Facebook dla celebrytów?

Jeśli postawić pytanie, w jaki sposób rozpychający się łokciami agresywny 10-latek, wpłynął na promocję gwiazd, to nie ma na nie dobrej odpowiedzi. Przede wszystkim dlatego, że nie można porównywać ery przed Facebookiem z tym, co nastąpiło później. Swoją drogą, czekamy na zdolnego internautę, który p.n.e. zamieni na p.f.b. - a wówczas wokół tego zrobi się medialna wrzawa i postawione zostanie pytanie o przekroczenie kolejnej podobno nieprzekraczalnej granicy.
Tymczasem - myśląc o Facebooku i celebrytach - nie trzeba się ekscytować: oto gwiazdy i gwiazdeczki otrzymały tanie i skuteczne narzędzie do promocji. Mogą sprawnie zarządzać fanpage'ami, dzięki temu, że widzą drobne nawet wahnięcia liczby fanów. Przede wszystkim gwiazdy mogą otrzymywać od fanów merytoryczne uwagi - bo Facebook i Twitter nastawione są na interakcję: otwarte są na informację, że zdarzenia o których mowa, zaszły tak niedawno temu, że prawie w tej chwili.

Żeby było jasne: to termometr o bardzo ograniczonej skuteczności - przy tak wielu składnikach wypowiedzi medialnej właściwie wszystko zależy od interpretacji. Gwiazdy już dobrze wiedzą, że nastroje fanów są zmienne, a nawet kilkaset tysięcy fanów Facebookowych nie zapewnia sukcesu na najbliższe tygodnie. Gwiazdy bywają kapryśne i nieobliczalne - ich gwiazdorskie prawo. Tylko że tak postępować mogą również fani.

Przypadek Kuby Wojewódzkiego - posiadającego jedną z najliczniejszych gromadek fanów, który obraził się i zaprzestał na jakiś czas firmować to miejsce swoim nazwiskiem - jest dobrym przykładem traktowania przez celebrytów tej przestrzeni jako własnej zdobyczy, jako łupu na wciąż trwającej wojnie.

Lekcje, jakie płyną z wizerunkowej siły portali społecznościowych, dotyczą głównie starszego pokolenia. Wprawdzie nadal nie rozumiem, w jaki sposób można zarabiać niezłe pieniądze (większe niż pensja premiera), doradzając, jaki szalik założyć lub na jakich egzotycznych warzywach ugotować zupę, ale już wiem, że dla dziesiątków tysięcy internautów to ważny składniki tworzenia ich tożsamości.

I właśnie o ten "kontent", o tę zawartość treściową rzecz się rozgrywa, gdy powstaje pytanie o "głębokie myślenie". Ile z tego, co uważamy za ważne, mądre i konieczne w misji tworzenia świata lepszym, niż jest, potrafimy przekazać przez media niezbyt głębokie: czyli celebrytów i media społecznościowe.

Dla mnie Facebook nie jest śmietnikiem - głównie dlatego, że zwykle podnoszę rangę tematów, którymi się zajmuję i ludzi, z którymi się kontaktuję.

"Facebook jest dla wielu z nas, jak słońce dla układu słonecznego" pisał niedawno ironicznie Elias Aboujaoude w książce o mocnym podtytule: "Mroczna strona e-osobowości". Inni autorzy, na przykład Wojciech Orliński, też nie mają wątpliwości, że nasze zauroczenie usługami internetowymi, w szczególności FB, jest pełne hipokryzji z domieszką ślepoty.

Myślę, że pokochać Facebook, 10-latka, w takim stanie, w jakim prezentuje się nam w tej chwili, to przesada, a nawet wyraz zdziecinnienia i naiwności. Zaś odrzucić jego możliwości komunikacyjne, to skazać się na przebywanie w zmurszałej wieży z kości słoniowej. Nie pozostaje nic innego jak najechać ("ostatni zajazd?" - przepraszam polonistów) Facebook i odzyskać go dla treści mądrych i atrakcyjnych intelektualnie. Pogadamy za 5 lat.

Więcej o: