Pan Jerzy jest szewcem prawie 60 lat. Fach i zakład przejął po ojcu

Angelika Swoboda
- Ojciec uczył mnie, żebym był uczciwym człowiekiem. Zawsze mi powtarzał, że klienta można oszukać raz. Drugi raz się nie da. Bo oszukany klient nie wróci - mówi Jerzy Sadłowski, sopocki rzemieślnik.

Dlaczego pan naprawia ludziom buty?

Mój ojciec, Feliks, rocznik 1910, jeszcze przed wojną przyjechał za pracą na Pomorze i w 1934 roku otworzył zakład w Orłowie. Był 15. dzieckiem w rodzinie, pochodził z Wielkopolski i tam też uczył się zawodu. Nikt przed nim nie był u nas szewcem, jeden z wujków został marynarzem, inny naprawiał parowozy. A mój ojciec, który cudem uniknął śmierci w obozie Stutthof, zapragnął naprawiać ludziom buty.

Pan też nie widział dla siebie innego fachu?

Ależ ja w ogóle się nad tym nie zastanawiałem! To było oczywiste, że pójdę w jego ślady.

Ale w Orłowie nie zostaliście.

W czasie wojny w zakład ojca uderzył pocisk, więc po wyjściu z obozu nie miał do czego wracać. Przeniósł się do Sopotu i naprawiał buty w domu. A w 1946 roku ja przyszedłem na świat.  

Ojciec bardzo o nas dbał. Razem z mamą kupowali mięso i jajka od rolników z Kaszub. Sami nie jedli, a nam, czyli mnie i młodszemu bratu, dawali.

W 1956 roku ojciec otworzył zakład w małym budynku przed domem i tu zaczął pracować. Ja skończyłem odzieżową szkołę zawodową i podjąłem pracę u ojca. To było w latach sześćdziesiątych.


Jerzy Sadłowski w swoim zakładzie szewskim (fot. Angelika Swoboda)

Czego ojciec pana nauczył?

Poza precyzyjną, dobrą pracą i uprzejmością wobec ludzi nauczył mnie przede wszystkim tego, żebym był uczciwym człowiekiem. Zawsze mi powtarzał, że klienta można oszukać raz. Drugi raz się nie da. Bo oszukany klient nie wróci. A do mnie ludzie wracają.

Patrzyłem, jak robi oficerki dla strażników granicznych. Znał swój fach, bo pobierał szlify u dwóch słynnych mistrzów. Robił też buty ortopedyczne, kozaki, pantofle. Wszyscy w naszej rodzinie mieli zdolności manualne. Wujek kolejarz tworzył całe kolejki i stacje w miniaturze. A jego makieta obozu stoi w muzeum w Stutthofie. 

Ojciec był garbaty, przez pobyt w obozie. Ale wszyscy go szanowali, choć to były czasy, że wyśmiewano się z ułomności.

Bez żalu oddał panu zakład?

Do końca życia pracował. Jak zachorował, zabrali go do szpitala i już do zakładu nie wrócił. Zacząłem go prowadzić sam. To był 1977 rok. Ojciec jakby coś przeczuwał, bo parę miesięcy przed śmiercią nalegał, żebym przepisał warsztat na siebie. I tak też zrobiłem.

Mieszkańcy Sopotu powtarzają, że zakład szewski jest tutaj od zawsze.

I bardzo mnie to cieszy! Mieszkam na Monciaku i pracuję na Monciaku. Do pracy idę parę minut. Wie pani, że choć od 11 lat jestem na emeryturze, wciąż kocham tę robotę? Najbardziej lubię kontakt z ludźmi. Ktoś przyjdzie, tak jak pani, można sobie porozmawiać. To sprawia, że zdrowie mi dopisuje, ale przecież w uzdrowisku mieszkam. A w domu nie lubię siedzieć.


Jerzy Sadłowski mówi, że kocha swoją pracę (fot. Angelika Swoboda)

Miał pan wielu uczniów?

Wyszkoliłem jednego, ale już jako szewc nie pracuje. Odziedziczył pół domu, który zaczął wynajmować turystom. A potem założył firmę, zajmuje się lokalną turystyką, świetnie sobie radzi. Do naprawiania butów już pewnie nie wróci, bo i po co?

Widzę, że na ladzie leży, napisany na maszynie, cennik pana usług. Skórzane męskie zelówki 80 zł, gumowe 35 zł. Damskie fleki ze skóry 40 zł, gumowe 25 zł. 

Mówią o mnie, że jestem jednym z droższych szewców w okolicy. Zawsze powtarzam wtedy, że mam dobrej jakości materiały. Poza tym mam doświadczenie, potrafię zrobić kozaki czy pantofle. Parę lat temu zrobiłem na zamówienie białe ślubne pantofle dla pani o rozmiarze stopy 31! Pobrałem miarę, klientka przyniosła wzór. Kupiłem skórę w Olsztynie i się zrobiło. 

Szewc, który nigdy sam buta nie zrobił, dobrze go nie naprawi. Niedawno klientka oddała do mnie skórzane czółenka pogryzione przez psa. Tak je zrobiłem, że nie potrafiła znaleźć miejsca zniszczenia.

O, a tu mi klient buty sportowe przyniósł, bo dziura mu się zrobiła. Podkleję małą łatkę, a na nią dużą. 20 zł zapłaci i już mu palec nie będzie wychodził.

Ma pan stałych klientów?

Wielu z nich, niestety, już jest na cmentarzu. Poumierali. Ale młodzi przychodzą. Na przykład fleczki wymieniać, bo teraz to robią takie, że wyjdzie pani w nowych butach w miasto i wraca pani bez fleka. Albo ze zdartym. A ja pani zrobię mocne, z solidnej gumy, albo metalowe, jeśli sobie pani życzy.

Od lat przychodzą do mnie turyści z Niemiec, Anglii i Szwecji. O, te czarne kowbojki na przykład przyniosła wczoraj klientka z Niemiec, do rozciągnięcia. Podobno tam, za granicą, zakładów szewskich jest jeszcze mniej niż u nas. Albo prowadzą je przypadkowe osoby, które nie potrafią naprawiać butów.

A ja nie tylko to potrafię!


Cennik pana Jerzego i narzędzia, które przekazał mu ojciec (fot. Angelika Swoboda)

Co jeszcze?

Właśnie naprawiłem wózek na zakupy. Pękło metalowe łączenie przy kółku, dorobiłem nowe. Kiedyś jak ktoś przyniósł do naprawy coś nietypowego - odmawiałem. Teraz mówię: "proszę zostawić, ja się z tym prześpię". I zwykle udaje mi się coś wymyśleć.

A zdarzyło się panu kiedyś buty zamienić?

Parę razy się pomyliłem. Ale wtedy klienci mi przynieśli z powrotem te nie swoje buty i nie było tragedii. Niczego nie zgubiłem. A nawet mam nadmiar! Widzi pani duży karton w rogu? To buty, które klienci przynieśli do naprawy i zniknęli.

Kiedyś każdy przyniesiony but naprawiałem, a jak klient się nie pojawił, wystawiałem na sprzedaż po parę złotych. Ale teraz zawsze biorę zapłatę z góry albo przynajmniej zaliczkę.  

Da się dziś przeżyć z tego fachu?

Przy emeryturze nie jest źle, zawsze to jakiś dodatkowy grosz. Zresztą niech pani zwróci uwagę, że praktycznie w każdym zakładzie usługowym to tylko emeryci pracują.

Poza tym mnie udało się wykupić grunt pod zakładem, płacę do wspólnoty niewielki czynsz. I korzystam jeszcze z dobrych materiałów, a nawet narzędzi po ojcu. Mam po nim na przykład przedwojenny dziurkacz do robienia dziurek w paskach, obcęgi do naciągania skóry na kopycie. A nawet stołek! Dawniej stolarz jak coś zrobił, to było nie do zdarcia.

Przychodzą czasem klienci z pretensjami, że po naprawie but jednak się rozpadł?

I to się zdarza. Chociaż ja zawsze uprzedzam, że jak na przykład podeszwa jest bardzo popękana czy dziurawa, to może znowu popękać. Ale jak komuś zależy, to zrobię, jednak zastrzegam, że nie daję na to gwarancji. Pamięta pani, jak buty były na kartki?


Jerzy Sadłowski z karteczkami do odbioru butów (fot. Angelika Swoboda)

Pamiętam!

Kupowało się, co dostępne. A potem jedna czy druga pani wracała do domu w bucie bez spodu. Albo się podeszwy kruszyły, jak się chodziło.

Czy ludzie robią sobie jeszcze buty na wymiar?

Już dawno przestali. Kogo by było teraz  na to stać. Pantofle musiałyby kosztować z 600 zł, a botki ze dwa razy tyle. Ręczna robota jest droga, ale za to takie buty nie zdzierają się latami. Nie to co te robione dzisiaj. Niektóre są z papieru! Stopa wpada do środka, a buty są do wyrzucenia.

Kupiłam kiedyś kozaki, w których po pierwszym deszczu podeszwa mi się kompletnie rozpadła. Rzeczywiście okazało się, że była z papieru.

Powiem pani coś lepszego! Przed laty marynarze przywozili buty z Włoch i wstawiali do komisów. Ludzie się o nie zabijali, płacili niemałe pieniądze, a buty po paru dniach się rozpadały. Bo to były buty do trumny. Nie do chodzenia, tylko do leżenia. Wiem, bo jedna z klientek napisała do producenta i tak jej odpowiedział. Podobno stwierdził, że to i tak cud, że udało jej się w nich trzy dni chodzić.

Zapach kleju panu nie przeszkadza?

Teraz to kleje są inne, prawie nie śmierdzą. Nawet ich już nikt nie wącha. Otwieram drzwi i szybko się wywietrzy. Papierosy są gorsze. Pali pani?

Nie, i też nie znoszę dymu papierosów. Pan pali?

Ja też już nie, choć przez osiem lat paliłem trzy paczki dziennie. Ale rzuciłem i od 51 lat nie palę. Miałem nawet specjalne nacięcia w drewnianym warsztacie, żeby mi się papieros nie turlał.


Jerzy Sadłowski potrafi naprawiać nie tylko buty (fot. Angelika Swoboda)

Nigdy się panu but nie nadpalił?

Nie. Ale kolega z papierosem w zębach robił kiedyś klej z kauczuku. Jak buchnęło, to o mało się mu zakład nie spalił.

Mówią, że szewc lubi wypić. To prawda?

Za czasów komuny to faktycznie niektórzy pili sporo. Ale niech mi pani powie: a w biurach nie pili? W każdym zakładzie pracy było w tamtych czasach większe przyzwolenie na alkohol. Po transformacji ci, którzy pili, już do branży nie wrócili.

Ojciec mi powtarzał: wódka jest dla ludzi. Ale trzeba ją pić z głową, a nie z kiełbasą. W domu mam tyle różnych alkoholi, że by kilka osób obdzielił. Czasem się z gośćmi napijemy, co w tym złego. Za to w pracy nie piję, nigdy.

Nie nudzi się panu tak samemu? Co pan robi, jak nie ma klientów?

Radia posłucham, z kolegą porozmawiam. Przychodzi do mnie czasem, bo prowadzi zakład z oprawą obrazów, kawałek dalej. Albo sprzątam, jak już nic nie mogę znaleźć. Po ojcu mam "przydasię", więc gromadzę różne rzeczy. Leżą i leżą, a jak są potrzebne, to ich nie ma. Ale żal wyrzucić.

Ile par butów dziennie potrafi pan naprawić?

Ile klienci przyniosą, tyle zrobię. Fleki, klejenie. Kiedyś to pracowałem od piątej do dwudziestej. Teraz jest u mnie otwarte od 10 do 16, bo nie mam tyle roboty, co dawniej.  Jak klientów będzie więcej, to przedłużę do 18. Ja szanuję ludzi, rozumiem, że ktoś pracuje dłużej, więc do 16 może nie zdążyć.

Mam też wielu klientów  z Gdańska, Wejherowa, Żukowa. Jakoś muszą do mnie dojechać. Choć niektórzy wcześniej dzwonią, żeby zapytać, czy zdążą. Jak trzeba, to poczekam.

Często się panu ludzie zwierzają?

Czasem jakaś klientka zaczyna mi opowiadać o swoim mężu, o chorobach, o problemach. Jak na spowiedzi. Cieszę się, że ludzie mają do mnie zaufanie. Bo co pada tutaj, w zakładzie, zostaje w zakładzie. Nikomu tego nie powtarzam.


Jerzy Sadłowski przed swoim zakładem w Sopocie (fot. Angelika Swoboda)

A czeka pan, żeby ktoś z rodziny przejął po panu zakład?

Mam troje dzieci, sześcioro wnucząt i troje prawnuków. Marzyłem, że kiedyś najstarszy syn przejmie po mnie warsztat, jak wróci z Anglii do Polski. Powiedziałem mu tak: "Jacek, warsztat dostaniesz ode mnie w prezencie".  Ale nie wiem, jak będzie.

Czegoś się życzy szewcowi?

Poza zdrowiem? Mało roboty, a dużo pieniędzy.

Jerzy Sadłowski. Rocznik 1946. Prowadzi zakład szewski na sopockim Monciaku.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka słoni, mądrych ludzi, z którymi rozmawia też w podcaście "Miłość i Swoboda", kawy i klasycznych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Więcej o: