"Gangsterzy - tacy jak Massimo - to osobowości psychopatyczne, chcą niszczyć, kraść, a nie kochać"

Dlaczego Polki fascynuje świat seksualnych fantazji kreowany przez Blankę Lipińską i E.L. James? Seksuolog Andrzej Gryżewski mówi, że powodów jest kilka.

Widział już pan ten film?

Na ekranizacji "356 dni" byłem w kinie w dniu premiery. Seanse ustawiono co 30 minut.

Jak odjazdy pociągów podmiejskich!

Liczyłem, że na moim późnowieczornym seansie zapełniona będzie jedna trzecia sali, a był prawie komplet widzów. Kobiety stanowiły 60 procent widzów, 30 procent - geje w grupkach po kilku panów, a 10 procent było mężczyzn heteroseksualnych w roli osób towarzyszących partnerkom.

Pewnie bardziej niż film ciekawiły pana reakcje widzów. Jakie one były?

Na widok półnagiego głównego bohatera panie piszczały jak pensjonariuszki. Geje także aż się z foteli wychylali w tych momentach. Sceny seksu wywoływały chichot z zażenowania. Dokładnie taki sam, jaki słyszę na początku spotkań edukacji seksualnej z młodzieżą w liceach.

Co ciekawe - w kraju, w którym nie czyta się książek, trylogia Blanki Lipińskiej sprzedała się w nakładzie przekraczającym pół miliona egzemplarzy. Pierwsza część to właśnie sfilmowane "365 dni". Dlaczego te książki są tak popularne?

Kluczowy jest temat, który krążył wokół seksu. Sukces tych pozycji jest papierkiem lakmusowym pruderii i zaściankowości naszego społeczeństwa oraz wynikiem tabuizacji seksu. Seks w Polsce jest ciągle tematem trudnym i zawstydzającym.

Myśli pan, że to seks przyciąga do "365 dni" jak magnes? A może jednak fabuła? Dla mnie to fantazja erotyczna - bajka dla dorosłych. Jest zamek, jest baszta, w której więziona jest Laura, główna bohaterka, są rącze rumaki w postaci drogich samochodów, jest i książę, który bierze, co chce.

Zupełnie jak w "50 twarzach Greya", który jest pikantną bajką o współczesnym Kopciuszku. Tam potentat finansowy, posiadacz helikoptera, zostawia swoje imperium, żeby całą uwagę poświęcić szarej myszce. Laura - bohaterka "365 dni" - szara akurat nie jest, co stanowi ukłon Blanki Lipińskiej zarówno w stronę kobiet, jak i mężczyzn.

.
Fot. NextFilm

Dlaczego ukłon?

Bo wielu mężczyzn, którzy przychodzą do mnie do gabinetu, mówi, że tęskni za silną, drapieżną kobietą, która będzie potrafiła się im postawić. Zwłaszcza panowie, którzy mają władzę i pieniądze, jak Massimo czy Christian Grey.

Ale aż tak zamożnych jest pewnie niewielu.

Kiedy wyszedłem z kina, to miałem silne poczucie, że ten film daje kobietom nadzieję, a mężczyzn pozbawia złudzeń. Niektóre po seansie będą fantazjować, że na ich drodze może stanąć taki Massimo, wystarczy, że będą mieć zadbane, atrakcyjne ciało i trochę pazura, charakteru.

Panów "365 dni" pozbawia złudzeń, bo nawet nie procent, a promil mężczyzn osiągnie status zbliżony do tego, który mają Massimo czy Grey. Odrzutowiec, helikopter, koneksje, ludzie od wszystkiego, a do tego wyrzeźbione ciało. Garstka mężczyzn trafi na szczyt. A z kina większość wyjdzie z przekonaniem, że o takich właśnie mężczyznach kobiety marzą i tego wszystkiego potrzebują do szczęścia.

W pierwszy weekend wyświetlania "365 dni" sprzedano prawie 454 tysiące biletów. Ekranizacja "50 twarzy Greya" miała w Polsce drugi najlepszy pod względem sprzedanych miejsc weekend otwarcia. Na film poszło ponad 800 tysięcy osób. Lepszy był tylko "Kler" z ponad 900 tysiącami widzów. Film "50 twarzy Greya" świetnie oglądał się w Polsce i największy sukces w ogóle odniósł w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Co to o nas mówi? Niemek, Francuzek, Szwedek erotyka aż tak bardzo nie porywa, nie kupują tej fantazji?

Być może chodzi o kontekst. Gdyby wkroczył teraz do mojego gabinetu piękny nagi mężczyzna, to mógłby podziałać na pani zmysły. Ten sam mężczyzna na plaży w Hiszpanii w otoczeniu innych pięknych mężczyzn mógłby nie zrobić na pani wrażenia. Polska jest krajem, w którym pojawienie się atrakcyjnego obiektu - w tym wypadku filmu z dużą dawką  erotyzmu - robi dużo szumu.

Z badań TNS OBOB przeprowadzonych we współpracy z Instytutem Matki i Dziecka wynika, że 80 procent Polek nie akceptuje swojego ciała. A w "365 dniach" mamy mężczyznę, który ciałem kobiety się zachwyca i pożąda go, chociaż widział je tylko w swojej wizji, kiedy został postrzelony, i później przelotem przez sekundę na lotnisku. Nie zatrzymuje się nad charakterem i intelektem Laury, tylko nad cielesnością. Kobiety mogą, czytając książkę i oglądając film, poczuć nadzieję, że ktoś może się zachwycić ich ciałem.

W filmie dużo jest scen, w których główny bohater prezentuje nagi tors. Z badań Helen Fisher opisanych w "Anatomii miłości" wynika, że z męskiego ciała dla kobiet częścią najbardziej podniecającą jest płaski, umięśniony brzuch. Na brzuchu najtrudniej zgubić tłuszcz, mężczyzna, który może się pochwalić "kaloryferem", jest więc postrzegany jako aktywny, będący ciągle w ruchu, dynamiczny.

W przypadku "365 dni" elementem, który od lat 70., działa jak magnes na kobiety i został wykorzystany w fabule, jest mit o cudzoziemskim kochanku. Dotyczy to zwłaszcza Włochów, którzy wzbudzają pożądanie i mają być niby genialni w sypialni. To pokłosie czasu, gdy kwitł handel z krajami basenu śródziemnomorskiego i popularne były przeboje Ala Bano i Rominy Power. Słyszę w gabinecie opowieści o kochankach z Hiszpanii czy właśnie z Włoch, i one tylko częściowo pokrywają się z legendą. Z tego, co mówią panie, bardziej na kobiecą otwartość działa klimat tych krajów i mniejsza pruderyjność ich mieszkańców niż erotyczne umiejętności lokalnych mężczyzn.

.
Fot. NextFilm

Jest pan współautorem książki "Macho, instrukcja obsługi", która nie pozostawia złudzeń: gangsterzy, a jest nim też Massimo, to raczej miłości w sercu za wiele nie mają. Jego słowa: "zakochaj się we mnie" nijak nie pasuje mi do życia emocjonalnego prawdziwych gangusów z pana książki.

To kolejny element, który tak pięknie rezonuje w kobietach, które przeczytały książki Blanki Lipińskiej czy obejrzały film. One doszukują się u macho głęboko skrywanego drugiego dna. Mam klientki po doświadczeniu przemocy domowej, wychodzące ze związków z alkoholikami i narkomanami. I ciągle łudzą się, że ich partnerzy są dobrzy, tylko pogubieni, a one swoją miłością ich wybawią i uleczą. A Massimo jest brutalnym gangsterem, który sam wychodzi z potrzebą bycia pokochanym. Prawda jest taka, że gangsterzy zazwyczaj mają osobowość psychopatyczną, chcą niszczyć, zabijać, kraść, działać nielegalnie. Jeśli okazują emocje, to nie dlatego, że czują miłość, tylko potrafią ją doskonale zagrać.

I nie mają ciepła na dnie serduszek?

Raczej nie. Ewentualnie dokopują się do niego po dwóch latach terapii, o ile oczywiście nie mają osobowości psychopatycznej. W realnym świecie czuły Massimo nie istnieje.

Blanka Lipińska mówi, że wszystkie postaci z książki istnieją.

To być może Blanka Lipińska tak odbierała jakiegoś mężczyznę, bo dorobiła sobie teorię, że prawdziwy "Massimo" ma uczucia. Kobiety w Polsce chcą wierzyć, że są w stanie uleczyć badboyów miłością. I cierpią, żyjąc z przemocowcami, alkoholikami, narkomanami.  

Tyle że Laura, czyli główna bohaterka, to kobieta z charakterem, zadziorna, ostra sztuka, potrafiąca rzucić się z rękami na partnera i powiedzieć mu: "Spierd*laj". Podobnie grubą kreską rysowane kobiety widuje się w reality show typu "Warsaw Shore" czy "Projekt Lady". Zresztą Blanka Lipińska pracowała jako menadżerka w klubach nocnych i jako promotorka przy KSW, musiała na co dzień spotykać się z takimi kobietami - wyzwolonymi, biorącymi, co chcą. Może współczesne kobiety takie właśnie są? Może czytelniczki dlatego się z Laurą identyfikują, bo odnajdują w niej siebie?

One takie chcą być, ale nie są. Laura jest drapieżnym i bezczelnym głosem, za którym wiele kobiet tęskni.

A mężczyźni?

W gabinecie dostrzegam pewną zależność - mężczyźni, którzy nie odnieśli dużego sukcesu, wolą kobiety czułe, ciepłe, wyrozumiałe. A moi pacjenci o ogromnych dochodach tęsknią za kobietą, która ma własne zdanie i będzie z nimi wojowała.

Niestety, zazwyczaj mają już żony, które są sympatyczne, miłe, podporządkowane i wielbią ich narcyzm. Po latach panowie mają dość czołobitności i chcą kobiety wyzwania. Jeden z moich klientów - niezwykle majętny i żonaty, ale gustujący w kochankach modelkach - ma romans z piękną i inteligentną kobietą, ale niewystarczająco pyskatą. Są razem dwa miesiące i on już jest tą relacją znudzony. Podnieca go stawianie przez kobietę granic, związek na krawędzi, ciągła walka.

Mam klientów koło czterdziestki, menadżerów zarabiających po kilkanaście tysięcy, którzy są na wylocie w małżeństwie i zgłaszają się do mnie, żeby dostać gotowy skrypt na przekazanie wiadomości żonie. Oni chcą jak najszybciej znaleźć nową, młodszą o dekadę i właśnie bardzo zadziorną partnerkę. Ci mężczyźni ścierają się w pracy i przenoszą potrzebę walki w sferę prywatną. Te relacje oparte są na konflikcie, a z uległą partnerką nie osiągną takich emocji.

A wracając do kobiet, które chcą być takie, jak Laura - w "Projekcie Lady" najbardziej pyskate dziewczyny w ten sposób przykrywają swoją delikatność. U kobiet taka ostrość to jest maska. U mężczyzn raczej przejaw psychopatii. Być może kobiety projektują swoje odczucia na mężczyzn: "skoro ja brutalnością się chronię, to mój brutalny partner także tak funkcjonuje". Na takim podejściu można się srogo przejechać.

Z najnowszego, walemtynkowego raportu agencji Y&Lovers "ALL YOU NEED IS... WHAT?" wynika, że "Milenialsi od początku znajomości chcą być zaskakiwani i adorowani, co przekłada się na dużą presję na partnera, który ma te atrakcje zapewniać". Ankietowane przedstawicielki pokolenia Y powiedziały: "Codzienność to śmierć dla miłości", "Lubię wszystko szalone, na spontanie, niezaplanowane". I taka jest relacja Massimo i Laury: ciągłe przeciąganie liny, skrajne uczucia, zwroty akcji, pokaz siły. Tam nie ma spokoju. Czy teraz ludzie funkcjonują w związku na takim nakręceniu? Czy o tym właśnie marzą?

Mój pacjent z tego powodu rozstał się z żoną, która codziennie domagała się zaskakiwania i fajerwerków. A jak ktoś pracujący od 8 do 20 ma zapewnić partnerce festiwal atrakcji? Dla milenialsów miłość ma być nie tylko szalona, ale pojawić się jak grom z jasnego nieba, a nie jako efekt randek i poznawania się. A najlepiej - i tego chciałyby panie - jeśli jest poprzedzona długotrwałym wcześniejszym skrytym podkochiwaniem się mężczyzny w kobiecie.

.
Fot. NextFilm

Czy pan jako seksuolog dostrzega realny wpływ "50 twarzy Greya" i "365 dni" na związki?

Pozytywny wpływ na kobiety jest taki, że po lekturze tych książek kobiety zaczęły przyglądać się swojej seksualności. Wiele rozbudziło się seksualnie. To dobrze. Gorzej, że pojawiła się w związku z tym masa oczekiwań wobec mężczyzn - często na dodatek niezwerbalizowanych. Kobiety chcą, żeby partner seks inicjował, a one będą w seksie responsywne. To zresztą domena Polek - nie inicjują seksu - a dla mężczyzn, gdy kobieta wychodzi z propozycją, jest bardzo podniecające, bo czują się pożądani - ale odpowiadają na inicjację partnera. Panie, nawet jeśli kochają uprawiać seks, mają ogromny opór i wdrukowaną barierę wstydu przed wyjściem z propozycją. Te książki utrwalają stereotyp mężczyzny, który inicjuje seks, i kobiety, która odpowiada podnieceniem.

"50 twarzy Greya" i "365 dni" sprawiają, że do oczekiwań seksualnych mężczyznom dorzuca się jeszcze oczekiwania finansowe, podnosi się poprzeczkę wobec ich wpływów, władzy. No i nie zapominajmy o oczekiwaniach dotyczących atrakcyjności. Laura mówi, że penisa Massimo wyrzeźbił diabeł. Jak, słysząc takie słowa, mają się czuć polscy mężczyźni, którzy mają kompleks małego członka? Imponujący organ to nie koniec. Mężczyzna ma być jeszcze seksualnym maratończykiem w ciągłej gotowości - kłaniają się tu sceny ostrego seksu z jachtu. I najlepiej, żeby był cudzoziemcem.

Mało tego. W filmie są sceny robienia zakupów. Tak się składa, że znam ceny ze sklepu, który jest tam pokazany. Normalnie uposażony facet musiałby odkładać co najmniej rok, żeby partnerka wyszła stamtąd obładowana torbami. "365 dni" może także podtrzymywać u mężczyzn przekonanie, że kobiety to interesowne materialistki. To wszystko może rodzić frustrację.

Ale główna bohaterka "50 twarzy Greya" nie jest materialistką, raczej gardzi bogactwem.

Po ekranizacji "50 twarzy Greya" kobiety przyprowadzały do mnie mężczyzn, zostawiały w gabinecie i mówiły: "Pan coś z nim zrobi". A oni siadali zalęknieni i mówili, że czują się  wykastrowani. Te książki i filmy mają różny wpływ na obydwie płcie.  Natomiast jeśli "365 dni" potraktujemy rekreacyjnie, jak filmy o Jamesie Bondzie, to Blanka Lipińska daje rozrywkę. Dla jednych będzie Zenonem Martyniukiem polskiej literatury, dla innych przyjemną odskocznią od szarówki dnia codziennego.  

Andrzej Gryżewski - seksuolog, psychoterapeuta poznawczo-behawioralny (CBT), psycholog, certyfikowany edukator seksualny. Autor bestsellerowej "Sztuki obsługi penisa", książek "Jak facet z facetem, rozmowy o seksualności i związkach gejowskich", "Macho, instrukcja obsługi" oraz nowej, napisanej z Katarzyną Miller - "Być parą i nie zwariować". Założyciel Gabinetu Psychoterapii Seksualnej CBTseksuolog.  

Ola Długołęcka - redaktorka, która inspirację do tematu potrafi znaleźć w podbitym niechcący oku. Czujnie obserwuje ludzi i przysłuchuje się ich rozmowom. Chodzący spokój i zorganizowanie. Wieloletnia wielbicielka Roberta Redforda.

Raport o różnicach w doświadczaniu i okazywaniu miłości pomiędzy pokoleniem "baby boomersów" (55-65 lat) i milenialsów (25-35) lat ZNAJDZIESZ TUTAJ >>

.
Fot. Next Film

Więcej o: