"Miałam objawy zespołu stresu pourazowego. Jak żołnierz po wojnie. Śnił mi się poród, budziłam się zlana potem"

Ewa Jankowska
W Polsce przedwczesne porody stanowią około 6 procent wszystkich narodzin, a 1,1 procent to dzieci urodzone przed 32. tygodniem. Janek jest jednym z nich. Urodził się w 29. tygodniu ciąży, ważył zaledwie 850 gramów i, jak mówi jego mama, Ola, wyglądał trochę jak świnka morska.

28 maja Janek obchodził swoje pierwsze urodziny. Z tej okazji zrobiłaś krótki, ale niezwykle poruszający film pokazujący rok z waszego wspólnego życia. Oglądając go, płakałam przez cały czas. To nie był łatwy rok.

Zrobiłam ten film dla nas - dla siebie, mojego męża, naszej rodziny - chciałam zebrać wszystko, co się wydarzyło, "do kupy" i zamknąć ten etap naszego życia, już do niego nie wracać. Janek w dalszym ciągu musi "gonić" inne dzieci urodzone w terminie - ma na to jeszcze trzy lata, potrzebuje nieustannej rehabilitacji, bo jest lekko opóźniony ruchowo, wciąż nie je tyle, ile powinien - rośnie raczej wzdłuż niż wszerz, ale, co najważniejsze, i co zdarza się bardzo rzadko, udało mu się uniknąć wszystkich poważnych, przewlekłych przypadłości wcześniaczych - porażenia dziecięcego, retinopatii.

Ale zrobiłam też ten film dla innych rodziców, którzy spodziewają się wcześniaka, albo ich dziecko przyszło na świat zbyt wcześnie i nie mają pojęcia, co ich czeka, jak mogą wyglądać pierwsze tygodnie, miesiące ich życia. My mieliśmy świadomość, że moja ciąża może być trudna - miałam nadciśnienie, moja mama, będąc ze mną w ciąży, miała stan przedrzucawkowy [zagrażający życiu matki i płodu - przyp. red.]. Nie spodziewaliśmy się jednak, że urodzę tak wcześnie. Nic o wcześniakach nie wiedzieliśmy, wiedzę czerpaliśmy z takich filmów z You Tube'a, jak ten, który zrobiłam, nie od lekarzy czy innych mam. Zdarza się, że między lekarzami a pacjentami nie ma dialogu, jest suche przekazywanie informacji.

Co dawały wam te filmy?

Z jednej strony nadzieję, że Janek może wyjść z  tego w dobrym stanie, z drugiej - realistyczne spojrzenie na całą sytuację. Jedyne komunikaty, jakie dostaje matka albo ciężarna od innych matek, na przykład w grupach na Facebooku, to "wszystko będzie dobrze". My nie chcieliśmy tego słyszeć. Wśród ludzi funkcjonuje przekonanie, że wcześniak dorasta sobie w plastikowym pudełku i jak już dorośnie, to wszystko jest OK. Nagłówki artykułów krzyczą: uratowano wcześniaka w 22. tygodniu. Rzadziej wspomina się o tym, jakie ma powikłania, że nie słyszy, nie widzi, że jest niepełnosprawny umysłowo.

Fakt, że dzieci ratowane są coraz wcześniej, to wielki sukces medycyny, ale ma to swoje konsekwencje. Poznaliśmy rodziców, którzy mieli wątpliwości, czy na pewno zasadne było ratowanie ich dziecka za wszelką cenę. My takich wątpliwości nie mieliśmy, ale też musieliśmy skonfrontować się z myślą, że jeśli wrócimy z Jankiem do domu, to najprawdopodobniej bardzo poobijani. 

Wszystkie wcześniaki są też wrzucane do jednego worka, a duża różnica jest między wcześniakiem urodzonym w 35. tygodniu a tym urodzonym dwa, trzy tygodnie wcześniej. Ważna jest też waga noworodka. Żartowaliśmy sobie gorzko, że z chorobami wcześniaczymi jest jak z grą w kości - każdy wcześniak dostaje inny zestaw.

Kiedy zaczęła się wasza walka?

W 27. tygodniu ciąży, kiedy poszłam do lekarza na wizytę kontrolną. Po badaniu okazało się, że Janek rośnie za wolno. Lekarze powiedzieli: poobserwujemy przez tydzień, jak przybiera na wadze. Podczas kolejnej wizyty miałam duży skok ciśnienia. Lekarze postanowili, że zostawią mnie na tydzień w szpitalu, żeby badać stan Janka na bieżąco.

Przestraszyłaś się?

Nie, spodziewałam się, że tak może być. Kilkanaście razy dziennie podłączali mnie do aparatury. Wyniki badań każdy lekarz interpretował inaczej - jeden, że dziecko jest niedotlenione, drugi, że ma zbyt niskie tętno, trzeci, że ryzyko, że serce dziecka się zatrzyma, jest wysokie. W szpitalu wśród lekarzy tworzą się frakcje - jeden lekarz ma niekiedy zupełnie inne zdanie niż drugi. Nie do końca wiadomo, kogo słuchać, komu wierzyć.

W szpitalu wśród lekarzy tworzą się frakcje - jeden lekarz ma niekiedy zupełnie inne zdanie niż drugi. Nie do końca wiadomo, kogo słuchać, komu wierzyć' (fot: Bartosz Banka/ Agencja Gazeta)
W szpitalu wśród lekarzy tworzą się frakcje - jeden lekarz ma niekiedy zupełnie inne zdanie niż drugi. Nie do końca wiadomo, kogo słuchać, komu wierzyć' (fot: Bartosz Banka/ Agencja Gazeta)

Codziennie wpychałam w siebie kilogramy truskawek - cukier pobudzał Janka, co powodowało, że wyniki KTG były lepsze [badanie polegające na monitorowaniu serca płodu wraz z jednoczasowym zapisem czynności skurczowej mięśnia macicy - przyp. red.]. Potem nie mogłam już na nie patrzeć.

Po tygodniu mój lekarz prowadzący powiedział: pani Olu, najpewniej wróci pani do domu i będzie pani dwa razy w tygodniu przychodzić na KTG.

Uspokoił cię.

Tak. Mój spokój trwał jednak krótko. Niedługo po tej rozmowie wpadła do mnie lekarka, która ma na oddziale opinię obcesowej. Akurat miała obchód. Parsknęła: niech się pani nie zdziwi, jak dziś będzie cesarskie cięcie. I wyszła. Od razu poszłam do mojego lekarza zapytać, czy coś na ten temat wie. Zdziwił się, gdy to usłyszał.

Po kilku godzinach nagle podjęto decyzję o przewiezieniu mnie na porodówkę.

Dlaczego?

Żeby podłączyć mnie do aparatury na 24 godziny, podać siarczan magnezu, który jest stosowany w leczeniu stanu przedrzucawkowego i rzucawki. Po raz pierwszy od tygodnia byłam na sali sama - wcześniej przebywałam w pokoju z trzema innymi ciężarnymi. Na patologii ciąży nie można się wyspać, kobiety są niespokojne, bo każda ma jakiś problem, niektóre głośno chrapią, po kilkanaście razy w nocy chodzą do toalety. Więc gdy po sześciu godzinach leżenia pod aparaturą okazało się, że wyniki KTG są w porządku, mój lekarz stwierdził, że zostawi mnie do rana na tej porodówce, żebym mogła się wyspać. A potem wrócę do domu.

Była 22. Godziny wizyt się skończyły. Odesłałam mamę i Artura, mojego męża, do domu. Zasnęłam. O 23.10 nagle budzi mnie pielęgniarka i mówi, że zabierają mnie na salę operacyjną. Zdążyłam tylko zadzwonić do mamy i Artura i napisać koleżankom w grupie na Facebooku, że jednak robią mi cesarkę. O 23.13 już leżałam na stole.

Przeszło ci przez myśl, że tak mogło się stać?

Nie, miałam cały czas w głowie, że zaraz będę w domu. Nie byłam na to przygotowana - do szkoły rodzenia miałam dopiero pójść, nie miałam w szpitalu wyprawki, nikt nie powiedział mi, jak wygląda cesarskie cięcie, że wszystko będę czuć - nie ból, ale jak ktoś wkłada we mnie ręce, jak wyciąga dziecko.

Czułam się jak na poligonie wojskowym. Rzucali mną z lewa na prawo. Ubrali w biały fartuch z otwartym tyłem, zrobili na szybko badanie ginekologiczne, sprawdzili, czy nie trzeba mnie ogolić. Położna przyszła z serią papierów do podpisania. Trzaskałam podpisami na ślepo. 

