Hoduje lisy... w starych piekarnikach. Weterynarz: Hodowcy to miłośnicy zwierząt

Setki lisów przeznaczonych na futra w fermie na Dolnym Śląsku trzymane są w przerobionych ze starego sprzętu AGD klatkach. Część z klatek nie jest nawet zadaszona. W zeszły piątek próbowali interweniować członkowie Ekostraży - donosi na Alert 24 "Strix". Właściciel fermy aktywistów jednak nie wpuścił, tłumacząc się okresem rozrodczym zwierząt. Odrzuca zarzuty: - A co to za różnicę zwierzętom robi, z czego mają klatki zrobione?!
"W Dolinie Baryczy lisy na futra utrzymuje się w przerobionych nie wiadomo na co starych, zardzewiałych kuchenkach i piekarnikach lub prowizorycznych klateczkach - które nie zapewniają jakiejkolwiek ochrony przez warunkami atmosferycznymi - bez dostępu do wody pitnej i w stanie skrajnego niechlujstwa", alarmuje na Facebooku broniąca praw zwierząt Ekostraż.



"Makabra jakaś! Przyjechali jacyś eko ..."

Ferma Romana Kapuścińskiego w Stawcu koło Milicza na Dolnym Śląsku istnieje od 30 lat. Znajduje się na niej kilkaset przeznaczonych na futra lisów. W ostatni piątek u bram fermy zjawili się członkowie Ekostraży z policją. Ktoś doniósł im, że zwierzęta przetrzymywane są w złych warunkach - poinformował Alert24 czytelnik "Strix".

Właściciel nie pozwolił jednak na przeprowadzenie kontroli, tłumacząc, że trwa obecnie okres rozrodczy i lisów nie można niepokoić. Nie pomogła obecność policji, a na inspekcję nie zgodziła się również zastępczyni powiatowego lekarza weterynarii Natalia Misiek. Jako powód odmowy ona także wymieniła okres ochronny.

- To makabra jakaś! Przyjechali jacyś "eko" i zaczęli burzę, że się znęcam nad zwierzętami - oburza się Roman Kapuściński. - Chcieli wejść, jak teraz mi się samice kocą. Nie pozwoliłem, ale wchodzili i tak, pod płotem - dodaje.

"Będzie pozew o znęcanie się nad zwierzętami..."

Olga Smaga z Ekostraży zaprzecza, by działacze w jakimkolwiek momencie wkroczyli na teren fermy. - Staliśmy po drugiej stronie płotu i stamtąd robiliśmy zdjęcia - mówi. Przyznaje jednak, że osoba, która doniosła im o sprawie, istotnie mogła wchodzić na teren hodowli - wskazują na to zdjęcia, które przysłała stowarzyszeniu obrońców praw zwierząt.

Na fotografiach widać z kolei, że spora część klatek zrobiona jest ze starego sprzętu AGD, nie jest zadaszona, a warunki panujące w hodowli są kiepskie. Ekostraż pisze, że zdjęcia pokazują "nagie fakty". - Nie mamy wątpliwości, że na fermie panują nieodpowiednie warunki i dochodzi tam do znęcania się nad zwierzętami. Inspekcja Weterynaryjna również nie dopełniła swoich obowiązków w zakresie nadzoru nad ochroną zwierząt. Zbieramy właśnie materiał dowodowy, by po długim weekendzie złożyć zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa - oświadcza Dawid Karaś z Ekostraży.

- Zrobili zdjęcia akurat w tych miejscach, w których był bałagan i leżały jakieś klatki... - tłumaczy się właściciel. A to, że część tych klatek zrobiona jest z kuchenek albo piekarników? - Nie wszystkie są takie, ale co to przeszkadza, z czego są zrobione? Jaką to robi lisom różnicę? - pyta. Zaś na zarzut, że wiele klatek jest niezadaszonych, odpowiada: - Jak coś się tam robi, to trzeba przenosić przecież, podnosić dachy... Jest remont, wymieniam też klatki, ale w pięć minut się tego nie da zrobić.

Klatka z piekarnika? Weterynarz: "Czemu nie?"

Co ciekawe, ani powiatowy lekarz weterynarii, ani policja - jak utrzymują - nigdy wcześniej nie mieli sygnałów, że na fermie dzieje się coś niedobrego. - To były pierwsze zastrzeżenia co do panujących tam warunków - mówi rzecznik komendy powiatowej policji mł. asp. Sławomir Waleński.

Wtóruje mu powiatowy weterynarz Józef Witek: - Inspekcje przeprowadzane są co roku. Ostatnia była w listopadzie i nigdy nie stwierdziliśmy poważnych uchybień. Były co najwyżej drobne zastrzeżenia.

Witek tłumaczy również, że jako powiatowy weterynarz ma ograniczone pole manewru. Jedyne warunki, które bezwzględnie spełniać musi ferma hodowlana, to szerokość, wysokość, powierzchnia, zadaszenie klatki oraz bezpośredni dostęp do wody i jedzenia. Czy to znaczy, że zwierzęta mogą być trzymane w starym piekarniku, o ile ma on odpowiednie wymiary? - Przepisy nie wyszczególniają, z czego klatki mają być zrobione, jak długo materiał jest zmywalny i łatwy do dezynfekcji - pada odpowiedź.

Zdjęcia jednak wskazują jasno, że przepisy i tak zostały złamane - nawet jeżeli nie przez fakt umieszczania lisów w mikrofalówce czy piekarniku. Część zwierząt na pewno nie jest chroniona odpowiednio przed warunkami atmosferycznymi - "klatkom" brakuje przecież dachów. - No, rzeczywiście na tych ostatnich zdjęciach nie wygląda to ciekawie. Bezsprzecznie jest to złamanie warunków, ale żeby to stwierdzić, to trzeba pojechać na miejsce - przyznaje w końcu weterynarz.

"Hodowcy nie krzywdzą świadomie zwierząt"

I tu pojawia się problem. Działacze Ekostraży zwracają uwagę, że powiatowy lekarz weterynarii ma prawo w każdym momencie skontrolować każdą zarejestrowaną hodowlę, tymczasem Józef Witek utrzymuje, że nie może pojechać na miejsce, kiedy trwa okres rozrodczy. - Te zwierzęta są bardzo reaktywne. Są przyzwyczajone do wszelkich manipulacji ze strony obsługi, ale każdy obcy element, dźwięk nawet, wprowadza ogromny stres, który kończy się albo tym, że samice ronią, albo tym, że zagryzają swoje młode - wyjaśnia weterynarz.

A kiedy kończy się okres rozrodczy i będzie można przeprowadzić kontrolę? - Najwcześniej w połowie lipca. Lisom nie można przeszkadzać - odpowiada Witek. Zapytany z kolei, czy lisom może "nie przeszkadzać" brak cienia w czasie największych upałów, chwilę milczy. - Pomyślimy po długim weekendzie - mówi w końcu.

I zaraz dodaje pospiesznie: - My jednak wychodzimy z założenia, że hodowcy nie krzywdzą świadomie swoich zwierząt. Z zaniedbanego zwierzęcia nie będzie przecież ładnego futerka. Jeżeli pojawiają się jakieś niedociągnięcia, to na pewno przypadkiem. Hodowcy to w gruncie rzeczy miłośnicy zwierząt, mimo że... na końcu je zabijają.

To działacze zapłacą za straty na fermie?

To jednak nie koniec problemów związanych z fermą. Piątkowe wtargnięcie członków Ekostraży na jej teren miało bowiem skończyć się sporym stresem dla lisów. - Chodzili, krzyczeli, wystraszyli samice... Część młodych przez to została zagryziona... To są zwierzęta dzikie, które nie tolerują obcych - mówi Roman Kapuściński, który w sobotę złożył zawiadomienie w tej sprawie na policję. - Dużo młodych się przez to pomarnowało. Poniosłem straty - dodaje hodowca.

- Nic nam na ten temat nie wiadomo, ale nie niepokoi to nas. Właściciel sam ponosi odpowiedzialność za to, gdzie znajdują się jego klatki. A domki wykotowe [klatki, w których rodzą lisy - przyp. red.] znajdują się tuż przy kiepskiej jakości ogrodzeniu, przez które dostać się mogą inne zwierzęta, które będą niepokoić lisy - mówi Olga Smaga. - Obawa o niepokojenie lisów jest, oczywiście, uzasadniona, ale brzmi nieco śmiesznie w kontekście tych starych klatek zrobionych z piekarników i niechlujstwa panującego na fermie - kwituje.

Rzecznik policji w Miliczu potwierdza, że zgłoszenie Romana Kapuścińskiego rzeczywiście wpłynęło. Właściciel będzie musiał udokumentować swoje straty, a policja ma rozpocząć postępowanie wyjaśniające.