Znieść oceny - i tak nic nie dają?

Być pięknym, czy bogatym? Najlepiej i jedno i drugie - to przecież jeden z dylematów, na które nie da się jednoznacznie odpowiedzieć. Coraz więcej uczniów zaczyna zadawać podobne pytanie bez odpowiedzi - czy w dobie egzaminów zewnętrznych funkcjonujących już od szkoły podstawowej, warto jeszcze przejmować się szkolnymi ocenami?
Ministerstwo Edukacji broni oceniania

Zdaniem Ministerstwa Edukacji Narodowej: "Ocenianie szkolne jest głównym sposobem ciągłego systematycznego sprawdzania wiedzy ucznia. Natomiast wyniki oceniania są jedyną podstawą wystawiania ocen semestralnych oraz podejmowania decyzji klasyfikacyjnych. Ocena szkolna jest także informacją o wyniku kształcenia i uczenia się. Rozbudza motywację do uczenia się. Ponadto uczy systematyczności i umiejętności organizowania uczenia się, jak również umiejętności oceny i korzystania z niej. Służy także sprawdzeniu poziomu wiadomości i umiejętności, posiadanych przez ocenianego, co między innymi pozwala bardziej efektywnie przygotowywać się np. do egzaminów. Przygotowuje do "zdrowej rywalizacji" oraz do funkcjonowania w dorosłym życiu.

Warto dodać, że wielu pracodawców stosuje rożnego rodzaju systemy oceniania efektywności pracy swoich pracowników. Warto dodać, że oceny są też informacją dla rodziców o postępach w nauce ich dziecka. Egzaminy zewnętrzne dopełniają ocenianie szkolne. Dostarczają częściowej, ale za to wysoce zobiektywizowanej oceny osiągnięć szkolnych ucznia na zakończenie szkoły podstawowej, gimnazjum i szkoły ponadgimnazjalnej. System centralnych egzaminów zewnętrznych umożliwia użycie ujednoliconych i nowoczesnych procedur sprawdzania osiągnięć szkolnych. Egzaminy zewnętrzne, z racji swoich ograniczeń, nie są używane do sprawdzenia wszystkich szczegółowych wymagań zapisanych w podstawie programowej. Dobrze dobrane zadania egzaminacyjne dają jednak podstawę do syntetycznej oceny osiągnięć szkolnych ucznia."

Oceny nic nie dają!

"Absolutnie się nie zgadzam z tezami, jakoby oceny wpływały na systematyczność i na wynik egzaminacyjny" - mówi Ilona Chylińska - studentka filologii polskiej rozpoczynając burzliwą dyskusję. "Przez całe technikum przychodziłam na sprawdziany i pytałam: "ale jak to sprawdzian?", do matury nie ruszyłam palcem, a ostatecznie miałam jeden z lepszych wyników w szkole, już nie mówiąc o wyprzedzeniu klasowych "kujonów". Uważam, że takie stałe przygotowanie - zakuwanie w walce o oceny - niszczy intelekt. Ludzie uczą się na pamięć i nie potrafią samodzielnie myśleć, wyjść skojarzeniami poza to, co wykuli.

Oceny? To dodatkowy element motywacyjny na zasadzie - żebyście chociaż do tej szkoły chodzili. Nie byłam orłem z przedmiotów technicznych, egzamin zawodowy napisałam na 100% w przeciwieństwie do tych piątkowiczów stale obecnych na zajęciach. Poza tym niezależnie od tego, czy ktoś miał średnią 2.0, czy 8.9 dostaliśmy te same świadectwa - ukończenia szkoły średniej. Niezależnie, czy ktoś ledwo uzbierał 75%, czy też 100% z egzaminu zawodowego, dostaliśmy ten sam dyplom - potwierdzający kwalifikacje zawodowe i nadający tytuł technika. Nikt w papiery nam się patrzyć nie będzie."

Z jej zdaniem nie zgadza się Magdalena Kelniarz, studentka IV roku prawa na UW: "Na poziomie szkoły jedno przekłada się na drugie - jeśli ktoś uczy się na bieżąco, żeby spokojnie ogarnąć materiał do matury czy egzaminów, to - przynajmniej co do zasady - powinno to skutkować lepszymi ocenami."

Jednak mobilizują?

"Mimo tego, że oceny nie zawsze są adekwatne do poziomu wiedzy, to jednak stanowią pewnego rodzaju mobilizację" - dodaje Ania Lewicka, licealistka. - "Czasem wymuszony, jeśli w grę wchodzi walka o dwójkę, ale często jest to bodziec do większego wysiłku. Poza tym osoby, które przejmują się ocenami, są zwykle bardziej systematyczne, a w efekcie lepiej przygotowane od tych, które rozpoczęły naukę tydzień przed egzaminem."

Norbert Oset również jest przeciwnikiem szkolnego oceniania: "Jak ktoś jest kretynem, który jedyne co umie to nauczyć się na pamięć książki bez zrozumienia, to tutaj stałe przygotowywanie się nie ma nic do rzeczy. Gdybym miał nawyk uczenia się od października, to mój indeks świeciłby piątkami i nie dlatego, że wykułem podręcznik, ale dlatego, że ogarnąłem całą materię i umiem się nią posługiwać. Więc myślę, że nie warto się przejmować ocenami, tylko mieć na nie baczenie z pobudek czysto utylitarnych, bo mając dobre stopnie nauczyciele na nas przychylniej patrzą, a na studiach można powalczyć o stypendium. W końcu egzamin gimnazjalny/maturalny/jakikolwiek też nie oddaje w 100% stanu naszej wiedzy. Nie ma idealnego modelu sprawdzania wiedzy, zawsze jakiś wpływ ma szczęście i wiele innych czynników."

Sukces oblanych egzaminów

Niektórzy, jak Izabela Bany - licealistka z Lublina - idą o krok dalej twierdząc, że: "uczyć należy się tylko i wyłącznie dla siebie, bo najlepiej zdana matura absolutnie nic nie da, a niejedna fantastyczna historia sukcesu rozpoczęła się od oblanych egzaminów."

Znając przypadki osób takich jak Bill Gates, czy Steve Jobs, trudno zaprzeczać, że w tej teorii może i jest całkiem sporo sensu, ale czy aby wszyscy powinni rzucać szkołę i zdobywać świat?