweniować przy jakimś zdarzeniu. Kiedy więc idę ulicą, zawsze mnie ktoś pozdrowi, zagada. To małe miasteczko, a ja przecież jestem goniądzaninem, tak samo jak moja mama. Miło mi, gdy ludzie mnie zaczepiają, opowiadają, co u nich. Nie ma takiej osoby, która by na mój widok spuściła głowę i nie powiedziała "dzień dobry".

Czuję zaufanie mieszkańców. Moi strażacy też. Mieszkańcy mówią o nas zawsze "nasi strażacy".

A czujecie się mniej ważni od zawodowych strażaków?

Skąd! Wspieramy zawodowych strażaków w wypadkach czy pożarach, ale przede wszystkim wspieramy mieszkańców. Parę dni temu wichura zerwała dwa dachy i szczyt budynku w miejscowości Klawianka. Strażacy prowadzili akcję ratunkową, a my zabezpieczaliśmy teren przed gapiami. 

Gdy gasiliście ogień w Biebrzańskim Parku Narodowym, mieszkańcy wywiesili banery z podziękowaniami, przynosili wam jedzenie.

Starsze panie, głównie emerytki, przynosiły swój chleb czy konserwę na czarną godzinę. A do tego jeszcze butelkę wody. Albo własnoręcznie upieczone ciasto.

To był najtrudniejszy i największy pożar, jaki gasiłem w życiu. Drzewa się paliły, zwierzęta uciekały. Życzliwość ludzi bardzo nam pomagała. Strażacy z innych miast mówili nam, że nigdy się z podobną gościnnością nie spotkali. Nawet jak pani o tym opowiadam, znów ogarnia mnie wzruszenie.

23.04.2020 Grzedy . Biebrzanski Park Nardowy . Straz pozarna podczas akacji gaszenia pozaru i proby ograniczenia jego rozprzestrzeniania sie .Fot. Agnieszka Sadowska/ Agencja Gazeta *** Local Caption *** .
Pożar w Biebrzańskim Parku Narodowym (fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta)

Zdarzało się panu wzruszyć podczas akcji?

Bywa, że przy poważnych, bardzo niebezpiecznych zdarzeniach aż łza mi się w oku zakręci. Zwłaszcza wtedy, gdy giną dzieci albo bardzo młodzi ludzie. Do dziś pamiętam wypadek sprzed czterech lat, w którym dwoje nastolatków zginęło, a trzeciego, ciężko rannego, zabrał do szpitala śmigłowiec. Jechali bmw, kierowca znacznie przekroczył prędkość, do tego wyprzedzał "na trzeciego" w niedozwolonym miejscu. Poszli na czołówkę z innym samochodem. Pasażer z tego drugiego auta miał poważne złamania.

Patrzyłem na te dzieciaki przykryte czarnymi workami i łzy napływały mi do oczu. To było narzeczeństwo. Brat dziewczyny, która zginęła, siedział z tyłu, ranny trafił do szpitala.

Tragedia.

Spowodowana głupotą, brawurą. Do tego myśleniem, że ja jestem na drodze najważniejszy. To są zwykle przyczyny wypadków, w których giną młodzi ludzie. Brak mi słów.

Drugą liczną grupą wśród ofiar wypadków są seniorzy. Przechodzą przez drogę w niedozwolonym miejscu, wielu porusza się powoli, z trudem. Rodziny powinny im przypominać o najważniejszych zasadach bezpieczeństwa. Podobnie jak tym, którzy uparcie jeżdżą po drogach rowerami, motorowerami czy samochodami. W pewnym wieku wzrok i refleks są już dużo gorsze. Starsi ludzie nie są przyzwyczajeni do dużego ruchu na drodze, niektórzy nie pamiętają przepisów drogowych, nie wiedzą, jak się zachować na rondzie.

Dopiero co w miejscowości Osowiec starszy mężczyzna wymusił pierwszeństwo, skręcając w lewo. Zderzył się czołowo z innym samochodem i ranny trafił karetką do szpitala. Obrażenia odniosła też osoba z auta jadącego zgodnie z przepisami.

x2020.06.18. Mory pod Warszawa. Wypadek drogowy na przedluzeniu ulicy PolczynskiejFot. Dariusz Borowicz / Agencj Gazeta
Wypadek drogowy pod Warszawą (fot. Dariusz Borowicz / Agencja Gazeta

Nieodpowiedzialność. Pewnie często widzi pan jej skutki.

Ręce mi opadają, gdy ktoś jedzie samochodem, mimo że ma zabrane prawo jazdy za alkohol. Niedawno pomagaliśmy przy takim wypadku. Co prawda spowodował go kierowca, który miał uprawnienia, ale i ten bez prawa jazdy poniósł konsekwencje.

Niektóre obrazy, jakie zastaję na miejscu wypadków, mam przed oczami do dziś. Nie potrafię tego zapomnieć. Na przykład zdarzenia w miejscowości Downary, na drodze nr 65. Było to kilkanaście lat temu, zderzyły się cztery samochody, zginęło sześć czy siedem osób. W tym kobieta w zaawansowanej ciąży. Chłopak osobówką wymusił pierwszeństwo, był trzeźwy. Jedno auto nakładało się na drugie. Potworny wypadek.

Wciąż pan go przeżywa.

Po większych wypadkach przyjeżdża do nas psycholog. Bo wszystkie te tragedie zostają nam w głowach. Na wiele lat, a czasem i do końca życia. Przynajmniej ze mną tak jest.   

Duszę w sobie te wszystkie nieszczęścia i przez to nabawiłem się nerwicy. Biorę leki uspokajające. One mi pomagają. Ale był czas, że całymi nocami spać nie mogłem, z boku na bok się przewracałem. A tu rano trzeba było wstawać do pracy. Dlatego w końcu poszedłem do lekarza. Sam bym sobie z tym nie poradził.

Co poza wypadkami jest dla was, strażaków, zmorą latem, w czasie wakacji?

Na terenie gminy Goniądz znajdują się stare bunkry z czasów wojny. Turyści z całej Polski przyjeżdżają je oglądać, a niektórzy nawet i zwiedzać, chociaż wiszą tam tablice ostrzegawcze, żeby nie wchodzić do środka. A w bunkrach wciąż są zasadzki, np. głębokie studnie, w które ludzie wpadają, co kończy się poważnymi złamaniami. Parę tygodni temu w taką sześciometrową zasadzkę wpadł mężczyzna. Przyjechaliśmy go wyciągać. Uratowaliśmy go, ale najprawdopodobniej uszkodził sobie kręgosłup. Został przetransportowany śmigłowcem do szpitala. Wchodzenie do bunkrów stanowczo odradzam.

F14.05.2019 Gdansk . Westerplatte Fot. Michal Ryniak / Agencja Gazeta
Wnętrza bunkrów kryją wiele zasadzek (fot. Michał Ryniak / Agencja Gazeta)

Przyjeżdżacie też do utonięć?

W sąsiednich Mońkach mamy sekcję płetwonurków. Ratowanie topielców to ich zadanie. My, jeśli potrzeba, ogradzamy teren, by gapie nie przeszkadzali w akcji ratunkowej.

Skoro już jesteśmy przy temacie kąpieli, to radzę odbywać je w wakacje w miejscach strzeżonych, a jeszcze lepiej pod okiem ratownika. Małych dzieci na kąpielisku powinni pilnować rodzice czy dziadkowie. Parę lat temu na zakończenie roku przyjechała do nas szkolna wycieczka. Jedna z dziewcząt utopiła się niedaleko plaży, u nas, w Goniądzu. Tak mi było żal nauczycielki, która opiekowała się tą grupą.   

Bardzo pan to wszystko przeżywa. Nie myśli pan czasem, żeby odejść ze straży?

Córka widzi, jak mi czasami ciężko, i mówi: "Tato, a może ty sobie odpuść". Ale ja nie potrafię. "A co ty chcesz, żebym ja odszedł z tego świata?". Bo ja się, droga pani, nie widzę w innym miejscu. Mam 60 lat, więc mogę służyć w straży jeszcze pięć lat. A potem przechodzę na strażaka wspierającego i dalej pomagam.

Ale zdarza się, że zmęczony mówię do żony: "Wiesz co, ja chyba rzucę tę straż". A ona na to: "Przecież ty byś prędzej mnie rzucił".

Tak by było?

Możliwe. Bycie strażakiem weszło mi w krew. Jak trwa duża akcja, nie śpię przez parę dni i w ogóle nie czuję zmęczenia. Przez lata nie przeszkadzało mi nawet to, że sprzęt mieliśmy kiepski. Gdy zaczynałem, to były Star 25 i samochód marki Żuk. Po pewnym czasie tamtego Stara zastąpił nieco nowszy, którego dostaliśmy z komendy w Grajewie. Nasz stary wóz przekazaliśmy na WOŚP.  W zamian dostaliśmy sprzęt medyczny. Z kolei po udanej akcji w Biebrzańskim Parku Narodowym - pieniądze na remont remizy.


Komendant Adam Jędrys testuje nowy sprzęt (fot. mat. prasowe)

Jak to się stało, że został pan strażakiem ochotnikiem?

Kiedy mnie pytali, kim chcę zostać, gdy dorosnę, odpowiadałem, że będę panem Bronkiem.

Panem Bronkiem?

Całe moje życie jest związane z Goniądzem. Tu się urodziłem, wychowałem, tu mieszkam i pracuję. W komunalnym domu, w którym spędziłem dzieciństwo, mieliśmy sąsiada, pana Bronka. Pan Bronek był strażakiem i czasami zajeżdżał na podwórko strażackim wozem. Patrzyłem na niego z podziwem, i gdy tylko mogłem, prosiłem, żeby pozwolił mi choć na chwilę wejść do środka, dotknąć kokpitu.

I tak panu zostało?

Jako nastolatek zapisałem się do młodzieżowych oddziałów OSP, kiedy skończyłem 18 lat, poszedłem do OSP w Goniądzu. Później pomógł mi przypadek. Zacząłem pracę w miejscowym urzędzie, który mieścił się naprzeciwko remizy. Kiedy z OSP odszedł kierowca, ówczesny naczelnik gminy zaproponował mi tę posadę. To było 1 czerwca 1981 roku. Potem strażacy wybrali mnie na swojego naczelnika, a w 1997 roku ówczesny komendant miejsko-gminny OSP w Goniądzu zachorował i zarekomendował mnie na swoje miejsce. Zgodziłem się.

Obecnie podlega mi około 150 strażaków. Za rok będę obchodził 40-lecie pracy w OSP. Piękny jubileusz.

Adam Jędrys. Pochodzi z Goniądza na Podlasiu. Jest komendantem miejsko-gminnym Ochotniczej Straży Pożarnej w Goniądzu.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka słoni, mądrych ludzi, z którymi rozmawia też w podcaście "Miłość i Swoboda", kawy i klasycznych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Więcej o: