"Oszczędzanie? Przecież idą wakacje. Mam zwolnienie od psychiatry, najwyżej będę dorabiał na czarno"

Ewa Jankowska
Prawdopodobieństwo, że z dnia na dzień ludzie zamkną się w domach i wiele osób straci stały dochód było tak niskie, że nikt nie brał pod uwagę, że coś takiego mogłoby się zdarzyć. Dlatego mało kto był na to przygotowany - także finansowo. Dlaczego Polacy nie mają oszczędności na ciężkie czasy?

38-letnia Marta jest współwłaścicielką firmy, która organizuje wycieczki i warsztaty dla dzieci. Nie wierzy, że ktokolwiek w jej branży jest w stanie odłożyć pieniądze na przeżycie kilku miesięcy bez zleceń. - Zarabiam najwięcej od maja do końca września, przez kolejne miesiące żyję przede wszystkim z tych pieniędzy - opowiada. Część inwestuje w rozwój biznesu, część w naprawę sprzętu. To, co zostaje, przeznacza na życie - swoje i dziecka, bo jest samotną matką. - Finansowo zabezpieczona byłam do końca kwietnia - wyznaje.

Marta zaczęła dorabiać na zdalnym wypełnianiu ankiet. Nie może szukać stałej pracy, ponieważ wciąż ma zobowiązania w ramach swojej firmy. - Mam stałych klientów, z którymi muszę być w nieustannym kontakcie, część z nich przełożyła eventy na inny termin - wyjaśnia. Jest przekonana, że osoba w jej sytuacji zawodowej i z jej wydatkami nie jest w stanie odkładać "na przyszłość". - Raz są zlecenia, raz ich brak, nie jest tak, że co miesiąc dostaję określoną kwotę na konto i mogę sobie z tego coś odłożyć. Nie mam kontroli nad tym, co dzieje się w moich finansach, raz jest nadwyżka, innym razem jej nie ma - opowiada.

Ale mówi też, że do tej pory żyła dość swobodnie. - Jako rodzina niczego sobie nie odmawialiśmy, zwłaszcza jeśli chodzi o wyjazdy, jak tylko miałam chwilę wolnego, to wsiadałam z dzieckiem w samochód i jechaliśmy w Polskę albo za granicę. Koszty nie grały roli - dodaje.

Jak tu oszczędzać, skoro idą wakacje?

29-letni Eryk mówi wprost: - Nie oszczędzam, raczej rozwalam kasę. Nie mam żony, dzieci, nikogo na utrzymaniu, mieszkam cały czas z mamą. Na co wydaję? Na głupoty - alkohol, papierosy, ale też zdrową żywność. Jak mi brakuje pieniędzy, to pożyczam. Mówię, że oddam, kiedy dostanę wypłatę.

Eryk był pracownikiem biurowym. - 16 marca wysłali nas na pracę zdalną, mieliśmy wrócić do biura 4 maja. 30 kwietnia otrzymuję informację, że zostaję zwolniony. Pracodawca podjął racjonalną decyzję, typując mnie - byłem najmłodszy, miałem najkrótszy staż pracy - opowiada. Eryk nie przejął się specjalnie zwolnieniem. Miał miesięczny okres wypowiedzenia, do odebrania prawie dwa tygodnie urlopu, formalnie zatrudniony był do 31 maja. - Od razu umówiłem się na wizytę u psychiatry, powiedziałem, że mam depresję i dostałem zwolnienie lekarskie. Mam zamiar na nim pobyć przez kilka miesięcy, w tym czasie planuję dorabiać gdzieś na czarno - mówi Eryk.

Ta sytuacja nie pobudziła go do refleksji nad oszczędnościami, a właściwie ich brakiem. Choć gdyby wiedział, że nadejdzie kryzys, prawdopodobnie nie zaciągnąłby kredytu gotówkowego na, jak mówi, "bieżące potrzeby", z którego niewiele mu już zostało. - Jak można myśleć o oszczędzaniu, kiedy idą wakacje? Optymistycznie patrzę w przyszłość, można nawet powiedzieć, że spoglądam w nią w różowych okularach. Będzie, co ma być, w razie czego rodzina mi pomoże - przekonuje.

Lepiej zjeść małe ciastko teraz niż duże potem

Z badań ING Banku Śląskiego wynika, że 42 proc. Polaków nie starcza pieniędzy od wypłaty do wypłaty.

W Polsce dużą popularnością cieszą się pożyczki gotówkowe, Polacy lubią żyć na kredyt (Mieczysław Michalak/ Agencja Gazeta)
W Polsce dużą popularnością cieszą się pożyczki gotówkowe, Polacy lubią żyć na kredyt (Mieczysław Michalak/ Agencja Gazeta)

- Jesteśmy społeczeństwem na dorobku, w związku z tym, że wciąż staramy się nadrobić zaległości do mieszkańców krajów bardziej zamożnych, nie wykształciliśmy jeszcze umiejętności oszczędzania długoterminowego - mówi Marcin Matyja z Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie, który zajmuje się psychologią pieniądza. - Będziemy oszczędzać, jak się już nagrodzimy, dorobimy. Nie jesteśmy jak Niemcy, którzy w sytuacjach kryzysowych korzystają ze zgromadzonego kapitału. Przy czym w ich przypadku ten kapitał to nie jest równowartość jednej wypłaty, ale co najmniej 12.

Matyja dodaje, że potrafimy oszczędzać na cele bliskie i konkretne - wakacje, nowy samochód, remont. - Dla wielu osób to, ile mają i na co je stać, jest ważne, bo definiuje, kim są. Powodem do dumy nie jest oszczędzanie na emeryturę, ale fakt, że stać mnie na droższy samochód od tego, który ma sąsiad - mówi Matyja.

Umiejętność oszczędzania to innymi słowy zdolność odraczania gratyfikacji. - Niektórzy z nas mają z tym problem - wolą mieć ciastko dziś niż dostać większe później. Martwią się najbliższymi wakacjami, najbliższym remontem, nie wybiegają za daleko w przyszłość - dla 20-latka odkładanie pieniędzy na mieszkanie, emeryturę to czysta abstrakcja - wyjaśnia Matyja.

Zaznacza, że wielu z nas nie tylko nie oszczędza na przyszłość - często nie mamy również pieniędzy na tzw. niespodziewany wydatek. - To wydatek, który wynika z konieczności, a nie z pragnienia posiadania czegoś nowego czy sfinansowania wyjazdu na wakacje. Zepsuł mi się laptop, a jest to niezbędne narzędzie pracy - muszę wydać kilkaset złotych na naprawę lub kupić nowy. Trudno żyć również bez pralki czy lodówki albo okularów korekcyjnych, od czasu do czasu trzeba pójść do dentysty. Nagle okazuje się, że wydanie z dnia na dzień tysiąca złotych jest problemem - opowiada.

Dlatego, jak twierdzi, w Polsce tak dużą popularnością cieszą się kredyty gotówkowe. - Lubimy żyć na kredyt. W społeczeństwie o ustabilizowanym poziomie oszczędności nikt nie byłby zainteresowany krótkoterminową pożyczką o wysokim oprocentowaniu. Polacy wychodzą też z założenia: po co się martwić oszczędnościami, jeśli mam łatwy dostęp do kapitału. Problem polega na tym, że kapitał jest dostępny dla tych, którzy go nie potrzebują. Jeśli stracimy pracę, to mało który bank będzie skłonny udzielić nam jakiejkolwiek pożyczki - dodaje.

Żyję z dnia na dzień

37-letnia Ania co zarobi, wydaje na bieżąco. Jest singielką, mieszka w Warszawie, wynajmuje sama mieszkanie - więc, jak mówi, nie za bardzo miałaby z czego odłożyć. - Żyję dość skromnie, nie gromadzę rzeczy, to, co mam najcenniejsze, to mój tatuaż. Przeznaczałam miesięcznie kilkaset złotych na masaże, bo potrzebowałam ich z racji zawodu, jaki wykonuję. Część pieniędzy wydawałam też na odżywki dla sportowców - tłumaczy.

Ania zdaje sobie sprawę, że żyje trochę jak nastolatka. - Zostałam instruktorką fitness przez przypadek, nigdy nie wiedziałam, co chcę w życiu robić, marzy mi się praca w telewizji albo w radio, albo wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Nie jestem typem osoby, która odkłada na emeryturę albo zbiera na kupno mieszkania. Nie wyobrażam sobie, że kiedykolwiek mogłabym wziąć kredyt. Żyję z dnia na dzień, podobnie jak moja rodzina. W domu nigdy nie było płynności finansowej, raz pieniądze były, raz ich nie było, nikt nie nauczył mnie, jak oszczędzać - opowiada. Z powodu pandemii musiała krytycznie spojrzeć na swoje finanse. Postanowiła, że postara się coś odkładać, jak tylko wyjdzie na prostą. Kiedy to nastąpi? Nie wie.

Ania jest instruktorką fitness, żyje z dnia na dzień (fot: Shutterstock.com)
Ania jest instruktorką fitness, żyje z dnia na dzień (fot: Shutterstock.com)

30-letni Dariusz pracował w gastronomii. Został zwolniony i zatrudnił się w przetwórni drobiu. Podobnie jak Agnieszka, żył z dnia na dzień. Przez pewien okres zarabiał więcej, więc kupił sobie samochód. Zanim wybuchła pandemia, zaciągnął kredyt gotówkowy i, jak mówi, w tej chwili ponosi tego konsekwencje. To nie tak, że wcale nie ma oszczędności - są, ale niewielkie, wystarczyłoby na zaledwie kilka tygodni. Odkładanie na emeryturę? Przecież płaci składki. Do myślenia dało mu teraz coś innego: nagle okazało się, że ma problem z wynajęciem mieszkania, w oczach wielu najemców był osobą niewypłacalną. I jeszcze jedno: obawia się, że nie będzie go stać na leczenie, jeśli dojdzie w pracy do wypadku.

- Do tej pory pracowałem na umowę-zlecenie albo na czarno. W gastronomii często jest tak, że ktoś zatrudnia cię częściowo na umowę, zazwyczaj "śmieciową", a część wynagrodzenia wypłaca "pod stołem". W tej chwili, w fabryce drobiu, też jestem zatrudniony na umowę-zlecenie, do tego nie mam rozszerzonego ubezpieczenia zdrowotnego, a praca jest bardzo ciężka - godzinami przebywa się w zimnej hali, non stop jest się na nogach - wyjaśnia.

Dariusz chce odejść z przetwórni i w końcu zatrudnić się na warunkach, które będą zapewniać mu poczucie bezpieczeństwa. Planuje również zacząć okładać maksymalnie dużo pieniędzy, aby za jakiś czas otworzyć własną restaurację, choćby miało być to malutkie bistro. Marzy o tym, żeby w końcu być na swoim.

Nikt nie nauczył

Marcin Matyja zwraca uwagę: zdarza się tak, że nawet jeśli ktoś ma wysokie dochody, to dysponuje niskim dochodem rozporządzalnym, bo ma wysokie koszty stałe. I mimo sporych zarobków i tak żyje od pierwszego do pierwszego. Ktoś zarabia 10 tysięcy złotych, ale ma wysoki kredyt we frankach, drogi samochód, troje dzieci, każde w prywatnym przedszkolu. Z tych 10 tysięcy może zostać tylko 1,5 tysiąca złotych na codzienne wydatki, co z tego udaje się odłożyć na "czarną godzinę"? Niewiele.

- Nie zostaliśmy nauczeni oszczędzania - ani w szkole, ani w domu. Na zajęciach z przedsiębiorczości młodzież nie uczy się postaw wobec pieniądza, ale teorii - co to jest popyt, podaż, jak wypełnić PIT. Tymczasem te postawy kształtują się już w dzieciństwie, na długo zanim zaczniemy zarabiać. Jeśli wychowaliśmy się w domu, w którym pieniądze były tematem tabu albo powodem do kłótni, albo zawsze ich brakowało, to bardzo prawdopodobne, że te wzorce przeniesiemy do własnego gospodarstwa domowego - wyjaśnia Matyja.

Jak dodaje, z myślenia o przyszłości zwalniał również Polaków polski system emerytalny. -Niektórzy wciąż żyją w przeświadczeniu, że na ich jesień życia będą zarabiać osoby pracujące. W ciągu ostatnich lat sytuacja uległa jednak zmianie i Polacy, podobnie jak Niemcy czy Amerykanie, będą musieli kapitał na emeryturę zgromadzić sobie sami - wyjaśnia.

Niemcy, jak mówi, w przeciwieństwie do Polaków, są z takim systemem oswojeni i oszczędzanie na emeryturę traktują w takich samych kategoriach jak obowiązek comiesięcznego opłacania rachunków za prąd czy wodę - jako koszt stały, a nie coś dodatkowego, na co odłożę, jak zostanie mi jakaś "górka", a jak nie zostanie - to trudno. - To tzw. oszczędzanie kontraktowe. Polacy muszą się nauczyć, że tak samo jak trzeba zarobić na nową pralkę czy wakacje, tak samo trzeba zarobić na swoją emeryturę - przekonuje Matyja.

Niemcy oszczędzanie na emeryturę traktują w takich samych kategoriach jak obowiązek comiesięcznego opłacania rachunków za prąd czy wodę (fot: Shutterstock.com)
Niemcy oszczędzanie na emeryturę traktują w takich samych kategoriach jak obowiązek comiesięcznego opłacania rachunków za prąd czy wodę (fot: Shutterstock.com)

Według badania "Życie na emeryturze - wyobrażenia i postawy Polaków" zrealizowanego na zlecenie Izby Zarządzania Funduszami i Aktywami ponad jedna piąta Polaków nie oszczędza na emeryturę. Jedna trzecia badanych chce pracować tak długo, jak to będzie możliwe, a co piąty Polak uważa, że nie ma dobrego sposobu na zaoszczędzenie pieniędzy na emeryturę.

Nauka na przyszłość

Matyja twierdzi, że jest szansa, że Polacy, nauczeni doświadczeniem, lepiej przygotują się na kolejne tego typu zdarzenie. - Tak było po 1997 roku, kiedy Polskę nawiedziła powódź. Ludzie masowo zaczęli ubezpieczać swoje domy. Im częściej występuje dane zdarzenie, tym ludzie są bardziej skłonni się na nie lepiej przygotować. Ale do zdarzenia musi dojść w ich bliskim otoczeniu - tornado na drugim końcu świata czy epidemia w Chinach nie są wystarczającą motywacją do zmiany zachowania, bo "to mnie nie dotyczy" - mówi Matyja.  

Zdaniem Matyi kryzys gospodarczy z 2007-2009 roku, który również dotknął Polskę, nie wpłynął w większości przypadków na zmianę nawyków, ponieważ było to jednorazowe zdarzenie, a po drugie - wynikało z błędnych decyzji konkretnych ludzi, niekoniecznie "moich". - Jeśli ktoś wziął kredyt na mieszkanie, na którego spłacanie nie było go stać, to jest to jego wina lub wina banku, który takiego kredytu udzielił. W przypadku tamtego kryzysu łatwo było wskazać winnego, w przypadku pandemii nie jest to możliwe - kryzys wynika z przesłanek obiektywnych. Więc nawet jeśli kryzys dotknął kogoś, kto się do niego nie przyczynił, nie poczuwa się on do zmiany czegokolwiek w swoim postępowaniu, bo to nie on popełnił błąd - wyjaśnia.

Matyja podkreśla też, że zmiany w nawykach finansowych przychodzą stopniowo. - Nawet w przypadku obecnego kryzysu wiele osób może mieć podejście: byle do lata, a potem wszystko wróci do normy. A prawdopodobieństwo pojawienia się nowych ognisk koronawirusa jesienią jest bardzo duże. COVID wywrócił rzeczywistość do góry nogami - przestoje w stałych dochodach, przymus zamknięcia się w domach mogą stać się elementem naszej rzeczywistości. Posiadanie oszczędności na przynajmniej trzy, cztery miesiące do przodu będzie konieczne, bo brak tego bufora będzie się wiązać z natychmiastowym popadnięciem w finansowe tarapaty - mówi.

Wielu Polaków nie ma podejścia, że za buty z promocji, które kupili, mogliby w czasie kryzysu 'kupić sobie' prąd lub ogrzewanie w mieszkaniu (fot: Jakub Orzechowski/ Agencja Gazeta)
Wielu Polaków nie ma podejścia, że za buty z promocji, które kupili, mogliby w czasie kryzysu 'kupić sobie' prąd lub ogrzewanie w mieszkaniu (fot: Jakub Orzechowski/ Agencja Gazeta)

Nie zgadza się z argumentem niektórych moich rozmówców, że będą w stanie oszczędzać dopiero, jak ustabilizuje się ich sytuacja finansowa, albo że odkładanie 50 czy 100 złotych się nie opłaca. - Jak nie teraz, to kiedy? Jeśli oszczędzanie będziemy cały czas traktować jako ostatni punkt na liście priorytetów, to prędzej czy później obudzimy się dokładnie w tym samym miejscu, w którym byliśmy w marcu tego roku, gdy wirus dotarł do Polski - mówi. Jak dodaje, przekonanie, że 50 czy 100 złotych to mało, jest błędne.

- Najlepiej widać to na przykładzie papierosów, piwa, kawy lub czegokolwiek, co kupujemy często i jednorazowo wydaje się tanie. Paczka papierosów kosztuje niby zaledwie 15 złotych. Ale jak kupujesz dwie paczki na tydzień, to z 15 złotych miesięcznie robi się już 120 złotych, a rocznie ponad 1400 złotych - wiele osób za te pieniądze mogłoby opłacić miesięczny czynsz i mieć jedzenie na kilka tygodni - mówi Matyja. Jak tłumaczy, ludzie rzadko w ten sposób myślą. Widzą na przykład promocję - buty z 800 złotych przecenione na 500 złotych. - Nie mają podejścia, że za te 500 złotych mogliby w czasie kryzysu "kupić sobie" prąd czy ogrzewanie w mieszkaniu albo jedzenie. Myślą: to dobra oferta, mam coś z promocji, nie jestem stratny - wyjaśnia.

Więcej niż zero

Jest kilka sposobów na proste oszczędzanie, ale wymaga to odpowiedniego planowania wydatków i trzymania się tego planu, nieulegania emocjom w trakcie zakupów, bo "jest na coś promocja". - Możemy nasze wydatki zoptymalizować: ograniczyć kupowanie niekoniecznie niezbędnych produktów, takich jak wspomniane kawa czy piwo, zrezygnować z miesięcznego członkostwa na siłowni czy z Netflixa albo zacząć kupować bardziej świadomie - zamiast chodzić codziennie do sklepu osiedlowego, gdzie wiele rzeczy jest droższych, można rozejrzeć się za sklepem, gdzie te same produkty są tańsze. Dzięki temu w miesiącu uda się oszczędzić na przykład kilkadziesiąt złotych - wyjaśnia i podkreśla: - Oczywiście nie chodzi o to, żeby jeździć po całym mieście i szukać najlepszych cen na każdy produkt, bo na samym końcu wcale się to nie będzie opłacać.

Warto też odkładać resztę, którą otrzymujemy po zakupach. Taki system oszczędzania oferują niektóre banki - na przykład jeśli kartą zapłaci się za zakupy 27 złotych, 3 złote automatycznie wpływa na konto oszczędnościowe.

Żeby zaoszczędzić trochę pieniędzy, wystarczy bardziej świadomie robić zakupy lub odkładać resztę (fot: Tomasz Pietrzyk/ Agencja Gazeta)
Żeby zaoszczędzić trochę pieniędzy, wystarczy bardziej świadomie robić zakupy lub odkładać resztę (fot: Tomasz Pietrzyk/ Agencja Gazeta)

Matyja zwraca uwagę, że stopy procentowe poszybowały w dół i niektórym się wydaje, że nie warto oszczędzać, bo procent jest tak niski, że nic na tych oszczędnościach nie zarobimy. - Nie chodzi jednak o to, żeby zarabiać, ale żeby mieć jakieś środki na niespodziewane sytuacje - podkreśla. Ostatecznie nieważne, jaki system oszczędzania wybierzemy, oszczędzać warto, nawet niewiele, bo niewiele to zawsze więcej niż zero.

Ewa Jankowska. Dziennikarka magazynu Weekend.Gazeta.pl, była redaktor naczelna serwisu Metrowarszawa.pl. Wcześniej pracowała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała w serwisie Ksiazki.wp.pl, magazynie Vice.com. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. 

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku