Pandemia zmusiła ich do zmiany zawodu. "Zawsze tego chciałam, ale bałam się porzucić etat"

Ewa Jankowska
Z producentki telewizyjnej na recepcjonistkę, z kucharza na kasjera, z grafika na konstruktora, z pracownika korporacji na stolarza. Z powodu pandemii wielu Polaków zostało zmuszonych do podjęcia pracy w branży, z którą wcześniej nie mieli do czynienia. Dla jednych było to doświadczenie trudne i - jak sami mówią - uwłaczające, dla innych szansa na zmianę swojego życia.

Zanim wybuchła pandemia, 23-letnia Martyna pracowała jako asystentka produkcji filmowej i telewizyjnej u podwykonawcy jednej z największych stacji telewizyjnych w Polsce. - Gdy odwołali wszystkie imprezy masowe, okazało się, że nie tylko nie mamy już nad czym pracować, ale że nie dostaniemy również wypłaty za projekty, nad którymi pracowaliśmy przez ostatnie kilka miesięcy, a które nie dojdą do skutku - opowiada.

Była zatrudniona na umowę-zlecenie. Od kwietnia miała dostać umowę o pracę. - Nic z tego nie wyszło. W dodatku zaproponowano mi najniższą krajową, zamiast 6 tysięcy złotych brutto miałabym zarabiać 2700 złotych. Kocham swoją pracę, żyłam dla niej, ale stwierdziłam, że nie będę pracować za psie pieniądze, w dodatku dla kogoś, kto nie ma zamiaru zapłacić mi za to, co już zrobiłam. Tłumaczono mi, że sytuacja może się zmienić w ciągu kilku tygodni, ale ja w to nie wierzyłam. Pożegnaliśmy się - opowiada.

Martyna zwolniła się, nie mając nic w zanadrzu. Nie ma też oszczędności, a na pomoc bliskich liczyć nie może - ich również dotknęła pandemia. Od razu zaczęła intensywne poszukiwania. - Weszłam na stronę z ogłoszeniami, zaznaczyłam, że szukam pracy w korporacji międzynarodowej, bo pomyślałam, że tam raczej zwolnień nie będzie. Najczęściej pojawiały się oferty dla recepcjonistek. Powysyłałam mnóstwo CV i już następnego dnia miałam trzy rozmowy. Pracę rzuciłam 11 marca, nową zaczęłam już 20 - opowiada.

Martyna straciła pracę jako producentka telewizyjna, zatrudniła się na recepcji w korporacji (fot: Shutterstock.com)
Martyna straciła pracę jako producentka telewizyjna, zatrudniła się na recepcji w korporacji (fot: Shutterstock.com)

Nie jest nią zachwycona, bo jak mówi, to "typowe korpo". - Nie lubię ludzi, którzy tam pracują, to nie mój typ człowieka, obowiązki biurowe mnie nużą, co nie znaczy, że nie jestem w nich dobra, męczy mnie to, że praca jest "od - do". W swojej branży miałam więcej swobody, jednego dnia przychodziłam na pięć godzin, innego pracowałam 15 - wylicza.

Gdy tylko w branży filmowo-telewizyjnej nastąpi "odmrożenie", rzuci pracę recepcjonistki. Podczas rozmowy kwalifikacyjnej nie zdradziła jednak tych planów przyszłemu pracodawcy. Bo też nie wiadomo, kiedy się to stanie. - Z 70 osób, które pracowały w mojej poprzedniej firmie, do pracy wróciło zaledwie kilka. Śledzę ogłoszenia, widzę, że stawki w produkcji są nawet o połowę niższe niż wcześniej. Na recepcji jestem w stanie wytrzymać rok, mam nadzieję, że do tego czasu sytuacja na rynku się poprawi - mówi.

To był obłęd

Magdalena Choińska od 2012 roku prowadzi agencję pracy. Była zszokowana tym, jak zmienił się rynek podczas pandemii. - Z dnia na dzień z rynku pracownika zrobił się rynek pracodawcy. Przez pierwsze trzy tygodnie pandemii można było dostać obłędu. Nasza skrzynka mejlowa pękała w szwach od przesłanych CV, codziennie odbieraliśmy dziesiątki telefonów z pytaniami o pracę dorywczą. Gdy wypuściliśmy ogłoszenie o pracę dla mężczyzn w magazynie wysyłkowym, w ciągu trzech dni dotarło do nas ponad 200 CV! - opowiada.

Agencja Choińskiej współpracuje z takimi klientami jak hipermarkety, magazyny wysyłkowe, firmy transportowe, kurierskie, zatrudnia również osoby do sprzątania oraz pomiaru ruchu drogowego. Oferty dotyczą więc przede wszystkim pracy fizycznej. - Tymczasem 60 procent zapytań o pracę i CV pochodziło od osób, które wcześniej pracowały na stanowiskach biurowych, były grafikami komputerowymi, marketingowcami, fotografami i oczywiście pracownikami gastronomii - mówi.

Jej zdaniem podejście ludzi do pracy zmieniło się o 180 stopni. - Przed koronawirusem zdarzało się tak, że umawiałam się na rozmowę z pięcioma kandydatami i nie przychodził nikt, bo jednemu się nie chciało, drugi miał za daleko i tak dalej. Proponowali rozmowę online albo przez telefon. Gdy wybuchła pandemia, ludzie najchętniej pogadaliby twarzą w twarz i od razu zaczęli robotę. Jeszcze niedawno nikt nie chciał przyjść do pracy za mniej niż 4 tysiące brutto. Żeby przekonać pracownika, trzeba było zapewnić mu dojazd do pracy, sprzęt roboczy. A teraz? Gdy mówię, że dojazd na własną rękę - nie ma problemu! Będzie pan musiał dopłacić z własnej kieszeni za buty robocze, jeśli przekroczy pan budżet refundacji - nie ma sprawy! Pensja 2900 złotych brutto, czyli niewiele więcej niż najniższa krajowa - biorę, co jest! - opowiada.

Myślałem: byle nie na kasę

Bartkowi, który przez ostatnich kilka lat pracował jako kucharz lub zastępca szefa kuchni, z trudem przyszło zatrudnienie się na magazynie, a potem na kasie w jednym z polskich dyskontów. Nie miał jednak innej możliwości. Gdy stracił pracę w restauracji sushi z powodu pandemii, musiał szybko znaleźć jakieś zajęcie - ma małe dziecko na utrzymaniu, wynajmowane mieszkanie, za które płaci około 2 tysięcy złotych miesięcznie.

- W ciągu dwóch tygodni wysłałem 80 CV. Odpowiadałem na ogłoszenia o pracę dla kasjerów, kierowców, magazynierów, kurierów. Dostałem ofertę pracy kierowcy transportującego szambo, ale odmówiłem - bo musiałbym zbyt daleko dojeżdżać. Potem załapałem się na pracę w magazynie jednego z dyskontów. Wzbraniałem się, myślałem sobie: a co, jeśli spotkam znajomych? Pierwszego dnia, podczas przenoszenia towaru, natknąłem się na dwóch kolegów. Było mi strasznie wstyd. Z drugiej strony powtarzałem sobie: dobrze, że przynajmniej nie pracuję na kasie - opowiada.

Po dwóch dniach Bartek usłyszał, że nie jest już potrzebny. - Poszła kolejna seria CV. Pojawiła się propozycja pracy w innym magazynie, w Baranowie, od razu ją wziąłem. Ale musiałem szukać drugiego etatu, bo z jednego bym się nie utrzymał.

Bartek stracił pracę w czasie pandemii, zatrudnił się na dwóch etatach, na magazynie i na kasie w dyskoncie (fot: Shutterstock.com)
Bartek stracił pracę w czasie pandemii, zatrudnił się na dwóch etatach, na magazynie i na kasie w dyskoncie (fot: Shutterstock.com)

Podjął się pracy przy pakowaniu produktów spożywczych. - Siedem godzin dziennie przekładania towaru z jednego kartonika do drugiego. To wykańczało mnie psychicznie. Najgorzej, jak miałem zmiany nocne - od 22 do 5.30 pakowałem towar, na szóstą jechałem do Baranowa, o 14 kończyłem robotę, wracałem do domu, spacer z dzieckiem, obiad, kładłem się spać około piątej po południu i o 21 się budziłem i znów jechałem pakować - opowiada.

Bartek rzucił pracę pakowacza po dwóch tygodniach i musiał szukać czegoś na drugi etat. - Zobaczyłem, że w hipermarkecie naprzeciwko mojego domu szukają kasjerów. Teraz nie miałem wyjścia. Pierwsze trzy dni były fatalne, czułem, że mi to uwłacza. W dodatku praca na umowę-zlecenie za najniższą krajową boli. Ale jakoś się przyzwyczaiłem, nauczyłem się wszystkiego i teraz idzie mi płynnie. Choć bywa ciężko, zwłaszcza przy kasach samoobsługowych. Sajgon taki, jak niekiedy w kuchni! - opowiada. Jak dodaje, praca na kasie nauczyła go szacunku do ludzi i większej wyrozumiałości. - Ludzie potrafią wylać swoje frustracje na kasjerów, nauczyłem się nie reagować złością na złość - mówi.

Bartek cały czas jest w kontakcie ze swoim pracodawcą sprzed pandemii. - Zaproponował mi powrót na umowę-zlecenie, ale za niższą stawkę niż wcześniej - nie 23 złote za godzinę brutto, ale 18. To wciąż więcej niż w hipermarkecie, więc pewnie niedługo tam wrócę. I będę dorabiać w magazynie w Baranowie - mówi. Przekonuje, że stawki dla kucharzy poleciały na łeb na szyję, a ludzie biją się o pracę w gastronomii. - Kiedyś oczekiwałem 25 złotych za godzinę, teraz jakby pracodawca to usłyszał, popukałby się w głowę. Pod względem warunków finansowych cofnęliśmy się o siedem, dziesięć lat - mówi.

Z kiosku do Niemiec

Dla 38-letniej Justyny znalezienie pracy w nowej branży nie jest szczególnym wyzwaniem. Z wykształcenia jest historyczką sztuki, ale w swoim życiu pracowała już jako korepetytorka, przedszkolanka, copywriterka, PR-owiec, publikowała w magazynach o designie, handlowała dziełami sztuki. Nie byłaby w stanie pracować tylko w korporacji. Jak mówi, jej marzeniem jest zostać znaną poetką i pisarką. - Dla mnie ważniejsze niż pięcie się po szczeblach kariery jest doświadczanie czegoś nowego, jako pisarka inspirację czerpię z życia, nie utożsamiam się z pracą, którą wykonuję - dodaje.

Jest singielką, ma na utrzymaniu nie tylko mieszkanie, ale również pracownię malarską, nie może pozwolić sobie na dłuższe przerwy w zarabianiu pieniędzy. - Zawsze szukam lepiej płatnej pracy, ale w wielu instytucjach proces rekrutacyjny trwa długo - kilka tygodni, a czasem i dłużej - więc jeśli potrzebuję czegoś "na już", to znajduję pracę dorywczą - opowiada.

Pracowała w przedszkolu, ale pod koniec ubiegłego roku jej stanowisko zostało zlikwidowane. - Przechodziłam któregoś dnia obok sex shopu i zobaczyłam, że szukają sprzedawczyni. Weszłam do środka, porozmawiałam, spodobałam się i zatrudnili mnie. Bardzo dużo nauczyłam się w tej pracy. Na przykład tego, że są tabletki, które opóźniają wytrysk! Albo że istnieje coś takiego jak viagra dla kobiet! - opowiada Justyna. Niestety, między nią i szefową nie zaiskrzyło i po kilku tygodniach podziękowano jej za współpracę. - Pochodziłyśmy z dwóch różnych światów, uważała, że jestem oderwana od rzeczywistości - tłumaczy swoje zwolnienie Justyna.

Justyna pracowała jako przedszkolanka, copywriterka, sprzedawczyni w sex shopie, w kiosku. W czasie pandemii zaczęła pracę jako opiekunka osób starszych w Niemczech (fot: Shutterstock.com)
Justyna pracowała jako przedszkolanka, copywriterka, sprzedawczyni w sex shopie, w kiosku. W czasie pandemii zaczęła pracę jako opiekunka osób starszych w Niemczech (fot: Shutterstock.com)

Tuż przed pandemią udało się jej znaleźć inne zajęcie. - Przeglądałam oferty, nagle widzę: praca w kiosku, do końca maja. Pomyślałam: nie najgorzej. To było przyjemne, mało wymagające zajęcie, klientów niewielu, przez dużą część czasu po prostu czytałam sobie książki. Ale nie planowałam tam zostawać zbyt długo, w międzyczasie szukałam więc czegoś innego. Dostałam ciekawą ofertę pracy w antykwariacie, ale gdy wybuchła pandemia, rekrutacja została wstrzymana do odwołania. Podobnie było w wydawnictwach, do których aplikowałam. Liczba ciekawych ogłoszeń malała w tempie błyskawicznym. Zostały te z budowlanki albo marketów. Był już maj, więc poczułam się przyparta do ściany.

Jej uwagę przykuło ogłoszenie o pracę dla opiekunek osób starszych w Niemczech. - Zgłosiłam się. I teraz jestem w Niemczech - mówi. Ma podpisany kontrakt na półtora miesiąca. W tym czasie zarobi kilkanaście tysięcy złotych. Potem chce wrócić do Polski i skupić się na pisaniu powieści.

- Nie miałabym problemu chwycić za mopa i posprzątać u kogoś, rączka mi nie odpadnie. Praca służy utrzymaniu. Niestety, w Polsce nie ma atrakcyjnych programów stypendialnych dla artystów, a trudno się utrzymać z pisania - mówi Justyna. - Bardzo nie podoba mi się też gardzenie ludźmi, którzy pracują na kasie albo w fast foodzie. A to są często inteligentne, wykształcone osoby. Może nie mają takiej siły przebicia, żeby od razu osiągać sukces, a może nie interesuje ich robienie kariery i wolą przepracować osiem godzin w markecie, mieć spokój, a po godzinach pisać bloga lub robić inne ciekawe rzeczy.

Praca fizyczna mi nie uwłacza

Dla Adama zmiana pracy z kreatywnej na fizyczną była szokiem, ale, jak mówi jego żona, sprawiła, że ozdrowiał. Przez 20 lat pracował jako grafik, nie wyobrażał sobie, że mógłby i potrafiłby robić cokolwiek innego. - Gdy wybuchła pandemia, skończyły się zlecenia. Miałem podpisane kontrakty z kilkoma dużymi firmami, ale i stamtąd przestało cokolwiek przychodzić. Zacząłem szukać pracy. Przeszedłem trzy etapy rekrutacji w jednej firmie, mieli zatrudnić dwóch grafików, ale po wybuchu pandemii uznali, że są w stanie zatrudnić tylko jednego. Nie padło na mnie - opowiada.

Adam nie miał żadnych oszczędności, które pozwoliłyby mu przeczekać miesiąc, dwa, trzy, aż epidemia minie. - Pomyślałem sobie: mam dwie ręce, dwie nogi, jestem sprawny, mogę nawet iść pracować do sklepu. Popytałem znajomych i jeden z nich załatwił mi robotę w firmie zajmującej się budową specjalistycznego sprzętu, między innymi chłodni. Praca była w Gdańsku, a ja mieszkałem z żoną w Poznaniu. Firma zapewniała zakwaterowanie, dietę, więc zdecydowałem się pojechać - opowiada.

Jak mówi Adam, w nowej pracy odżył. - Zawsze lubiłem coś w domu budować, traktowałem to jako hobby, i teraz okazało się, że mogę to robić w pracy i że sprawia mi to dużą przyjemność. Nie pracuję też sam, ale z innymi ludźmi, co także jest ogromną zmianą. Przestał mnie boleć kręgosłup od ciągłego siedzenia przez komputerem, pozbyłem się bólu nadgarstka od rysowania, mam więcej energii. Po pracy chodzę nad morze albo na Starówkę, żona odwiedza mnie w weekendy, bo sama chce spędzić trochę czasu na Wybrzeżu. A praca fizyczna w żaden sposób mi nie uwłacza. Wymaga dużo precyzji, trzeba przy niej sporo myśleć - opowiada. Nie wie, czy wróci do pracy jako grafik. - W Gdańsku mam umowę do września, tyle trwa projekt, do którego zostałem przypisany. A co dalej? Zobaczymy.

Pandemia, czyli zmiana

Dla Marcina, Ani i Wojciecha sytuacja, jaką na rynku wywołała pandemia, stała się szansą na przekucie pasji w biznes, co do tej pory, z powodu braku czasu, ciągle odkładali na później.

Marcin do połowy maja pracował jako planista materiałowy dla dużej korporacji. Zamawiał konstrukcje stalowe do budowy maszyn przeładunkowych do portów. Gdy został zwolniony z powodu pandemii, postanowił poświęcić się całkowicie swojej pasji - fotografii ślubnej. - Zbierałem się do tego od ośmiu miesięcy, ale korporacyjne życie mnie hamowało. W końcu czuję, że mam czas i wolność, żeby zająć się fotografią. Daję sobie czas do końca sierpnia, zobaczę, czy jestem w stanie zebrać odpowiednią liczbę zleceń i zacząć się z tego utrzymywać - mówi.

Ania od prawie pięciu lat zajmowała się stylizacją paznokci, pracowała w jednym z dużych salonów kosmetycznych w Warszawie. Gdy wybuchła pandemia, z dnia na dzień usłyszała, że na razie do pracy ma nie wracać. Postanowiła poświęcić się pisaniu. - Już na początku roku zaczęłam się uczyć redakcji i korekty tekstów. W czasie pandemii miałam czas na rozwinięcie tych umiejętności. Wykupiłam kilkumiesięczny kurs online, który nauczył mnie pracy z tekstem. Miałam w końcu czas na poczytanie książek i poradników rozwojowych, które z kolei pomogły mi znaleźć pomysł na siebie - opowiada. Ania, jak twierdzi, otrzymuje już dużo zleceń i planuje założyć działalność gospodarczą. - Bałam się porzucić etat i pracę, którą naprawdę lubiłam, i miejsce, do którego się przywiązałam. Pandemia zrobiła to za mnie. Nie byłabym jednak w stanie wykonać tego kroku, gdyby nie wsparcie finansowe narzeczonego - opowiada.

Dla niektórych pandemia była szansą na przekucie pasji w biznes (fot: Shutterstock.com)
Dla niektórych pandemia była szansą na przekucie pasji w biznes (fot: Shutterstock.com)

Wojciech przez 3,5 roku pracował jako konsultant dla dużej korporacji. Dowiedział się, że jego umowa będzie obowiązywać do końca czerwca. - Jakiś czas temu zacząłem robić hobbystycznie meble, na początku tylko dla córki, w weekendy, kiedy miałem czas. Pomyślałem, że mógłbym spróbować zacząć je sprzedawać. Liczba zamówień przekroczyła przewidywania. Od lipca zaczynam więc przygodę jako stolarz na pełen etat - opowiada.

Ewa Jankowska. Dziennikarka magazynu Weekend.Gazeta.pl, była redaktor naczelna serwisu Metrowarszawa.pl. Wcześniej pracowała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała w serwisie Ksiazki.wp.pl, magazynie Vice.com. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. 

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Więcej o: