Nie ma cwaniaka nad Polaka. Czy ściąganie leży w naszej naturze? Polski ślad w aferze Plagiat-gate

Jak wątła jest granica pomiędzy plagiatem a inspiracją? Zauważono, że w przypadku żony Donalda Trumpa bardzo niewielka, gdyż w jej przemówieniu znalazły się fragmenty żywcem wyjęte z dawnej wypowiedzi Michelle Obamy. O tym faux pas ochoczo dyskutowały światowe media, szukając przy okazji odpowiedzi na pytanie: czy za to, że w wypowiedziach pojawiły się stereotypowe formułki odpowiada system edukacji w którym dorastała pretendentka do tytuły pierwszej damy? A może po prostu ktoś w sztabie wyborczym Trumpa ułatwił sobie życie?
Taki klimat...

Podczas ogólnokrajowej konwencji Partii Republikańskiej Donald Trump stał się oficjalnym pretendentem do fotela prezydenta USA. Wśród fetujących to wydarzenie nie mogło więc też zabraknąć potencjalnej przyszłej pierwszej damy - Melanii Trump.

Cały efekt starannie wyreżyserowanego widowiska poszedł jednak na marne po odkryciu, że jej wypowiedź była łudząco podobna do tej, którą w 2008 roku zaprezentowała Michelle Obama. Posądzenie o plagiat wywołało niemały skandal. Przez światowe media przetoczyła się fala komentarzy, analiz i dociekań, a w kręgach komentatorów politycznych zaczęto nazywać go mianem afery "Speechgate".

Transkrypcji obu przemówień przyjrzeli się dziennikarze CNN:



Niektórzy komentatorzy próbowali tłumaczyć, że we wszystkich przemówieniach wygłaszanych przez żony polityków siłą rzeczy mogą znaleźć się podobne zwroty...

...czy "kultura ściągania"?

O krok dalej poszła Monika Nalepa, wykładowczyni z Uniwersytetu w Chicago. Na łamach dziennika "The Washington Post" opublikowała opinię, że to wina złej edukacji w Europie Wschodniej.

Całe zajście zinterpretowała tak: Melanie Trump pochodzi ze Słowenii, więc nauki pobierała według "postkomunistycznego systemu edukacji, w którym granica między dziełem oryginalnym i plagiatem była trudna do odróżnienia, a kwestii intelektualnej własności nigdy nie podnoszono". Zdaniem Nalepy, absolwentki socjologii i psychologii Uniwersytetu Warszawskiego, charakterystyczne dla tego systemu jest także uczenie się na pamięć, pozbawione krytycznego myślenia. Tłumaczy to faktem, że w Europie Wschodniej wszelka krytyka przez dekady budziła podejrzenia władz, więc nie było na nią miejsca.

Zew natury

Swoje przemyślenia prof. Nalepa poparła przykładem zaczerpniętym z własnego doświadczenia z egzaminów wstępnych na UW. Zdaniem autorki uniwersytet nie ma zaufania dla zdających, bo ściąganie jest tutaj plagą. Zdającym rozdano więc trzy różne arkusze testów. Śmiałkowie, którzy odważyli się zerkać do sąsiada zaznaczali złe odpowiedzi.

Co prawda prof. Nalepa opuściła Europę Wschodnią ponad 15 lat temu, lecz jej zdaniem "kultura wolno ulega zmianom". Sparafrazowała powiedzenie: "Człowiek ze wsi wyjdzie, ale wieś z człowieka nigdy", pisząc, że co prawda można opuścić wschodnią Europę, ale nie pozbędzie się nigdy jej mentalności.

Taka wypowiedź wywołała burzę. Ludzie nauki z różnych zakątków Europy i nie tylko, w liście otwartym zarzucili autorce bezpodstawność tez zawartych w jej artykule. Wątpliwy wydał się im także cel jaki przyświecał zarówno jej, jak i redakcji "The Washington Post", znanej na całym świecie z upublicznienia afery Watergate. Jednak czy w niepopularnej i mocno uogólnionej opinii Moniki Nalepy nie ma ziarnka prawdy?

Uczciwiec czy kapuś?

W Stanach Zjednoczonych uczeń szkoły średniej przyłapany na ściąganiu zostaje zawieszony w prawach ucznia, a student może nawet wylecieć za to z uczelni. W Polsce zaś ciągle jeszcze ściąganie jest postrzegane jako objaw życiowej zaradności, a jego konsekwencje są raczej mało dotkliwe. Na ogół to tylko kwestia osobistych dylematów moralnych, lub w najgorszym wypadku wyproszenie z egzaminu. Inaczej jest za oceanem, gdzie bycie przyłapanym skutkuje otrzymaniem etykietki oszusta, często na resztę życia.

Do walki ze zjawiskiem nieuczciwości stanął m.in. Rektor Uniwersytetu Gdańskiego, wydając oświadczenie na temat tego w jaki sposób postępować z takimi delikwentami:

"Osoba naruszająca dobre obyczaje akademickie i osiągająca w sposób nieuczciwy korzyść, winna otrzymać ocenę niedostateczną z egzaminu (zaliczenia), z powiadomieniem dziekana macierzystego wydziału. (...) Zwracam się z apelem do wszystkich członków naszej społeczności akademickiej o współpracę w zakresie szeroko pojętej kontroli przebiegu egzaminów i zaliczeń".

