Jak dziecku ranę opatrywali. Czytelnik opisuje swoje przygody ze służbą zdrowia [LIST]

Poniedziałek, siedzę w pracy. Rano zaprowadziłem syna do szkoły. O godzinie 11 dzwoni telefon. - Dzień dobry. Mówi pielęgniarka ze szkoły. Proszę szybko przyjechać, syn ma rozbitą głowę. Proszę się nie martwić, nic mu się nie stało, ale dobrzy by było pojechać do szpitala i sprawdzić, czy wszystko w porządku. Wsiadam w samochód i lecę.
Faktycznie nie jest źle. Z tyłu głowy rozcięcie na 2 cm, dość głębokie, ale junior w dobrym humorze. Dziękuję pielęgniarce ubieram młodego i jadę na Dekerta. Idę na SOR, ale mówią mi, że mam iść do Ambulatorium Dziecięcego. No to idę. Ludzi masa. Każą się rejestrować, no to rejestruję. Otrzymuję 62. numerek. Pytam, który wszedł.

- 24. proszę pana.

No super, myślę. Siadam z juniorem na ziemi, bo wszystkie ławki zajęte. No to siedzimy. I tak sobie siedzimy 3 godziny. Ludzie coraz bardziej podenerwowani, pojawiają się tacy, którzy mają takie same numerki. Przychodzi kobieta z drugim numerkiem, usiłuje wejść, ludzie jej nie wpuszczają. Dzieciak coraz bardziej zmęczony. Nic dziwnego: 8-latek z rozbitą głową, ma prawo. Robi się marudny. Myślę sobie, że nie mam szans uzyskać tu jakiejś pomocy.

A ma pan skierowanie?

Dzwonię więc do NFZ zapytać się, co mam robić. Pani nie bardzo wie, jak mi pomóc, ale proponuje, abym udał się do przychodni na Dworcową. Co prawda czynna dopiero od 15, ale w sumie zostało mi tylko godzina do otwarcia. Dobra, tak robimy. Jedziemy na Dworcową.

Podchodzę do rejestracji i mówię w czym problem.

- A ma pan skierowanie?

- Nie mam.

- No to co pan, trzeba mieć skierowanie.

- Proszę pani nie planowaliśmy, że junior rozwali sobie głowę.

- No ale co ja mam zrobić? Kobitka jest zdziwiona. - Nie ma jeszcze chirurga i w ogóle trzeba mieć skierowanie. A tak w ogóle to z takimi przypadkami trzeba na Dekerta.

Przyznaję, cholera mnie wzięła i w niewybrednych słowach podziękowałem za pomoc. Biorę juniora i ponownie zaiwaniam na Dekerta. W końcu o godzinie 16 udaje nam się wejść do gabinetu. Pielęgniarka myje ranę, lekarz zakłada kilka plastrów to wszystko. Żadnego prześwietlenia, zastrzyku przeciw tężcowi. Do kontroli za trzy dni.

OK - myślę sobie - ja nie lekarz, zabieram juniora do domu.

Po trzech dniach jedziemy na kontrolę. Bogatszy o doświadczenia jadę dopiero po 16. Nie chcę się znowu urywać z pracy i nie chcę, aby junior opuszczał szkołę. Zachodząc do ambulatorium myślę sobie, że to strzał w dziesiątkę, jedna pacjentka w kolejce. Wchodzimy do gabinetu i mówię, że miałem przyjść na kontrolę, to jestem.

"Przychodnia jest do 14"

- Ale do przychodni miał pan przyjść - mówi lekarz.

- No a to nie przychodnia? - Pytam. - W poniedziałek była tu przychodnia. Coś się zmieniło?

- Przychodnia jest do 14.

- No ale ja w tych godzinach pracuję, a dziecko jest w szkole, to jakiś problem zerknąć, czy się goi i czy nie trzeba zmienić plastrów.

- Panie, co pan myśli, że ja nie mam co robić?

Tak szczerze, to sobie myślę, że nie bardzo ma co robić, ale wolę się nie odzywać. Mam cięty język i mało mi brakuje, żeby czegoś nie powiedzieć, a przecież chcę dzieciakowi pomóc. W końcu lekarz łaskawie patrzy na plasterki.

- Dobrze jest, za tydzień proszę przyjść do przychodni - podkreśla - albo wcześniej, jak się zaczną odklejać. I zarejestrować się.

Ehhhh. Macham ręką. Mam już dosyć, mam kurs pierwszej pomocy. Sam młodemu zmienię te plastry...

Pozdrawiam

Nadesłał Grzegorz Wojtyło

Dziennikarze TOK FM czekają na podobne sygnały