Polscy podróżnicy przeżyli trzęsienie ziemi w Nowej Zelandii [RELACJA]

Marta i Kuba, dwójka polskich podróżników i blogerów w momencie trzęsienia ziemi było w jego epicentrum, mieście Christchurch w Nowej Zelandii. Na swoim blogu opisali, jak wyglądało trzęsienie ziemi z perspektywy osób, które je przeżyły.
- Dworzec, twój autobus właśnie podjeżdża, wstajesz, zarzucasz plecak na ramiona i... ziemia osuwa ci się spod nóg, dosłownie. Do tego ściany zaczynają tańczyć, kawałki sufitu i szkło lecą na głowę. Już w pierwszej sekundzie wiesz - to trzęsienie ziemi! - tak opisuje początek trzęsienia ziemi para polskich podróżników i blogerów.

W momencie pierwszego wstrząsu byli na dworcu autobusowym w Christchurch - to drugie co do wielkości miasto w Nowej Zelandii zostało dotknięte wczoraj trzęsieniem ziemi o sile 6,3 stopnia w skali Richtera. Zginęło co najmniej 65 osób.

Podróżnicy opisują reakcje ludzi i panikę, które towarzyszyły wstrząsom. -Przebiega tłum spanikowanych ludzi. Jesteś tu i teraz. I myślisz intensywnie- wybiec na zewnątrz? Toć to centrum miasta, wysokie budynki, wąska ulica, wszystko się sypie i wali. Zostać w środku? A jeśli dworzec nie wytrzyma i przygniotą cię tony gruzu? - opisują podróżnicy.

W końcu podróżnicy schronili się w niskim wyjściu z dworca. - Nad głową mamy dach, który wygląda solidnie i chroni nas przed niezidentyfikowanymi obiektami spadającymi. Gdyby sufit jednak miał się zawalić możemy łatwo wybiec na zewnątrz - piszą. Jak dodają, nie ma dobrej taktyki uniknięcia odłamków - Co z nami będzie to przypadek, kwestia szczęścia. Szczęście jednak nam dopisuje - piszą.

Na ulicach Armageddon



-Wychodzimy na ulicę i widać, że nie wszyscy mieli tyle szczęścia co my. Niektóre budynki zamieniły się w kupy gruzu, na środku drogi leży do góry nogami jakaś kopuła, która spadła z wieżyczki jednej z kamienic, mijamy kilka zmiażdżonych aut. Pełno płaczących dzieciaków - wracały właśnie ze szkoły. Dorośli akurat mieli przerwę na lunch - sporo osób było na ulicach. Chodniki i asfalt popękane, pozapadane. Ze szczelin wypływa woda i jakieś szare błoto - duża część miasta jest w nim upaprana, toną w tym samochody. Wokół wycie syren i alarmów samochodowych. Armagedon - opisują wygląd Christchurch podróżnicy.

Ratownicy byli na miejscu po kilku minutach

W relacji blogerów czytamy o zapachu ulatniającego się gazu, i natychmiastowej akcji ratunkowej - Nagle, dosłownie kilka minut od trzęsienia, pojawiają się ratownicy. Jeden z nich prowadzi cały zdezorientowany tłum w bezpieczne miejsce, pozostali zamykają zagrożone wybuchem gazu ulice. Jesteśmy pod wrażeniem szybkości i sprawności ich działania. I cierpliwości w kontakcie z rozhisteryzowaną masą - są stanowczy i rzeczowi, ale grzeczni, żaden nie podnosi głosu, spokojnie tłumaczą po kilka razy te same rzeczy - opisują działania ratowników świadkowie

W końcu, po ominięciu korków udaje im się opuścić miasto autostopem. - Czy ten długi, dziwny dzień się naprawdę wydarzył? Wszystko wydaje się takie odległe, surrealistyczne, trochę jakbyśmy po prostu obejrzeli film w telewizji - piszą podróżnicy. Całą relację i zdjęcia można znaleźć na ich blogu.