Mało który student bierze sobie jednak te prośbę do serca, szczególnie, że donosicielstwo może skończyć się towarzyskim linczem. O tym przekonał się jeden ze studentów SGH, który postanowił ukrócić ściąganie koleżanki, donosząc na nią wykładowcy. Jak się niedługo później okazało większe upokorzenie spotkało nie oszustkę, a "kapusia", który stał się ofiarą ostrej internetowej nagonki.

W jego obronie stanęła uczelnia, która po tym incydencie wyszła z inicjatywą "Nie ściągaj, bo to wstyd":



Polska szkoła ściągania

Zjawisko ściągania było niegdyś przypisywane uczniom słabym, takim, którzy ściągali po to, aby przetrwać w szkole, czy na uczelni. Dzisiaj wszystko ulega zmianie - ściągają także najlepsi uczniowie, uczestniczący w wyścigu o najwyższe stopnie i stypendia.

Ci, którzy chcą pozostać uczciwi, bardzo często przegrywają z osobami, uciekającymi się do różnorakich alternatywnych metod. Siłą rzeczy często wypadają od nich gorzej, a to skłania do złamania własnych zasad etycznych. Na szczęście istnieją wyjątki z silnym kręgosłupem moralnym:

"Nie ściągam. Nie widzę sensu w oszukiwaniu samej siebie, że umiem. Nie zależy mi na ocenach i zdarza się, że dostaję 3 czy obleję coś, ale mam wtedy pewność, że moje sumienie jest czyste, a ja - być może pełniąc funkcję zaufania publicznego - będę mogła spoglądać moim klientom w oczy. Najwyżej poprawię. Student bez dwói to jak żołnierz bez karabinu. Fakt, obrywam często przez to, mam poprawę koła, gdy ludzie zdali na tzw. lajcie z telefonem czy kodeksem na kolanach. Czasami to głupia pamięciówka, ale z drugiej strony ćwiczę umysł (...)" - napisała na jednym z blogów adeptka prawa.

Po pierwsze nie szkodzić...

Niedouczony absolwent kierunku humanistycznego działa jednak głównie na swoją niekorzyść. Znacznie gorzej gdy ściąganie praktykują pretendenci do zawodów zaufania publicznego, np. przyszli prawnicy i lekarze. Tak na jednym z blogów komentuje sprawę studentka medycyny:

"(...) Zdarzało mi się ściągać, ale nie odważyłabym się na przedmiotach klinicznych. Najczęściej ściągałam na angielskim i mikrobiologii, na angielskim szkodząc tylko sobie, a mikrobiologia i tak pojawia się potem jeszcze praktycznie na wszystkich klinikach. Ale niestety, prawda jest taka, że jak obserwuję co się dzieje na moim roku, to do 3/4 ludzi, z którymi studiuję, nie odważyłabym się pójść na wizytę, gdy już tymi lekarzami będą, a będą na 99 proc., bo albo mają znajomości, albo spryt życiowy".

Istnieje jednak i druga strona medalu:

"(...) nasłuchałam się trochę o studiach na stomatologii i wyłaniał się z tego (...) bardzo często taki obraz - nie ważne, czy ściągasz czy nie, ważne, czy rozumiesz i umiesz zastosować w praktyce. Bardzo często słuchałam, że prowadzący oblewali za brak jakiejś łacińskiej terminologii, którą w gruncie rzeczy używasz tylko w trakcie studiów, w nosie mając, czy student poprawnie opisał proces/zabieg/reakcję na coś. Częstymi przypadkami są ludzie, którzy być może wykuli tę terminologię, słowo w słowo z pamięci przepisali to, co było napisane w książce, ale jak przyszło do pracy to stali jak te durnie... W tym momencie wolę tego 'sprytnego' lekarza, który może nie nazwie mi przypadłości albo części mojego ciała po łacinie, grece czy jakkolwiek inaczej, ale za to będzie wiedział, jak mnie zdiagnozować, wyleczyć (...)".

Z tarczą czy na tarczy?

Ostatecznie winę za całe zajście podczas konwencji Trumpa wzięła na siebie speechwriterka Meredith McIver, która nie jest w żadnym stopniu skażona wpływami postkomunistycznej Europy. Oświadczyła, że Melania Trump fragmenty z przemówienia Michelle Obamy podała jej telefonicznie jako przykłady. Zamiast potraktować je jako inspiracje, "żywcem" wkleiła je do przemówienia. Za całe zajście przeprosiła i była gotowa ponieść konsekwencje i ustąpić, ale Donald Trump nie przyjął jej rezygnacji.

Pretendent do fotela prezydenta w typowo amerykańskim stylu przekuł tę porażkę w sukces, pisząc: "Dobra wiadomość jest taka, że przemówienie Melanii zdobyło więcej rozgłosu niż jakiekolwiek inne w historii polityki. Zwłaszcza kiedy wierzy się, że każda prasa to dobra prasa".



Co przy odrobinie dobrej woli dałoby się przetłumaczyć na polski: "Żadna prasa nie hańbi".

Więcej o:
Skomentuj:
Nie ma cwaniaka nad Polaka. Czy ściąganie leży w naszej naturze? Polski ślad w aferze Plagiat-gate
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX