"Szkoła ogranicza, ogłupia. Rodzimy się twórczy, spontaniczni... A potem piszemy testy pod klucz."

?Wychodzi często, że nauczyciele są niedouczeni. Nawet jeśli są to ludzie z dużym sercem i chęciami, to jednak nie wytrzymują, są sfrustrowani, dostają za małe pensje, a odpowiedzialność jest olbrzymia. I to wszystko kumulując się gdzieś ze sobą powoduje, że nauczyciel nie ma narzędzi, by sobie poradzić? - mówi Dominik Gebler, psycholog z Centrum Terapii i Interwencji Kryzysowej.
Monika Toppich: Szkoły obcięły wiele etatów - pielęgniarek, pedagogów, psychologów - a coraz częściej słyszy się o niepokojących sytuacjach, na które szkoła nie reaguje. Pedagog i psycholog szkolny ma za mało czasu, czy szkoła się nie interesuje problemami uczniów?

Dominik Gebler: Psycholog szkolny przypomina psychologa policyjnego - komendant oczekuje od niego, że będzie go informował o tym, co się dzieje z jego podwładnymi. Odnosząc to do szkoły - nauczyciele bardzo często oczekują od psychologa kooperacji, współpracy na przykład przy ocenianiu dziecka, czy zgłaszaniu różnego rodzaju problemów związanych z dzieckiem - szukają koalicjanta i próbują wciągnąć do tej koalicji pedagogów i psychologów. Wielu z nich się na to nabiera. A jakie jest zadanie psychologa i pedagoga? Oni są od dzieci i dla dzieci, prawda?

I mają je chronić.

Dokładnie. Ale kiedy nauczyciel lata do psychologa na skargę, to automatycznie staje się "pacjentem" tego psychologa, który choć często nie ma świadomości tego, co robi, najczęściej broni swojego pacjenta, czyli w tej sytuacji nauczyciela...

Czyli nauczyciel idzie się wyżalić i psycholog zamiast zastanowić się nad tym, czy dziecko nie ma problemu, zaczyna mówić nauczycielowi, że wszystko będzie dobrze?

Może w ten sposób: przychodzi nauczyciel i mówi, że nie wie, co ma zrobić, że dzieci go nie słuchają, że z tymi bachorami nie może wytrzymać. Czyli zgłasza problem. Ale psycholog szkolny, który nie jest od terapeutyzowania nauczycieli, powinien wydedukować, czy kwestia dotyczy braku wiedzy i nieumiejętności wychowawczych lub dać informację zwrotną o problemach, które mogą wynikać np., z sytuacji rodzinnej. Słuchaj : "Basia/Kasia/Janek - widzę, że to i to może mieć przełożenie na twoją pacę. Dobrze byłoby, gdybyś skonsultował/a to z psychologiem."

Zadaniem psychologa jest również dopytać w kontaktach z nauczycielami o metody wychowawcze, które dany nauczyciel stosuje: jeśli dziecko jest niegrzeczne, chodzi po klasie, krzyczy, to co w tej sytuacji robisz?

No i wychodzi często, że nauczyciele nie znają metod wychowawczych lub stosują metody dawno uznane przez psychologię za niewłaściwe.. Nawet jeśli są to ludzie z dużym sercem i chęciami, to jednak nie wytrzymują, są sfrustrowani, dostają za małe pensje, a odpowiedzialność jest olbrzymia. I to wszystko kumulując się gdzieś ze sobą powoduje, że nauczyciel nie ma narzędzi, by sobie poradzić i powinien mieć wsparcie ze strony dyrekcji, która powinna doedukować swoich pracowników np. odpowiednimi szkoleniami.

Gdy jest taki problem dyrekcja reaguje, czy zamiata sprawę pod dywan?

Często stara się uniknąć problemu i zachowuje się w sposób irracjonalny na zasadzie: jak się schowam pod kołdrę, to mnie nie będzie widać.

Mieliśmy przykład mamy, która zgłosiła problem, że dziecko boi się chodzić do szkoły, boli go brzuch, głowa, ma ewidentne objawy stresu, co jest związane z tym, że pani krzyczy na dzieci. Matka to zgłosiła do szkoły, a dyrektor na to, cytuję: "wie pani, jak mi fryzjer nie odpowiada, to zmieniam fryzjera", czyli jak się pani nie podoba, to proszę zmienić szkołę. Nie wiadomo za bardzo jak to skomentować.

W takich sytuacjach, jak rozumiem, rodzice po prostu "zmieniają zakład?

Tak, najczęściej zmieniają po prostu szkołę. W ten sposób szkoła podnosi też sobie ranking, bo dzieci wrażliwe, twórcze, wymagające więcej uwagi - czyli małe talenty, które mogłyby daną szkołę pokazać jako miejsce wartościowe, eliminuje się na rzecz dzieci, które mają wyższy poziom odporności na stres i działają tylko w zakresie regulaminowym: noszą mundurek, siedzą, piszą. Jak im się powie: siad, to siadają jak tresowane psy.

Jak szkoła chce podnieść ranking, wprowadza dużą presję, wrażliwe dzieci nie wyrabiają, rodzice je zabierają i zostają tylko te dzieci, co do których rodzic może powiedzieć: tak go długo lałem aż się nauczył tabliczki mnożenia. Ta młodzież faktycznie ma potem wyniki, a szkoła ma jedno z pierwszych miejsc w rankingu. Pytanie brzmi, czy te wyniki przełożą się na dorosłe życie, gdzie będzie wymagana kreatywność, umiejętność pracy w zespole i samodzielne myślenie?

Ostatnio mieliśmy taką sytuację - zgłosiła się mama z synkiem, który miał ewidentne objawy fobii szkolnej i okazało się, że na szesnaścioro dzieci w klasie, troje regularnie korzysta z psychoterapii, jeszcze czegoś takiego nie spotkałem! Na szesnaście osób zdarza się jedno dziecko, dwoje to już jest dziwne, ale trójka to już nie jest przypadek.

To była kwestia jednego nauczyciela?

Jednego nauczyciela, mówimy o dzieciach w klasie 1-3, gdzie jest jeden nauczyciel.

Psychoterapia w nauczaniu początkowym?

Tak.

Jak się ta sprawa skończyła?

Rodzice, co było bardzo rozsądne, zaczęli się regularnie spotykać i myśleć nad rozwiązaniem tej sytuacji - czyli w jaki sposób mogą wesprzeć nauczyciela. Widzą, że nauczyciel sobie nie radzi i próbują oddziaływać na dyrekcję, żeby ta wsparła go w sposób konstruktywny. W wielu sytuacjach może być tak, że dyrekcja zachowa się w sposób psychopatyczny i po prostu wyrzuci nauczyciela.

Najczęściej to pierwsza reakcja.

To są proste rozwiązania. Żyjemy w kulturze narcystycznej, gdzie liczy się opakowanie, liczy się wygląd i wielu ludzi przejawia prostactwo myślowe na zasadzie - wyrzucimy nauczyciela i skończy się problem. A to są sprawy zdecydowanie bardziej skomplikowane.

Mówi się, że szkoła zabija kreatywność - jest w tej kwestii coraz gorzej?

Jeżeli porównuję szkoły prywatne i państwowe, to te państwowe są na dużo wyższym poziomie - nauczyciele są lepiej doedukowani, a dyrekcja zwykle jest nastawiona na rozwiązywanie sytuacji. Tu odniosę się jeszcze raz do prostactwa myślowego - ludziom się wydaje, że jeśli zapłacą kasę i mają dzieciaka z głowy od 8 rano do 18 to sprawa jest załatwiona.

To się tak podświadomie wydaje, że skoro szkoła jest prywatna, "elitarna" i ma piękny budynek to powinno być wszystko dobrze...

Nabieramy się na ładne opakowanie.

Czyli jeśli szkole prywatnej uda się już "dorwać" rodzica, który chce płacić odpowiednio wysokie czesne, to uważa sprawę za załatwioną?

Tak, a rodzice zwykle też nie za bardzo chcą wnikać. Na zasadzie: jeśli jest dobrze, albo w miarę dobrze, to po co reagować.

Co to konkretnie znaczy?

Chodzi o reagowanie na problem. Matka, która funkcjonuje w sposób antyspołeczny powie tak: moje dziecko nie stwarza problemu bo się dobrze uczy i samo się bawi w pokoju. Ja nie mam z nim problemów. Taka matka nie rozwija jego talentów, nie wspiera. Skoro codzienne obowiązki nie są dla dziecka problemem, to należałoby je wesprzeć i jednocześnie podnosić poprzeczkę.

Mechanizmy z kategorii antyspołecznych, zimnych, przypominają system funkcjonowania państwa - nie reaguje, dopóki nie wydarzy się jakaś tragedia. Dziecko popełniło samobójstwo i już jest polowanie na czarownice, a media to tylko podsycają, bo badania rynkowe pokazują, że uwagę widza przyciągają emocje skrajne - można straszyć piekłem lub obiecywać zbawienie.

A to nie jest tak, że nagle dziecko się zabiło, tylko doprowadził do tego szereg czynników, na które nikt nie zareagował: może to być presja w szkole, presja najbliższego środowiska, problemy rodzinne i/lub w grupie rówieśniczej.

Przychodzą do państwa również rodzice, którzy mają problemy z dziećmi, albo po prostu chcą zwiększyć swoją wiedzę. Czy ci rodzice ufają szkole?

Różnie, jedni kupują pustosłowie, a inni mówią - sprawdzam. Czasami rodzice są zastraszani przez szkołę, czy nauczyciela, że boją się reagować.

Zastraszani? To bardzo poważne oskarżenie!

Owszem, czasami tak się zdarza. Nie chcą robić problemów, bo boją się tego, że na ich dziecku się to odbije, że nauczyciele będą dokuczali dziecku (oceniając niesprawiedliwie, wyśmiewając, porównując), że dyrekcja będzie nieprzychylna.

Często nauczyciel oczekuje, że jeśli powie do dzieci: usiądź, to one od razu usiądą, wstań, od razu wstaną. Mówiąc brzydko - szkoła ogranicza, ogłupia. Rodzimy się twórczy, spontaniczni...

A potem piszemy testy pod klucz?

Właśnie. Pani nie jest przecież w stanie sama stwierdzić, czy umie pani matematykę. Nie, nie, szkoła musi pani powiedzieć, czy umie pani matematykę!

Cóż, w liceum uczono mnie pisania dwóch rodzajów tekstów z języka polskiego: jedne były pod klucz, drugie były dobre...

To może być puenta.