"Alkoholizm i bieda to są realne problemy. Tak samo jak niedostatek uwagi i troski"

Ewa Jankowska
- Mamy dziś dużo rodziców, którzy jeżdżą dobrymi samochodami, wakacje spędzają za granicą, zapewniają dzieciom dostęp do najlepszych szkół, a jednocześnie są ciągle przemęczeni, ich zdrowie szwankuje i nie mają czasu ani siły na budowanie relacji z dziećmi. A te z kolei nie mają nikogo, kto mógłby im pomóc w radzeniu sobie z trudnymi emocjami. W efekcie ukojenie, rozluźnienie znajdują w narkotykach - mówi psychoterapeutka Joanna Piekarska.

Według danych CBOS z roku na rok rodzice wydają więcej pieniędzy na edukację swoich dzieci oraz na ich zajęcia dodatkowe. Coraz więcej młodych uczniów uczęszcza też na prywatne korepetycje. Czy to, że damy dziecku najlepszy możliwy "dobry start" sprawi, że będzie ono w przyszłości szczęśliwe?

Niestety, w naszej kulturze wciąż bardzo dobrze ma się model wychowania, w którym wobec dzieci ma się duże wymagania. Wychodzi się z założenia, że dziecko to inwestycja - ma rodzicowi przynosić dumę, podwyższać jego status społeczny, a przynajmniej go nie obniżać.
Nie zapewnia mu się jednak wystarczającej uwagi, nie towarzyszy w trudach życia codziennego, które w jego przypadku polegają często na tym, że nie umie się odnaleźć w klasie lub zakocha się bez wzajemności. Wielu dorosłych uważa takie problemy za błahe i tym samym bagatelizuje je. Dziecko nie ma szans nauczyć się od rodziców, jak sensownie radzić sobie z trudnymi uczuciami, więc radzi sobie, jak potrafi.

Psycholog: W naszej kulturze wychodzi się z założenia, że dziecko to inwestycja (fot: Grzegorz Bukala/ Agencja Gazeta)
Psycholog: W naszej kulturze wychodzi się z założenia, że dziecko to inwestycja (fot: Grzegorz Bukala/ Agencja Gazeta)

Na przykład?

Przychodzi do mnie 20-latek, student opuszczający dużo zajęć i nieodnajdujący się na uczelni. Często pali marihuanę, od czasu do czasu eksperymentuje z mocniejszymi narkotykami. W toku pracy wychodzi na jaw, że stresuje się wieloma rzeczami w życiu codziennym, ale rodzice to ignorują. Nie ma nikogo, kto mógłby pomóc mu w poradzeniu sobie z trudnymi emocjami, w narkotykach znajduje ukojenie, rozluźnienie, poprawę nastroju. Sięgnięcie po nie jest łatwiejsze, niż włożenie wysiłku w stworzenie z kimś bliskiej relacji.

Warto jednak podkreślić, że nie jest też dobrze, kiedy dzieci mają wszystko na życzenie - dowolną bajkę z YouTube'a na zawołanie, grę na tablecie, gdy tylko im się przez chwilę nudzi, słodycze siedem razy w tygodniu. To nie uczy ich znoszenia frustracji i później nie są w stanie radzić sobie z różnymi trudnościami. Brak im wytrwałości, motywacji, szybko się zniechęcają.

Często trafiają do pani osoby, które wychowywały się w rodzinie, w której tej uwagi było za mało?

Często, i myślę, że będą trafiać coraz częściej.

Kiedy przychodzą po pomoc?

Najczęściej między 25. a 35. rokiem życia.

Pierwsze pokolenie, które urodziło się w wolnej Polsce, właśnie kończy 30 lat.

Zmiana ustroju na pewno ma tutaj duże znaczenie. Osoby dorastające po transformacji przejęły zachodni wzorzec sukcesu, polegający na przekonaniu, że jest on w zasięgu ręki, ale żeby go osiągnąć, trzeba dużo i ciężko pracować. W konsekwencji mamy dziś sporo rodziców, którzy jeżdżą dobrymi samochodami, co roku wakacje spędzają za granicą, żyją w mieszkaniu na zamkniętym osiedlu lub w domu za miastem, zapewniają swoim dzieciom dostęp do najlepszych szkół - prywatnych, zagranicznych, a jednocześnie są notorycznie przemęczeni, ich zdrowie szwankuje i nie mają czasu ani siły na budowanie relacji ze swoimi dziećmi.

Rodzice wydają coraz więcej pieniędzy na zajęcia dodatkowe dla dzieci (fot: Shutterstock.com)
Rodzice wydają coraz więcej pieniędzy na zajęcia dodatkowe dla dzieci (fot: Shutterstock.com)

Dlaczego ich dzieci trafiają do psychologa właśnie w tym czasie?

Przepracowały już kilka lat i nagle zdają sobie sprawę, że ich życie nie jest takie, jakie by chciały. Poszły na studia, które wybrali im rodzice, do pracy, którą załatwili im albo wymarzyli sobie dla nich rodzice, albo pracują w rodzinnym biznesie, bo oczekuje się od nich, że go przejmą i okazuje się, że są głęboko nieszczęśliwe. Co gorsza, nie wiedzą, kim są, bo przez lata, które powinny były spędzić na szukaniu swojej drogi, realizowały wizję rodziców. Nikt ich nie nauczył, jak być w kontakcie ze sobą, jak się dowiedzieć, co jest dla nich w życiu istotne.

Z poczuciem zagubienia, pustki, nieznajomości siebie i swoich pragnień zgłaszają się też często nastolatki - najczęściej pod koniec liceum, kiedy trzeba podjąć decyzje dotyczące przyszłości, i parę lat po studiach, gdy weryfikują swoją zawodową ścieżkę.

Przychodzą do pani i mówią: nie wiem, kim jestem?

Do takich wniosków częściej dochodzą po czasie. Na początku raczej mówią o trudnościach w podejmowaniu decyzji, lęku przed oceną, kłopotach z utrzymaniem pracy albo związku. Często zgłaszają się też z objawami wypalenia zawodowego. Weźmy taki przykład: prawniczka po trzydziestce, która pracuje w rodzinnej kancelarii. Obiektywnie ma zawód o wysokim prestiżu społecznym, który przynosi jej dobre pieniądze. Nagle, po 10 latach pracy, okazuje się, że jest wykończona, nie jest już w stanie przezwyciężyć zmęczenia i niechęci przed pójściem do pracy. Ma ataki lęku. W terapii dość szybko wychodzi na jaw, że całą ścieżkę kariery zaprojektowali jej rodzice. Miała swoją rolę do spełnienia - przejąć biznes rodzinny, podtrzymać tradycję. "Pechowo" się złożyło, że naprawdę jest dobra w tym, co robi. Takie genialne dziecko - świetnie się uczyła, dobrze radziła sobie z wykonywaniem obowiązków.

Jako 35-latka, z kredytem na karku, własną rodziną, stanęła nagle przed wyborem, czy zająć się swoim zdrowiem, porzucić coś, czemu poświęciła kilkanaście lat swojego życia, i sprawdzić, czego naprawdę pragnie i tym samym zawieść rodziców, czy zagryźć zęby i zaakceptować status quo, ewentualnie zmienić warunki pracy, żeby nie odczuwać jej negatywnych skutków. To bardzo trudne, szczególnie gdy objawy lękowe są bardzo nasilone. Zwykle dopiero po dłuższym czasie, kiedy już udaje się zapanować nad stresem i napięciem, można w ogóle zacząć zastanawiać się nad tym, co dalej zrobić ze swoim życiem.

Czy to się udaje?

Bywa różnie. Często takie osoby korzystają z pomocy doradcy zawodowego, przechodzą testy predyspozycji zawodowych, biorą udział w różnych warsztatach. Miałam znajomego, któremu w podobnej sytuacji ostatecznie udało się połączyć pasję jeszcze sprzed studiów, z pracą. Była ona związana z podróżami. Zbudował coś zupełnie od nowa, specjalistyczne biuro podróży.

Jak na takie decyzje o zmianie życia reaguje rodzina?

Często bardzo źle. Najtrudniej jest wtedy, kiedy życie rodzinne miesza się z pracą. Po wielu rozmowach, negocjacjach, niektórym udaje się znaleźć sposób, żeby rodzinny biznes funkcjonował dalej, ale już bez osoby, która postanowiła zmienić ścieżkę kariery.

Niedostatek troski i duże wymagania mogą sprawić, że dziecko będzie się czułe nieustannie niewystarczająco dobre (fot: Wojciech Kardas/ Agencja Gazeta)
Niedostatek troski i duże wymagania mogą sprawić, że dziecko będzie się czułe nieustannie niewystarczająco dobre (fot: Wojciech Kardas/ Agencja Gazeta)

Przykładów osób, którym rodzice zaplanowali życie, jest sporo. Trafiają na terapię czasem już na studiach, z objawami depresyjnymi, lękowymi, szczególnie, jeśli są to studia wymagające, jak medycyna, prawo, muzyka. To osoby, które często nie przeszły buntu nastoletniego, który jest konieczny do wypracowania autonomii, albo przeszły go dużo później. Trudno im się przeciwstawić rodzicom, bo "przecież tyle od nich dostały", "jak mogą być tak niewdzięczne".

Po pojawieniu się utworu "Patointeligencja" pojawiły się głosy, że problemy młodzieży, o której rapuje Mata, są niczym w porównaniu do prawdziwych problemów młodzieży z rodzin dotkniętych biedą, która o nauce w prestiżowym liceum mogłaby tylko pomarzyć.

Bardzo łatwo problemy tej zamożnej młodzieży zbagatelizować. Bo o co tym dzieciakom chodzi? Przecież na pierwszy rzut oka wszystko mają, inni mogą im tylko pozazdrościć. Tak, alkoholizm, bieda to są realne problemy. Tak samo jak realnym problemem jest niedostatek uwagi i troski. To problem innego rodzaju, przede wszystkim dotykający rodzin w dużych miastach, ale również poważny.

Miałam koleżankę, której rodzice byli zawodowymi muzykami orkiestrowymi. Było oczywiste, że ich dzieci również nimi zostaną, co więcej, na jakim instrumencie będą grały. To trudna i bardzo obciążająca fizycznie praca, wymagająca wielu godzin ćwiczeń. Zanim osiągnie się jakiś satysfakcjonujący pułap, trzeba przejść długą i wyczerpującą ścieżkę edukacyjną. I moja znajoma ją przeszła. Wydawało się, że wszystko idzie świetnie - dostała się do orkiestry, nieustannie doskonaliła swoje umiejętności. I pewnego dnia, w wieku 30 lat, coś w niej pękło. Przyszła jak zwykle na lekcję do swojego nauczyciela od instrumentu i nie była w stanie nic zagrać. Ciało odmówiło jej posłuszeństwa. Nie mogła utrzymać instrumentu. Wpadła w niekontrolowany szloch. Na szczęście miała mądrego nauczyciela, który odwołał lekcję, powiedział, żeby się nie przejmowała i wróciła, jak tylko poczuje, że będzie miała na to ochotę.

Wróciła?

Nie od razu. Najpierw przyszła do mnie i powiedziała: "Asia, nie mam pojęcia, co się stało, co mam robić?". Mówiła, że była przekonana, że chce grać, a tu nagle nie jest w stanie. Doradziłam jej konsultację z terapeutą. Wyglądało na to, że stres i napięcie związane z byciem nieustannie ocenianą, był zbyt duży i jej ciało się zbuntowało. Jak mi później opowiadała, już wcześniej dawało jej sygnały, że coś jest nie tak - przed występami bolał ją żołądek, kompulsywnie myła ręce. Gdy była małą dziewczynką, jej rodzice bagatelizowali te objawy, uznając je za naturalną konsekwencję funkcjonowania w środowisku zawodowych muzyków. Więc ona również nie traktowała ich z należytą powagą. Tego niekontrolowanego wybuchu i paraliżu nie mogła już jednak zignorować.

Co zrobiła?

W jej przypadku nie była konieczna całkowita zmiana ścieżki kariery, raczej stylu życia. Bo ona lubiła to, co robi, nie odpowiadało jej miejsce pracy i wymiar godzin, nie wytrzymywała też presji na bycie perfekcyjną. Zaczęła szukać rozwiązania, które pozwoliłoby jej mieć większy wpływ na to, ile pracuje i w jaki sposób. Gdy to wszystko sobie poukładała, wróciła też na lekcje do swojego nauczyciela.

Trzeba jednak pamiętać, że nie jest to reguła, że jak są pieniądze i nacisk na edukację, to już nie ma troski i serdeczności, tylko same wymagania. W każdej rodzinie, zamożnej czy biedniejszej, dzieci mogą dostawać dużo uwagi negatywnej, czyli być krytykowane, surowo rozliczane z obowiązków, słyszeć nieustannie o oczekiwaniach rodziców wobec siebie. Albo mogą wychowywać się trochę samopas, wiecznie przed komputerem lub na zajęciach dodatkowych. Zdarza się też tak, że w domu jest i dostatek materialny, i dbałość o wykształcenie, i alkohol, i przemoc. Piosenka, o której wspominałyśmy, mówi o pewnej grupie społecznej, ale problem w niej poruszony jest obecny także w innych środowiskach. Być może w kręgach bardziej zamożnych nastolatki czują się jeszcze bardziej niezauważone właśnie dlatego, że z pozoru mają wszystko.

Karierę zaprojektowali jej rodzice. W wieku 30 lat przyszła na lekcję instrumentu i się rozpłakała (fot: Jakub Orzechowski/ Agencja Gazeta)
Karierę zaprojektowali jej rodzice. W wieku 30 lat przyszła na lekcję instrumentu i się rozpłakała (fot: Jakub Orzechowski/ Agencja Gazeta)

Czy taki model wychowania, w którym rodzic jest surowy, wymagający i niedostępny emocjonalnie, niereagujący na potrzeby dziecka, może wpłynąć na osobowość syna lub córki?

Dziecko, którego głównym zadaniem jest spełnianie oczekiwań, może albo spektakularnie się wobec tych oczekiwań zbuntować, co objawiać się będzie w przekraczaniu granic, eksperymentach z narkotykami, wdawaniu się w bójki, albo stać się wobec siebie bardzo surowe - pod maską wiecznie zadowolonej i pewnej siebie osoby będzie ukrywać wstyd i poczucie winy. Nieustannie będzie umniejszać swoje zasługi, mieć poczucie, że jest niewystarczająco dobra, że musi się ciągle starać, zasłużyć na czyjąś uwagę, na miłość.

Pracowałam kilkukrotnie z młodymi kobietami, obiektywnie atrakcyjnymi, pełnymi uroku, które nie były zadowolone ze swojego wyglądu. Pamiętam pewną 28-latkę, która zjawiła się u mnie, bo ciągle czuła się niewystarczająco atrakcyjna. Była przekonana, że wciąż za mało się stara, żeby wyglądać jeszcze lepiej. To jej dbanie o wygląd było obsesyjne, wszystko musiało być dopracowane w najmniejszym szczególe. Nie miałam pojęcia, że można tyle robić ze swoim wyglądem! Ta dziewczyna była w dobrze zapowiadającym się związku - oboje byli w niego zaangażowani, mieli wspólne zainteresowania, podobną wizję przyszłości. Trudnością jednak było to, że ona nie mogła uwierzyć, że się swojemu ukochanemu podoba, mimo że on ją o tym nieustannie zapewniał. Była zmęczona przymusem ciągłego poprawiania wszystkiego w swoim wyglądzie. Jej obsesja zaczęła przekładać się również na jej związek - każde wyjście, nawet po bułki, poprzedzone było długimi przygotowaniami. Gdy się z kimś mieszka i chce się zaplanować dzień, coś takiego może stać się z czasem bardzo irytujące.

Skąd wynika ta obsesja?

Takie osoby zwykle mają matki lub ojców, którzy są bardzo skupieni na wyglądzie i nieustannie swoje dzieci poprawiają i krytykują. "Uczesz się", "nie garb się", "jak stawiasz nogi?" - komentują. Głos matki czy ojca staje się wewnętrznym głosem dziecka.

Obsesyjnie dbała o swój wygląd. Nie wierzyła, że jest atrakcyjna (fot: Marcin Onufryjuk/ Agencja Gazeta)
Obsesyjnie dbała o swój wygląd. Nie wierzyła, że jest atrakcyjna (fot: Marcin Onufryjuk/ Agencja Gazeta)

Jak osoby wychowane w takim modelu radzą sobie z budowaniem intymnych związków?

Budowania bliskich relacji uczymy się od rodziców, więc jeżeli rodzic nie był zaangażowany emocjonalnie w nasze sprawy, nie dawał wsparcia, tylko rozliczał z wykonanych zadań, albo bagatelizował nasze problemy czy wzbudzał poczucie winy, to siłą rzeczy w przyszłości nie będziemy potrafili zbudować satysfakcjonującego związku, albo będziemy żyć raczej obok kogoś, niż z nim. Albo, mimo bycia w bliskiej relacji, będziemy wciąż czuli się samotni, opuszczeni.

Budowanie więzi jest jednym z największych wyzwań naszych czasów. Widzę to doskonale, gdy pracuję z młodzieżą w wieku 15-18 lat, czyli z osobami, które nie pamiętają świata bez Internetu. Oni nie potrafią funkcjonować w grupie, nie umieją rozmawiać twarzą w twarz, to ich stresuje i krępuje. Niby ciągle z kimś esemesują, a tak naprawdę czują się bardzo samotni, nie mają pewności, czy są dla kogoś ważni, że są akceptowani. Można być z kimś nieustannie w kontakcie i nie czuć się z nim blisko.

Chciałabym jednak zaznaczyć, że nie chodzi o to, że rodzic powinien być ciągle skoncentrowany wyłącznie na dziecku, wypytywać je nieustannie, jak się czuje, co przeżywa. Tak jak we wszystkim, i w wychowaniu potrzebna jest równowaga. To ważne, żeby odpowiadać na potrzeby dziecka, ale jednocześnie dać mu przestrzeń: na zabawę, na nudę, na to, by miało własne sprawy. Tej przestrzeni powinno być stopniowo coraz więcej, w miarę jak dziecko jest coraz starsze. Nastolatek będzie potrzebował jej zdecydowanie więcej niż trzylatek.

Joanna Piekarska (fot: materiały archiwalne)
Joanna Piekarska (fot: materiały archiwalne)

Joanna Piekarska. Psychoterapeutka i publicystka. Ukończyła filologię polską na Uniwersytecie Gdańskim, a następnie czteroletnie Studium Psychoterapii przy Laboratorium Psychoedukacji. Prowadzi psychoterapię indywidualną w podejściu psychodynamicznym. Pracuje z młodzieżą i osobami dorosłymi. Od kilku lat tworzy blog o psychoterapii pod nazwą Notatki Terapeutyczne. Publikuje także w miesięczniku "Charaktery".

Ewa Jankowska. Dziennikarka i redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Zaczynała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała wywiady w serwisie Ksiazki.wp.pl. Pracowała również serwisie Nasze Miasto i Metrowarszawa.pl, gdzie z czasem awansowała na redaktor naczelną. Z serwisu lokalnego do magazynu Weekend.Gazeta.pl przeszła w sierpniu 2018 roku.

Więcej o: