Uczelnia chce się procesować z prowadzącym. "Były tylko rozmowy dyscyplinujące"

Żadne naciski na wykładowcę nie były wywierane - zapewniają władze Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie. Twierdzą, że wszelkie tego typu relacje dr Roberta Filipkowskiego to nieprawda i rozważają sprawę w sądzie. Jednak Filipkowski, były wykładowca tej uczelni, nadal potwierdza, że władze Akademii sugerowały, by wszystkim studentom zaliczał egzaminy. Bo od poziomu ich zadowolenia zależały unijne dotacje
- Wszystkie wypowiedzi dr Filipkowskiego są nieprawdziwe - zapewnia dziekan Wydziału Stosowanych Nauk Społecznych APS dr hab. Jarosław Rola, który wspólnie z rektorem Akademii zdecydował o skierowaniu "pisma do komisji dyscyplinarnej przy Radzie Głównej Szkolnictwa Wyższego w sprawie wypowiedzi dr. Filipkowskiego.". Uczelnia nie wyklucza także skierowania sprawy na drogę sądową.

Z wypowiedzi dr Robert Filipkowskiego dla Tokfm.pl wynika, że to władze wydziału miały na niego wywierać presję, by nie stawiał ocen niedostatecznych studentom. Dziekan Jarosław Rola stanowczo temu zaprzecza. - Nie było żadnych nacisków, były tylko rozmowy dyscyplinujące pana doktora. Wszystkie były związane ze skargami studentów i próbowaliśmy tę sprawę rozwiązać, żeby nie było konfliktu między wykładowcą a grupą - wyjaśnia Rola.

Rozmowy "prowadzone w białych rękawiczkach"

Zarzuty stawiane Filipkowskiemu dotyczyły tego "że klimat panujący na wykładach i ćwiczeniach był niewłaściwy, a wykładowca wprowadzał nastrój zniechęcenia." Jednocześnie jednak studenci nie mieli uwag do poziomu merytorycznego zajęć, niektórzy skarżyli się jedynie na to, że dr Filipkowski nie potrafił przekazywać wiedzy. Z tego też względu doszło do kilku spotkań z władzami wydziału.

- Rozmowy były bardzo miłe i spokojne. Można powiedzieć, że były prowadzone w białych rękawiczkach - wspomina dr Robert Filipkowski. - Parę godzin tłumaczono mi: dlaczego nie powinienem wymagać od studentów wiedzy, według mnie, mocno okrojonej; dlaczego warto się zniżyć do poziomu studentów; dlaczego warto zastosować mechanizm typu "student nie musi rozumieć, lepiej żeby znał na pamięć" - mówi. Jednocześnie twierdzi, że władze wydziału dawały mu do zrozumienia, że są z jego pracy zadowolone i chętnie będą z nim współpracowały w przyszłości. - Odczytałem jako sygnał, że jeśli nie wszyscy studenci zdadzą prowadzony przeze mnie przedmiot, to się pożegnamy - relacjonuje Filipkowski. Podkreśla też, jest mu wszystko jedno czy rozmowy te nazwie się naciskami czy w inny sposób. - Ważne jest pokazanie pewnego mechanizmu - mówi.

"Oczekiwałem minimum. To wiedza z liceum"

Dr hab. Jarosław Rola zauważa także, że prowadzący nie uczył według przedstawionego mu syllabusa. Dr Filipkowski miał własny autorski program, który jak - wynikało z informacji studentów - nie był dostosowany do ich potrzeb. Jak podkreśla dziekan, byli to studenci specyficzni (pracownicy pomocy społecznej, którzy w ramach unijnego programu podnosili swoje kwalifikacje), którzy wielokrotnie zwracali dr. Filipkowskiemu uwagę co ich interesuje, a co nie. Ten odpowiada, że konstruując program zajęć dostał wolną rękę od władz uczelni. - Wiedza minimum, której oczekiwałem to taka, której obecnie wymagamy od licealisty - tłumaczy Filipkowski. - Jeżeli jest to za dużo dla studenta, to protestuję przeciwko takiemu systemowi - dodaje.

Obie strony w różny sposób opisują także zakończenie semestru oraz wpisanie ocen. Egzaminu końcowego nie zdało bowiem kilkanaście osób. W mailu, którą przesłał na alert24 i od którego cała sprawa się zaczęła, Dr Robert Filipkowski napisał: "gdy wpisywałem studentom do indeksów oceny niedostateczne, mieli oni już wpisane przez inną osobę oceny lepsze, zaliczające." Dziekan wydziału wyjaśnia, że osoby które nie zdały zwróciły się do niego z prośbą o zmianę osoby przeprowadzającej egzamin poprawkowy, a on na takie rozwiązanie przystał.

- Dr Filipkowski wstawił oceny do systemu komputerowego, nie wpisując ich do indeksu - wyjaśnia dr hab. Jarosław Rola - w związku z tym po przeprowadzeniu egzaminu poprawkowego, osoba która go przeprowadzała wpisała wyniki w obu miejscach - dodaje. Jednocześnie zdaniem dziekana dr Filipkowski zwlekał z uzupełnieniem ocen w indeksach i kiedy zaczął to robić protokoły egzaminacyjne były już zamknięte. -Wszystko to odbyło się zgodnie z literą prawa - zapewnia Rola.

- Dziwi mnie jak szybko zostały te oceny wpisane - odpowiada Filipkowski. Jak wylicza wszystko trwało poniżej dwóch tygodni - zorganizowanie kogoś na zastępstwo, poinformowanie studentów o terminie egzaminu poprawkowego i zdanie go przez studentów. Jak podsumowuje jest zaskoczony i tempem, i efektem. - Założenie było, że wszyscy muszą zdać i to założenie zostało spełnione - konkluduje ze smutkiem dr Filipkowski.

W tej sprawie dostaliśmy także pismo od uczelni - przeczytać możecie je tutaj.