To był moment, w którym straciłam autonomię. Lekarze włączyli tryb ratowania życia dziecka. Ja przestałam się liczyć. Wciąż nie dowiedziałam się, dlaczego robili to w takim pośpiechu.

Przy planowanej cesarce jest tylko dwóch lekarzy, jest spokojnie, podczas mojego porodu na sali było 20 osób - lekarze, pielęgniarki zwykłe, neonatologiczne. Wszyscy do siebie krzyczeli.

Na sali było przeraźliwie zimno. Leżałam na tym stalowym stole z gołymi plecami i trzęsłam się z zimna, ze stresu. Bałam się, że sobie język odgryzę. Jedynym dobrym duchem był anestezjolog, który przez cały czas trzymał mnie za rękę i powtarzał: spokojnie, pani Olu, oddychamy. Był w dodatku bardzo przystojny.

?

Wszystko, co mogło odwrócić moją uwagę od tego koszmaru, było pomocne.

Wyciągnęli ze mnie Janka i gdzieś go zabrali. Nie wiedziałam gdzie, czy w ogóle żyje. Czułam się, jakby ktoś siłą wyrwał ze mnie dziecko i momentalnie życie ze mnie uleciało. Miałam w głowie jedną myśl: co oni mi zrobili. Jeszcze przez długi czas po porodzie mi ona towarzyszyła, nie mogłam pogodzić się z tym, że już nie jestem w ciąży.

'Miałam w głowie jedną myśl: co oni mi zrobili. Jeszcze przez długi czas po porodzie mi ona towarzyszyła' (fot: Shutterstock.com)
'Miałam w głowie jedną myśl: co oni mi zrobili. Jeszcze przez długi czas po porodzie mi ona towarzyszyła' (fot: Shutterstock.com)

Kiedy dowiedziałaś się, jaki jest stan Janka?

Dopiero nad ranem. Lekarka Janka powiedziała, że jego stan jest ciężki, ale na szczęście nie potrzebuje respiratora, nie miał też wylewu krwi do mózgu, co często się zdarza. Nad ranem przyszła też do mnie doradczyni laktacyjna i na siłę wyciągnęła mi z piersi pokarm za pomocą strzykawki.

Na siłę?

Bo ja nie miałam jeszcze pokarmu, było za wcześnie. U mnie trzeba było wywoływać ten proces sztucznie, bez mojego mleka Janek miałby o wiele mniejsze szanse na przeżycie.

Bolało?

Na początku nie tak bardzo, bo byłam wciąż pod wpływem środków przeciwbólowych. Byłam wniebowzięta, jak udało się wycisnąć choć kropelkę, którą szybko wsmarowano w twarz Janka. Ale gdy już środki przestały działać, bolało jak cholera. Z Arturem na cztery ręce próbowaliśmy coś wyciskać - ja ściskałam obiema dłońmi pierś, on trzymał strzykawkę, do której starałam się wycelować. Bardzo zbliżające doświadczenie. Jeśli Artura nie było, to ściągałam pokarm z laktatora, najpierw pojedynczego, potem podwójnego, żeby nie tracić czasu.

Janek co trzy godziny miał karmienie, musiałam mu dostarczyć cokolwiek. Zaczynałam od jednego mililitra, potem ściągałam coraz więcej. Jankiem opiekowały się pielęgniarki - świetnie wykonywały swoją robotę, ja byłam mu potrzebna tylko do jednego - dostarczenia mleka. Nie spałam dwa dni, tylko ściągałam pokarm.

Kiedy zobaczyłaś go po raz pierwszy?

Po tym, jak mnie spionizowali, czyli około południa następnego dnia po porodzie.

Ola pokazuje mi zdjęcie, jak wita się z Jankiem. Dotyka dłonią plastikowej szyby inkubatora, płacze. Jest ubrana w białą, szpitalną koszulę, bo jeszcze nie miała swojej, jest blada na twarzy.

Byłam naćpana lekami, hormony we mnie buzowały, nie byłam w stanie sklecić zdania. Przeraziłam się, jak zobaczyłam Janka podłączonego do tej całej aparatury. Nie miałam pojęcia, po co to wszystko jest, w głowie miałam milion pytań. Był wielkości świnki morskiej, jego dłoń - wielkości monety dwuzłotowej. I, jak świnka, był cały pokryty włoskami. Im młodszy wcześniak, tym ma dłuższe i gęstsze włosy. Nazywaliśmy go krecik, bo dodatkowo był ślepy.

Po operacji byłam tak obolała, że nie mogłam wysiedzieć dłużej niż 20 minut przy inkubatorze. Za każdym razem, gdy musiałam opuścić Janka, czułam się potwornie winna.

Miałam objawy zespołu stresu pourazowego. Jak żołnierz po wojnie. Śnił mi się poród, budziłam się zlana potem. Wyrzucałam sobie, że to moja wina, że Jankowi się to przytrafiło, że moje ciało nawaliło. Że może to by się nie stało, gdybym brała inną dawkę leku na nadciśnienie albo jakbym więcej leżała na lewym boku. Że może powinnam od początku traktować tę ciążę jako zagrożoną. Poczucie winy u matek wcześniaków jest ogromne.

Po pięciu dniach wyszłaś ze szpitala. Ale musiałaś zostawić Janka.

I za to też się winiłam. Ale nie byłabym w stanie zostać tam dłużej. Zanim wróciłam do domu, Artur schował wszystko, co mogłoby tworzyć atmosferę domu, do którego właśnie wróciło dziecko - zabawki, ubranka. Przez kolejnych kilka tygodni każdy mój dzień wyglądał tak samo. Ściągałam mleko, zanosiłam porcję pokarmu do szpitala, siedziałam z Jankiem sześć godzin, po południu dochodził do mnie Artur, szliśmy do mojej mamy na obiad i wracaliśmy do domu. Jak nie płakałam, to tkwiłam z nosem w laptopie i zbierałam informacje na temat wcześniaków. To dawało mi poczucie kontroli. Nieraz dochodziłam do 70. strony z artykułami na Google'u, czytałam nawet te po włosku.

Czasem szliśmy z Arturem do kina, na lody na plac Zbawiciela, bo mieszkaliśmy obok. To była nasza namiastka normalności. Pamiętam, jak drażnił mnie widok młodych ludzi z placu, którzy wiodą takie beztroskie życie. Teraz sobie myślę, że co ja mogłam wiedzieć o tym, jakie oni mają problemy. Ale wtedy tak się czułam. Wyrosły mi kolce.

Pamiętam, że pierwszy makijaż zrobiłam sobie po sześciu tygodniach od porodu, a to dla mnie nietypowe, żeby się nie malować. Wcześniej nie miałam potrzeby, żeby patrzeć w lustro.

Nie mogłaś spędzać z Jankiem więcej czasu?

To nie miało sensu, bo i tak nie byłam do niczego potrzebna. I ile można mówić do plastikowego pudełka? W ciągu dnia Janek był wielokrotnie badany, w tym czasie nie mogłam być przy nim. Jedynym miejscem, gdzie mogłam przeczekać badanie, był pokój laktacyjny, a w nim? Mamy, które urodziły zdrowe dzieci. To nie pomagało. Bardzo długo na widok ciężarnej kobiety na ulicy wybuchałam płaczem. Przestałam obserwować wszystkie profile znanych matek na Instagramie. Ich problemy wydawały mi się trywialne, bo przykładowo ich synek zrobił danego dnia nie taką kupkę. Janek przez tydzień nie był w stanie się wypróżnić.

Miałaś w szpitalu wsparcie psychologa?

Tak, ale nie czułam, że mi to pomaga. Pani psycholog nie miała pojęcia, przez co przechodzę. Artur znalazł mi potem psycholożkę, która sama urodziła dwa wcześniaki. Nie musiałam jej nic tłumaczyć, mogłam po prostu mówić. Byłam u niej na pięciu, może sześciu spotkaniach. 

Kiedy nastąpił pierwszy przełom w stanie Janka?

Półtora miesiąca po porodzie. Gdy Janek trafił do tzw. przedszkola, czyli wyszedł z inkubatora, co oznaczało jedno - byliśmy bliżej domu niż dalej.

Nie potrzebował już nieustannego dostępu do tlenu. Miewał bezdechy, więc musieliśmy nauczyć się go reanimować. Cały czas miał podłączone urządzenie do pomiaru tętna i saturacji krwi. Ale to był ogromny przełom, bo zyskaliśmy więcej swobody, nie musieliśmy o wszystko pytać pielęgniarek. Budowanie więzi z dzieckiem przez plastikową szybę jest piekielnie trudne. Miłość do wcześniaka podszyta jest nieustannym strachem, poczuciem zagrożenia.

Po wyjściu do "przedszkola" stanęliście przed kolejnym wyzwaniem - nauczyć Janka jeść.

A Janek nie chciał jeść samodzielnie, konieczna była sonda. Nauka jedzenia to długi proces, w przypadku większości wcześniaków trwa trzy, cztery tygodnie. Minęło prawie sześć, a Janek, gdyby jadł tylko samodzielnie, przestałby przybierać na wadze. Żeby wyjść do domu, musieliśmy wyrobić normę szpitalną, która moim zdaniem jest zawyżona, a na pewno niedostosowana do indywidualnych przypadków. Janek takim był. Do dziś "modli się nad jedzeniem". Ale wtedy tego nie wiedzieliśmy, a lekarze kierują się normą. Te cztery tygodnie po wyjściu do "przedszkola" okazały się jeszcze trudniejsze niż pierwsze tygodnie po narodzinach Janka. Bo on już zaczął nas rozpoznawać, wiedział, kim jesteśmy. Obserwowaliśmy, jak inni rodzice, którzy zaczynali tę drogę z nami, jedni po drugich wychodzą ze swoimi wcześniakami. A my nie! Przetestowaliśmy wszystkie firmy butelkowe. Każdego dnia ze szpitala wychodziliśmy zaryczani.

Janek trafił do 'przedszkola' 1, 5 miesiąca po porodzie (fot: Kornelia Glowacka-Wolf/ Agencja Gazeta)
Janek trafił do 'przedszkola' 1, 5 miesiąca po porodzie (fot: Kornelia Glowacka-Wolf/ Agencja Gazeta)

W końcu znów trafiłam do szpitala - uznaliśmy, że może moja nieustanna obecność przy Janku pomoże. Po pięciu dniach byłam bliska obłędu, zafiksowana na tym, żeby jadł. Albo ściągałam pokarm, albo go karmiłam.

A on nie jadł.

Za mało. Codziennie był ważony. Któregoś dnia, tuż przed ważeniem, zrobił tak dużą kupę, że na wadze wyszło, że schudł. Kolejnego dnia pielęgniarka popełniła błąd przy ważeniu i wyszło, że znów schudł. Piątego dnia wpadłam w histerię. Każda osoba na oddziale znała mój problem, wszystkim z płaczem opowiadałam o tej kupie, co zaburzyła wynik, o tym, że ja już nie mam siły i oni muszą pozwolić nam wrócić do domu, że sobie poradzimy, że znamy Janka lepiej niż ktokolwiek. Zmusiłam lekarkę, która była na dyżurze, żeby mnie wysłuchała. Przejęła się, powiedziała, że poprosi lekarkę prowadzącą Janka, żeby nas wypuściła i będziemy tylko dojeżdżać na ważenie. Lekarka Janka przyszła do mnie rano zdenerwowana, nie spodobało jej się, jak to rozegrałam. Powiedziała: bierzemy Janka na wagę. Jak waży więcej, wracacie do domu, jak nie - zostajecie. Kładziemy Janka na wagę, a tam 200 gramów więcej.

Co poczułaś?

Nigdy nie brałam narkotyków, ale tak sobie wyobrażam stan, jaki wywołują - byłam w euforii, wszystko widziałam jakby we fluorescencyjnych kolorach. Mogłabym wtedy przebiec maraton, przepłynąć kanał La Manche. Czułam się, jakbym życie wygrała. Zadzwoniłam do Artura i powiedziałam: szykuj wyprawkę, wychodzimy.

Nigdy nie zapomnę tego momentu, jak weszliśmy do domu, położyliśmy Janka do łóżeczka, sami położyliśmy się obok na naszym łóżku, spojrzeliśmy w sufit i zamilkliśmy. Ja wiem, że wtedy oboje poczuliśmy to samo - jakby ktoś wyjął nam serca z imadła. 

Ewa Jankowska. Dziennikarka magazynu Weekend.Gazeta.pl, była redaktor naczelna serwisu Metrowarszawa.pl. Wcześniej pracowała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała w serwisie Ksiazki.wp.pl, magazynie Vice.com. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. 

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Więcej o: