"Wyje alarm, nikt się nie rusza. Rodzice nie reagują. A gdyby to był zamach?" [LIST DO REDAKCJI]

"Wiadomo, że nie da się całkiem przygotować na sytuacje takie jak zamach w Nicei czy Bawarii. Ale ludzie zupełnie nie wiedzą jak się zachować nawet wtedy, gdy słyszą zwykły alarm" - stwierdza pani Karolina. I opisuje sytuację, której była świadkiem w jednym z warszawskich szpitali.
Swoją historię w liście przesłanym do redakcji opisała pani Karolina

Lipiec, jeden z największych warszawskich szpitali. Siedzę na korytarzu i czekam na umówioną wizytę; obok mnie na piętrze jest przynajmniej kilkunastu rodziców z małymi dziećmi. Nagle zaczyna wyć alarm. Głośno, w budynku słychać go bardzo dobrze. Pożar, ewakuacja? Nie wiemy, co się dzieje. Co w tej sytuacji robią rodzice? Gdyby ktoś opowiedział mi taką historię, pewnie spodziewałabym się, że dalej usłyszę słowa: wszyscy w panice ruszyli do drzwi. Ale nic z tego...

Ludzie powoli się rozglądają, patrzą na siebie nawzajem. Nikt nawet nie rusza się z miejsca. Siedząca obok mnie matka noworodka pyta: "Co robimy?". Inni też zaczynają wypytywać się nawzajem o co może chodzić. W głosach słychać coraz większe zaniepokojenie, robi się coraz bardziej nerwowo, ale nikt nie kieruje się do wyjścia. Jakieś dziecko płacze, ale trudno ocenić, czy to z powodu głośnego dźwięku, czy zamieszania.

Moja pierwsza myśl: pewnie alarm włączył się przez przypadek (w końcu w budynku od miesięcy trwa remont). Ale gdy dźwięk nie milknie przez kilkanaście sekund, w głowie pojawia się myśl, że coś może być nie tak. Jestem pierwszą osobą, która po chwili wstaje i mówi: - Może powinniśmy powoli się ewakuować?. Mimo to nadal nikt nadal się nie rusza, a z żadnego pokoju nie wychodzi nikt z pracowników. W jednym są uchylone drzwi, w środku siedzą dwie czy trzy panie. Zaglądam i pytam, co robić? Może alarm ma związek z remontem? - My nie wiemy - słyszę w odpowiedzi.

"Ludzie są zdezorientowani. Biorę sprawy w swoje ręce"

Ludzie na korytarzu są coraz bardziej zdezorientowani, nadal nikt się nie rusza, więc postanawiam wziąć sprawy w swoje ręce. Siedzimy w końcu na trzecim piętrze, a nie wiemy, czy na dole np. coś się nie pali. W momencie, gdy "zarządzam" ewakuację, pojawia się pani pracująca (chyba) w placówce i rzeczywiście mówi, że mamy spokojnie kierować się do wyjścia.

Ruszamy na klatkę schodową, część osób czeka na windę. Winda w trakcie ewakuacji to nie jest dobry pomysł, może przecież się zablokować - na tego typu uwagi z mojej strony i ze strony jeszcze jednego pana stojącego przed windą ludzie jednak nie reagują. Schodzę schodami razem z innymi; trwają dyskusje, o co może chodzić... ale mniej-więcej na wysokości pierwszego piętra część osób zaczyna zawracać. Dlaczego? Bo alarm przestał wyć. Znów jesteśmy zdezorientowani - tamta pani znikła i nie wiemy, czy brak sygnału oznacza, że zagrożenie minęło, czy trzeba jednak się ewakuować.

"Nie da się przygotować na zamach. Ale zasady..."

Ja i jeszcze kilka osób wybieramy to drugie rozwiązanie, choćby po to, by w recepcji zapytać, co takiego się dzieje. Tymczasem na parterze dowiadujemy się od pracownic szpitala, że... panie nie wiedzą nawet, skąd ten alarm, co on oznacza i co robić. Po prostu, jak gdyby nigdy nic, przyjmują kolejne osoby w kolejce.

Ktoś mówi, że dzwoni na policję, bo tu niczego się nie można dowiedzieć, ktoś wychodzi przed budynek, mówiąc, że tak będzie jednak bezpieczniej. 90 procent osób po prostu wraca na górę. Nawet personel pracuje tak, jakby nic się nie stało - nawet po pytaniach z naszej strony nie reaguje i nie sprawdza, czy może jednak jest jakieś zagrożenie.

Być może to była awaria systemu, może ktoś zrobił sobie głupi żart. Nie wiem. Ale gdyby to był prawdziwy pożar? Albo jakiś atak? Aż strach pomyśleć, że zwykli ludzie, a przede wszystkim ci, którzy powinni być na takie sytuacje przygotowani, zupełnie nie wiedzieli, co robić, albo po prostu nie zareagowali (nie wiem, co gorsze). Wiadomo, że nie da się całkiem przygotować na sytuacje takie jak zamach w Nicei czy Bawarii, ale jeśli nie znamy podstawowych zasad w przypadku pożaru, to na pewno nie pomoże to ani w takiej sytuacji, ani w jeszcze gorszych.



Na Wasze listy czekamy pod adresem listydoredakcji@gazeta.pl.

Redakcja zastrzega sobie prawo do niepublikowania wszystkich listów.