Marcin Kącki: Siedzieliśmy w jacuzzi, Marcin zapytał, jak się czuję. Odpowiedziałem, że jak esesman na urlopie

Ewa Jankowska
- Oświęcim to symbol naszej trudnej historii, tego jak bardzo nie wyleczyliśmy się z narodowych kompleksów, jak bardzo nie potrafimy pójść do przodu i normalnie żyć - mówi Marcin Kącki, autor książki "Oświęcim. Czarna zima".

Rozmawiam z Marcinem Kąckim w aplikacji Zoom, na ścianie w jego mieszkaniu dostrzegam fragment obrazu z napisem "Żydy".

To pamiątka z Oświęcimia?

Nie, z Białegostoku.

Marcin podnosi ekran laptopa, obraz przedstawia świętą Maryję, Józefa i Jezusa.

Obraz ma świetną historię. Namalował go Stasiu Żywolewski, prymitywista, z wykształcenia rzeźnik. Pokazał go kilka lat temu na wystawie w Hajnówce. Jakieś małżeństwo, które przyszło na wystawę, powiedziało mu, że obraz obraża ich uczucia religijne, więc kazano mu go zabrać. Potem obraz ponoć wykupił jakiś ksiądz i zamknął pod kluczem, a Stasiu namalował wersję z blond włosami i niebieskimi oczami i dał mi ją w prezencie. Wiedząc, że będę się nim przechwalał przed "prawdziwymi Polakami", napisał z tyłu, że obraz nie ma nic wspólnego z polskim antysemityzmem.

Mam sporo pamiątek po moich książkach, ale przede wszystkim mnóstwo wspomnień, także towarzyskich.

Z Oświęcimia przywiozłem magnes na lodówkę z napisem "Welcome to Oświęcim". Kupiłem go w jakimś sklepiku w mieście. A na terenie Muzeum można kupić różne inne pamiątki: książki, koszulki albo zamówić w restauracji w Muzeum pierogi - niestety, najgorsze, jakie jadłem i piekielnie drogie.

Sklep z pamiątkami nieopodal Muzeum Auschwitz-Birkenau (fot: Marcin Kącki)
Sklep z pamiątkami nieopodal Muzeum Auschwitz-Birkenau (fot: Marcin Kącki)

Ale nikt tam nie przyjeżdża na pierogi. Turyści chcą zobaczyć miejsce, które stało się światowym symbolem Zagłady. W kategoriach turystycznych to, niestety, pewna marka ludzkiego okrucieństwa.

Żadnej marki nie ma miasto Oświęcim, które żyje w cieniu obozu.

Z tych dwóch milionów turystów do miasta zjeżdża zaledwie kilka tysięcy. U większości zwiedzanie powoduje odruch ucieczki, skala okrucieństwa jest tak duża, że ludziom mija ochota na to, żeby potem iść do miasta na obiad, piwo, zostać tam na noc.

Problem w tym, że wielu nie wie, że jest taka możliwość.

Przeciętny turysta wsiada do autokaru w Krakowie, wysiada przy obozie, gdzie spędza kilka godzin i wraca do Krakowa. Nie ma pojęcia, że kilkaset metrów dalej jest 800-letnie miasto, w którym do dziś istnieją dawne zakłady hitlerowskie, że w XIX wieku miasto było centrum przemytniczym ludzi, że w latach 80. XX wieku był tu pogrom Romów - a wydawałoby się, że to ostatnie miejsce, gdzie mogłoby dojść do takich zachowań. Że jest tu przepiękny rynek, fantastyczne Centrum Żydowskie prowadzone przez miejscowych i fundatorów z USA. Jest nawet hotel Hilton, o którego powstanie walczył architekt Marcin Susuł, człowiek niesamowicie zdeterminowany, który głęboko wierzy, że miasto ma duży potencjał.

Wiele osób nie wiem, że Oświęcim to 800-letnie miasto, dawny sztetl (fot: Jakub Porzycki/ Agencja Gazeta)
Wiele osób nie wiem, że Oświęcim to 800-letnie miasto, dawny sztetl (fot: Jakub Porzycki/ Agencja Gazeta)

Wiedziała pani, że Oświęcim to w połowie miasto żydowskie, które kiedyś nazywało się Oszpicin?

Nie. Długo myślałam, że w Oświęcimiu nie ma nic poza obozem.

Ja też o tym nie wiedziałem. Pierwszy raz w Oświęcimiu byłem jako dzieciak, w ramach szkolnej wycieczki, ale niewiele z niej pamiętam, tyle że było szaro i brzydko. Drugi raz, żeby promować moją książkę "Białystok". Szedłem pięknie ukwieconym rynkiem, bulwarami nad rzeką Sołą i łapałem się za głowę. Jak to możliwe, że ja nic o tym mieście nie wiem? Jak kolejnego dnia poszedłem na spotkanie do wydawnictwa Znak w Krakowie, to powiedziałem: Nie mam pojęcia, jaki macie pomysł na kolejną książkę, ale ja mam lepszy - Oświęcim. Po krótkiej dyskusji z Ewką Bolińską ze Znaku uznaliśmy, że to rzeczywiście dziwne, że nikt nie podjął się próby głębszego opisania miasta. Nawet krakowianie niewiele o nim wiedzą, mimo że mieszkają 40 kilometrów dalej.

Miasto chciałoby się promować, ale na każdym kroku napotyka jakąś przeszkodę.

Rzecznik prasowy Urzędu Miasta w Oświęcimiu chciał umieścić informację o mieście w gazetkach rozdawanych pasażerom w samolotach tanich linii lotniczych. Ale zaprotestowała jedna z organizacji żydowskich, bo jej zdaniem trudno pogodzić miejsce kaźni z rozrywką. Albo zgłosił się do miasta producent zapałek, żeby Oświęcim się na nich reklamował. Jakie hasło reklamowe można by wymyślić - "Oświęcim. Rozpalimy was"? Na cokolwiek byśmy nie wpadli, brzmiałoby to jak szyderstwo z Holokaustu. Niestety, Oświęcim wpisany jest w kontekst historyczny, jak pieczątka odbija najgorszą symbolikę, dlatego trudno znaleźć w takim przekazie balans między historią śmierci a potrzebą życia.

Droga do Brzezinki z reklamami lokalnych firm (fot: Marcin Kącki)
Droga do Brzezinki z reklamami lokalnych firm (fot: Marcin Kącki)

To powoduje, że wszędzie zderzamy się z ironią. Gdy z obozu idziemy ulicą Ostatni Etap, gdy mijamy tabliczkę "Zły pies" czy kiosk, na którym wisi ogłoszenie handlowe "Najlepsza chemia z Niemiec".

Gdy siedzieliśmy z Marcinem Susułem, architektem, w jacuzzi na dachu hotelu Hilton, w pewnym momencie on - przekonany, że stawiając ten hotel, udało mu się odczarować Oświęcim - spytał mnie, jak się czuję. Trzymałem drinka w dłoni, zobaczyłem daleko w tle majaczące Muzeum i odpowiedziałem, że jak esesman na urlopie. I  zdałem sobie sprawę, że jest mi po prostu wstyd za to, że mam w głowie tylko jakiś prosty przekaz na poziomie kiczowatego memu. Że szukam ironii, tej tragicznej, że nie potrafię wyskoczyć z tego kodu. A potem zacząłem rozmawiać ze znajomymi z Polski i okazało się, że mają tak samo.

Czy to w ogóle możliwe, żeby z tego kodu wyskoczyć?

Muzeum zrobiło jakiś czas temu ukłon w stronę miasta i zmieniło nazwę z Muzeum Oświęcim-Brzezinka na Auschwitz-Birkenau, żeby oddzielić miasto od obozu. To było ważne, bo Oświęcim wiele omija, jakby rozdziały jego trwania zostały napisane podczas wojny i innych nie będzie.

Gdy grupa niemieckich przedsiębiorców chciała tam zainwestować w kotły energetyczne, ale gdy przyjechali na miejsce i zdali sobie sprawę, że Oświęcim to Auschwitz, od razu wycofali się z inwestycji, bo uznali, że to wizerunkowy samobój.

Most nad Sołą w Oświęcimiu (fot: Marcin Kącki)
Most nad Sołą w Oświęcimiu (fot: Marcin Kącki)

To nie jedyny inwestor, który się z tego powodu wycofał.

Niestety miastu nie udawało się po wojnie wpaść na pomysł, co zrobić, by symbolicznie oddzielić się od muzeum, żeby Auschwitz nie było wrogiem dla Oświęcimia, a Oświęcim wrogiem dla Auschwitz. By miasto mogło się rozwijać na normalnych warunkach, by mieszkańcy mogli normalnie żyć, jednocześnie by uszanować miejsce pamięci.

Bo oprócz tego, że Oświęcim jest miejscem pamięci, jest po prostu zwykłym miastem.

Gdzie żyją zwykli ludzie. Jedni znają lepiej historię miasta, inni gorzej, są nawet tacy, co nigdy w obozie nie byli. Ale to jak z Sopotem, gdzie pewnie są tacy, którzy nigdy nie kąpali się w morzu. Wszyscy ci ludzie mają problemy jak mieszkańcy innych miast - chcą oddychać świeżym powietrzem, zakładać rodzinę, główkują, jak przyciągnąć turystów i inwestorów do miasta, rozwijać własny biznes, zastanawiają się, dlaczego ceny idą w górę, dlaczego młodzi z miasta uciekają.

Coś jednak ich różni od mieszkańców innych miast.

Zwłaszcza tych, którzy mieszkają w muzeum - gdy zobaczyłem w oknie jednego z budynków poobozowych firanki i kwiaty, pomyślałem, że to jakiś dowcip. Potem okazało się, że na terenie obozu mieszka kilkadziesiąt osób. Część z nich niechętnie wychodzi do miasta, bo obóz jest całym ich życiem, niektórzy w obozie pracują.

Widok z okna jednej z mieszkanek muzeum Auschwitz-Birkenau na alejki muzeum (fot: Marcin Kącki)
Widok z okna jednej z mieszkanek muzeum Auschwitz-Birkenau na alejki muzeum (fot: Marcin Kącki)

My, wychodząc na ulicę, nie zastanawiamy się, czy właśnie nie depczemy po kościach rodziny żydowskiej, nie budzimy się każdego dnia z widokiem na krematoria, druty kolczaste i wieżyczki strażnicze, w których bawiliśmy się jako dzieci.

Nie mieszkamy, jak jedna z bohaterek, w willi po komendancie Rudolfie Hössie.

I nie boimy się zostawać sami w domu, nie boimy się zejść do piwnicy. 

Co innego spędzić w obozie trzy godziny, a potem wrócić do swojego mieszkania na Ursynowie i pójść na spacer z psem do pobliskiego parku, a co innego mieszkać w obozie i podczas każdego spaceru z pupilem pilnować, żeby nie sikał na wspornik drutu kolczastego. Chociaż mieszkańcy muzeum akurat psów trzymać nie mogą, nawet z kotami jest problem.

I w końcu - nikt nam nie zabrania rozwieszać za oknem prania.

A mieszkańcy obozu oczywiście nie mogą, podobnie jak na osiedlu obok, bo zakazuje tego przepis o tzw. strefie ciszy - by nie naruszyć powagi miejsca.

Wokół każdego miejsca pamięci tworzy się martwa strefa, a muzeum Auschwitz-Birkenau jest ogromne w swojej symbolice i obszarze, ta strefa ma kilkaset metrów. Na tym terenie nie wolno handlować, nie wolno uprawiać żadnej formy rozrywki, sportu. To wywołuje gniew i frustrację mieszkańców. Wielu z nich ma dość martyrologii, chcą iść do przodu, zostawić historię za sobą, móc rozwiesić to cholerne pranie za oknem. Ale nie mogą, bo nie znaleziono balansu między symbolem a życiem.

Konflikt, który się rodzi, skutkuje między innymi tym, że wzmagają się postawy antysemickie, padają spiskowe oskarżenia, które znamy z wypowiedzi polityków, że muzeum to "biznes holokaust".

Ten konflikt tak naprawdę sięga końca lat 40.

Kiedy to byli więźniowie Auschwitz-Birkenau wrócili do obozu w Brzezince i w Oświęcimiu, żeby bronić go między innymi przed mieszkańcami okolicznych wsi, którzy chcieli odzyskać swoje domy. Baraki obozowe w Brzezince były przecież budowane z materiałów pochodzących z budynków zamieszkanych przed wojną przez Polaków. Po wojnie Polacy na terenie obozu znajdowali swoje drzwi, okna, niekiedy całe ściany.

Marcin Kącki w trakcie prac rozbiórkowych domu, który został po wojnie zbudowany z baraków obozowych (fot: Marcin Kącki)
Marcin Kącki w trakcie prac rozbiórkowych domu, który został po wojnie zbudowany z baraków obozowych (fot: Marcin Kącki)

Potem zaczęła się dyskusja, kogo należy potępić, a komu oddać cześć.

W zależności od sytuacji politycznej nawet statystyki ofiar obozu się zmieniały. Przez wiele lat PRL-u podkreślano, że w obozie ginęli Polacy, a tak naprawdę dopiero w latach 90. jasno powiedziano, że Auschwitz-Birkenau był przede wszystkim obozem zagłady Żydów.

Muzeum, odkąd powstało, padało ofiarą polityki, a w zależności od tego, kto akurat był u władzy, zmieniała się narracja wokół pamięci. Najpierw winni byli Niemcy, ale gdy powstało NRD, wyciszono ten wątek. Pytano w dyskusjach w latach 50., czy jest sens trzymać te relikty, czy lepiej to wszystko zaorać i zbudować obelisk albo postawić szkołę. Ale przeważył pogląd, że ślady takiego okrucieństwa lepiej zachować, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie wątpił. I miano rację.

Kolejnym problemem było ustalenie granic muzeum. Dochodziło do sytuacji, że mieszkańcy stawiali gdzieś kiosk, a chwilę potem musieli go usuwać, bo okazało się, że mieści się w strefie muzeum. Albo otwierali lokal gastronomiczny, gdzie sprzedawali alkohol, ale kiedy weszły nowe przepisy o strefie ochrony i zakazano sprzedaży alkoholu, musieli lokal zamknąć. Zdaje się, że dopiero architektom z Krakowa, Janinie i Markowi Raweckim, udało się wszystko uporządkować. Były to już lata 90.

Ale też natrafili na opór mieszkańców Brzezinki, którzy obawiali się, że znów ktoś będzie wyburzał im domy, i musieli przerwać prace. Potem zabrakło pieniędzy. Do dziś jest to problem.

Bo pieniędzy wciąż brakuje, nie tylko na uporządkowanie tej sprawy.

Rząd wspiera finansowo Oświęcim i Brzezinkę, ale te środki są niewystarczające. W tej chwili nie ma pieniędzy nawet na kanalizację w Brzezince, dzięki której w mieście przestałoby w końcu nieprzyjemnie pachnieć. A jest tak, bo niektórzy wylewają szambo do okolicznych rowów. Turyści, którzy oglądają baraki obozowe, muszą często zatykać nosy.

Nie ma pieniędzy na konserwację artefaktów muzealnych. Te, można powiedzieć, walają się po całym mieście.

To raczej wina historii i skali okrucieństwa. Ludzie tam ginęli wszędzie. Człowiek, idąc po łące, potyka się o protezę nogi kogoś, kto został zagazowany w krematorium. Albo wchodzi do kogoś do piwnicy i siada na stołku, na którym powieszono Rudolfa Hössa. Fizyczny kontakt z tymi artefaktami wywoływał we mnie bardzo dziwne doznania. A i tak podczas pracy nad książką było ich niemało.

Co jeszcze było dziwne, zaskakujące?

To, że Marsz Żywych, będący kultem życia, a nie śmierci, na który co roku zjeżdża się młodzież żydowska z całego świata, żeby śpiewać i tańczyć, jest wydarzeniem przez mieszkańców niezbyt lubianym, bo dezorganizuje ruch w mieście. To, że w Oświęcimiu, w miejscowym kebabie, w biały dzień, pobity przez polskiego antysemitę zostaje Austriak, który przyjechał do muzeum pracować jako wolontariusz.

Marsz Żywych (fot: Jakub Porzycki/ Agencja Gazeta)
Marsz Żywych (fot: Jakub Porzycki/ Agencja Gazeta)

W Oświęcimiu występuje to, co w innych miejscach o charakterze martyrologicznym, - brak pewnego porozumienia na szczeblu ludzkim, społecznym, politycznym. To także symbol naszej trudnej historii, tego, jak bardzo nie wyleczyliśmy się z narodowych kompleksów, jak bardzo nie potrafimy pójść do przodu i zacząć normalnie żyć.

Czy tę, cytując austriackiego cesarza Józefa II, przeklętą oświęcimską ziemię da się kiedyś odczarować, znaleźć ten balans?

Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Może jest tak, jak pisali różni publicyści, że to, co się tam wydarzyło, jest zbyt szokujące i przytłaczające, żeby przejść nad tym do porządku dziennego. Z drugiej strony są na świecie miasta, gdzie również doszło do niewyobrażalnej tragedii, a którym udało się pójść do przodu. Coś pani pokażę.

Marcin Kącki przesyła mi zdjęcie nowoczesnego miasta nad rzeką.

Co to za miasto?

Nie mam pojęcia. Wygląda trochę jak "małe Tokio".

Hiroszima. A słysząc "Hiroszima", raczej spodziewamy się zobaczyć zdjęcie gruzów albo wielkiej jamy po wybuchu bomby. Tymczasem widzimy piękne ogrody, wysokie budynki, dynamiczne, tętniące życiem miasto. Oświęcim też próbuje się wznieść ponad zagładę, ale jednocześnie dzieje się tam coś, co sprawia, że miasto po godzinie 16 zamiera.

Może pana książka pomoże Oświęcimiowi?

To zależy od mieszkańców i włodarzy, co z nią zrobią. Włodarze Białegostoku poczuli się urażeni moją książką, uznali, że kreuje negatywny wizerunek miasta. Problem z samorządowcami jest taki, że tworzą dla miast jakieś wymyślone hasła, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Pojawia się nowy prezydent, budzi się w poniedziałek rano i stwierdza: od dzisiaj nasze miasto będzie "miejscem wielu kultur". Nieważne, że mieszkaniec pochodzenia hinduskiego dostał po mordzie, a rodzinie uchodźców spalono mieszkanie, ważne, że na plakacie jest napisane, że żyjemy w wielokulturowym mieście.

Żeby dobrze promować miasto, trzeba położyć nacisk na jego prawdziwe walory, a nie wymyślone przy biurku przez marketingowców. W przeciwnym razie powstawać będą kłamliwe hasła na plakatach, które wystarczy, że odrobinę naderwiemy, a zobaczymy symbol swastyki.

Jakie hasło wymyśliłby pan dla Oświęcimia?

Ma hasło: "Miasto Pokoju", i to jest dobre hasło, bo dzieje się tam w tym kierunku mnóstwo inicjatyw, jak choćby w Centrum Dialogu. Pytanie, czy to hasło będzie żywe.

Marcin Kącki, 'Oświęcim. Czarna zima', Wydawnictwo Znak (fot: materiały prasowe)
Marcin Kącki, 'Oświęcim. Czarna zima', Wydawnictwo Znak (fot: materiały prasowe)

Marcin Kącki. Dziennikarz "Gazety Wyborczej", reporter "Dużego Formatu" Zajmuje się dziennikarstwem śledczym, społecznym i historycznym. Jeden z najbardziej utytułowanych reporterów w Polsce. Zdobywca licznych nagród. Siedmiokrotnie nominowany do nagrody Grand Press w kategorii "Dziennikarstwo śledcze, news i reportaż". Autor książek "Lepperiada" i "Maestro. Historia milczenia". W 2016 roku nominowany do Nagrody Literackiej Nike za książkę "Białystok. Biała siła, czarna pamięć".

Ewa Jankowska. Dziennikarka magazynu Weekend.Gazeta.pl, była redaktor naczelna serwisu Metrowarszawa.pl. Wcześniej pracowała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała w serwisie Ksiazki.wp.pl, magazynie Vice.com. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. 

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Więcej o: