Pracownicy Rutkowskiego zatrzymani w Berlinie. Chcieli uprowadzić 21-latkę? Rutkowski zaprzecza

Czterech pracowników firmy Krzysztofa Rutkowskiego zostało zatrzymanych w Berlinie. Według niemieckich mediów próbowali porwać 21-letnią Polkę, Monikę G. Porwanie zlecili - według niemieckiej prasy - rodzice Moniki lub sam jej ojciec. Nie akceptował on męża córki. Sam Rutkowski zaprzecza, że jego ludzie zostali zatrzymani. Mówi też, że nie porywał żadnej kobiety, a akcja dotyczyła gangu kradnącego TIR-y.
"Ludzie Rutkowskiego zostali zatrzymani w Berlinie za przetrzymywanie i próbę nielegalnego sprowadzenia Polki z powrotem do Polski na polecenie jej rodziców. Poruszali się oznakowanym samochodem Rutkowski Patrol i byli wyposażeni w kamizelki kuloodporne" - napisał do nas na Alert24 Adam Przyklenk, powołując się na telewizję SAT1. Informację o aresztowaniu pracowników Rutkowskiego podaje też Radio ZET. Według radia kobieta to 21-letnia Polka - Monika G.

"Wyglądali jak Spezialeinsatzkommando"

Nasz czytelnik się nie mylił. O próbie porwania 21-letniej Polki z jej domu w stolicy Niemiec pisze m.in. berliński tabloid "BZ". Czterej mężczyźni z oznaczeniami "Rutkowski Patrol" próbowali wciągnąć młodą kobietę do limuzyny w berlińskiej dzielnicy Reinickendorf - opisuje gazeta.

Do zdarzenia doszło w poniedziałek rano. Na wracającą ze sklepu Monikę czekało czarne BMW. Gdy pracownicy Rutkowskiego próbowali zatrzymać dziewczynę, ta wyrwała im się i uciekła do domu. Jej mąż natychmiast zadzwonił po policję. "Ratunku, polskie siły specjalne próbują porwać moją żonę" - wykrzyczał do słuchawki. Nie wiedział wtedy, że Monikę G. usiłowali schwytać ludzie Rutkowskiego.

Niemiecka policja zatrzymała napastników. "Wyglądali jak Spezialeinsatzkommando (niemieckie policyjne siły specjalne)": ubrani na czarno, uzbrojeni, w kamizelkach kuloodpornych - opisuje gazeta. Według "BZ" mężczyźni są pracownikami firmy Rutkowskiego, "znanej z odzyskiwania skradzionych aut", której ludzie "prezentują się w internecie z pistoletami maszynowymi".

Rodzice zlecili porwanie, bo nie akceptowali męża córki?

Według "BZ" Monika G. już po opanowaniu sytuacji przez policję trzymała kurczowo niemiecki paszport, "jakby na potwierdzenie tego, że może przebywać w Niemczech". Prasa nad Szprewą pisze, że ludzie Rutkowskiego działali najprawdopodobniej na zlecenie rodziców, bądź samego ojca Moniki G. Miał on być przeciwny małżeństwu córki z 20-letnim Stanisławem, którego kobieta poznała w Polsce kilka miesięcy temu.

Ludzie Rutkowskiego dostaną zarzuty w Niemczech?

"BZ" określa firmę Rutkowskiego "samozwańczą elitarną jednostką" i podkreśla, że niedoszli porywacze byli uzbrojeni i mocno nastraszyli Monikę G. i jej męża. Teraz za to sami muszą obawiać się niemieckiego wymiaru sprawiedliwości. Policja ustala, czy można im postawić zarzut usiłowania pozbawienia wolności.

Rutkowski zaprzecza: "Nie porwaliśmy nikogo, współpracowaliśmy z policją". Niemiecka policja: "To nieprawda"

Jak stwierdza Krzysztof Rutkowski, żadnego porwania kobiety nie było, a jego ludzie nie zostali zatrzymani przez policję. - Rozpracowujemy grupę o charakterze zbrojnym, zajmującą się kradzieżami TIR-ów. Wcześniej zatrzymaliśmy kilku mężczyzn pochodzenia romskiego na terenie Polski, w Witkowie. Przejęliśmy broń i amunicję - mówi Rutkowski w rozmowie z Alertem24. Jak wyjaśnia, trop prowadził do Berlina, a niemiecka policja poinformowana była o działaniach "Rutkowski Patrol". - Dookoła domu do którego chcieliśmy wejść pojawiło się kilkudziesięciu Romów, zaczęło się robić gorąco. Policja przyjechała nas wesprzeć - mówi. Jak twierdzi, nikt nie został zatrzymany. - Złożyliśmy tylko wyjaśnienia odnośnie naszej akcji i grupy przestępczej - dodaje.

Niemieccy policjanci potwierdzają jednak wersję mediów - Była próba porwania. Nikt z nami nie współpracował - mówi Ivo Habdank, rzecznik berlińskiej policji. Stwierdza także, że pracownicy Rutkowskiego zostali zatrzymani, a w okolicy domu nie było żadnych Romów. W tej sprawie prowadzone jest śledztwo.