Zamordowali 4-letniego Michałka wrzucając do lodowatej Wisły

Na ?raz, dwa, trzy? i plusk. Dwaj mężczyźni wrzucili czteroletniego Michałka do lodowatej Wisły, w Warszawie. Chłopiec żył jeszcze 240 sekund. Mordercy, to konkubent matki chłopca i jego kolega. W pierwszym procesie została skazana również matka dziecka. Potem uniewinniona.
To była jedna z najbardziej bulwersujących opinię publiczną zbrodni w Polsce. Zamordowany został, w okrutny sposób, niewinny, czteroletni chłopiec. Do zabójcy mówiło "tato". "Tato, tato!" - krzyczał, gdy tonął w nurcie Wisły. Po 11 latach od tej tragedii i kilkuletniej sądowej batalii, nie wiadomo dlaczego doszło do tej zbrodni.

Najważniejsze osoby:

- Robert K. (22 lata) - skazany na 25 lat więzienia, za zamordowanie 4-letniego Michałka. Konkubent Barbary S., matki Michałka.

- Daniel S. (20 lat) - skazany na 15 lat więzienia, za pomoc w morderstwie.

- Barbara S. (22 lata) - skazana na 25 lat więzienia, za zlecenie zabójstwa własnego dziecka. Potem uniewinniona.

- Michał S. (4 lata) - ofiara zbrodni. Utopiony w lodowatej Wiśle, w Warszawie, 19 stycznia 2001 roku.

"Tato" odbiera Michałka

Przedszkole na warszawskiej Woli. Około południa. Robert K. dzwoni domofonem. Mówi, że przyszedł odebrać Michałka. Jest z nim kolega, Daniel S. Przedszkolanka poznaje po głosie Roberta K., bo przychodził wcześniej z Barbarą K. po dziecko. Michałek rzuca się na szyję Robertowi K.

Bardzo często przedszkolanka nie widziała osoby, która odbierała dziecko. Jeśli znała ją po głosie, wypuszczała podopiecznego.

Michałek i dwóch mężczyzn idą razem na spacer. Docierają nad Wisłę. W pewnym momencie mężczyźni łapią chłopca za ręce i nogi, kołyszą, "raz, dwa, trzy" - i puszczają prosto do wody. Topiący się Michałek krzyczy: "tato, tato, co robisz!". Zabójcy odwrócili się i odeszli.

Dziecko utrzymuje się chwilę na wodzie, dzięki kurtce. Michałek umiera, jak wyliczył potem biegły, po 240 sekundach. Około 1.00 po południu.

Drugi raz po to samo dziecko

Kilka godzin po morderstwie, Robert K. jeszcze raz przychodzi do przedszkola po Michałka. Tym razem z Barbarą S., matką chłopca. Nie zdradził jej oczywiście, że dziecka już tam nie ma.

Gdy Barbara S. słyszy od przedszkolanek, że Michałka zabrał jakiś mężczyzna, rozpacza. Przypomina, że rano nie mówiła, że ktoś inny przyjdzie po dziecko.

Barbara S. i Robert K. idą na komisariat. Zgłaszają zaginięcie jej syna. Oboje są zdenerwowani. Kobieta rzuca podejrzenie na Piotra S., biologicznego ojca Michałka, z którym jest rozwiedziona. Mężczyzna mieszka na wsi pod Białymstokiem i rzadko utrzymuje kontakt z synem.

Zamarznięte zwłoki w wodzie

20 stycznia, wczesnym rankiem, wędkarz zauważa zwłoki dziecka w Wiśle. Są tak zamarznięte, że biegły nie jest w stanie na miejscu określić, jak zginęło.

Zatrzymany zostaje Robert K. "Tatuś" przyznaje się do winy i wskazuje na współudział Daniela S i Barbary S. Zeznaje, że jego konkubina chciała pozbyć się dziecka, żeby ułożyć sobie życie. (Potem zmieni wielokrotnie zeznania.) Daniel S. też przyznaje się, że pomógł wrzucić Michałka do Wisły.

Cztery dni później odbywa się wizja lokalna. Robert K. i Daniel S. demonstrują na worku z piaskiem, jak wrzucili Michałka do rzeki. Liczą do trzech i wrzucają. "Wrzucili dziecko do wody jak małego kotka" - mówił potem na konferencji prasowej prokurator Leszek Woźniak.

Jednocześnie mężczyźni są przerażeni, tym co zrobili. Histeryzują. Robert K. groził, że się utopi, dlatego podczas wizji ma na sobie kamizelkę ratunkową.

Fragmenty nagrania wideo z wizji zostają udostępnione mediom. Pokazują je wszystkie stacje.

Prokurator Woźniak, na konferencji prasowej, zdradza ustalenia śledztwa. Mówi, że matka Michałka mogła w każdej chwili przerwać to przestępstwo. Miała ze sprawcami kontakt telefoniczny. Według ustaleń prokuratury Barbara S. od listopada poprzedniego roku brała udział w planowaniu zabójstwa.

Tego samego dnia prokuratura stawia jej zarzut współudziału w zabójstwie. 26 stycznia zostaje aresztowana.

Proces

4 grudnia 2001 roku rusza proces. Prokurator zarzuca Robertowi K. i Danielowi S. zabójstwo Michałka. Barbara S. jest oskarżona o zaplanowanie i pokierowanie zbrodnią. Nikt z nich nie przyznaje się do winy.

Robert K. twierdzi, że to był nieszczęśliwy wypadek, czym chroni też współoskarżonych. Nad rzeką był sam z Michałkiem. Odszedł za potrzebą, jak wrócił, zobaczył chłopca na krze. - Kra przechyliła się, Michałek wpadł do wody. Nie wiedziałem, co robić - mówił przed sądem. Twierdzi, że przyznanie do winy wymusiła na nim policja. Pytany o szczegóły nie potrafi nic opowiedzieć.

Ale obciąża jednocześnie Barbarę S. Opowiada, że chciała się pozbyć Michałka, że go "sprzątnie", "utopi", "zabije".

IMiGW, zapytany przez sąd, o lód na rzece feralnego dnia, przysłał oficjalne pismo. Lodu wtedy nie było.

Daniel S. też mówi, że przyznał się, bo zmusili go do tego policjanci. O śmierci Michałka miał się dowiedzieć na komisariacie. Jest bardziej pomysłowy od kumpla. Opowiada, że policjanci razili go paralizatorem, stawiali pod ścianą w worku na głowie, straszyli bronią...

Barbara S. pytana, dlaczego były konkubent ją obciąża, nie potrafi odpowiedzieć. Może ma pretensje, że usunęłam ciążę - domyśla się. Ale mimo, że deklarował, że chce mieć dziecko, dał jej na zabieg 1000 złotych.

Matkę chłopca obciąża Zofia P., kobieta, u której wynajmowała pokój. Michałek spędził też u niej grudzień i początek stycznia. Zofia P. zeznała, że Barbara była złą matką. Mówiła też, że dwa tygodnie przed zabójstwem pytała ją, czy zabierze brudne rzeczy Michałka. Barbara miała odpowiedzieć: "tych rzeczy nie trzeba będzie już prać".

Barbarę S. obciążyła też Iwona S., kobieta, z którą spędziła rok w celi. - Baśka jest osobą pozbawioną uczuć - zeznała. Uważa ją za doskonałą aktorkę: w telewizji widać zbolałą matkę, która płacze i się trzęsie, ale to gra. Jak w Polsacie pokazywali archiwalne zdjęcia z pogrzebu Michałka - opowiadała - każda z nas westchnęła, a ona jadła kanapkę.

Tylko dożywocie

W mowie końcowej prokurator oceniał: to zbrodnia bez precedensu, Barbara S. kierowała zabójstwem swojego dziecka. Nie ma wątpliwości, że wszyscy oskarżeni są winni. Zabójstwo miało być planowane jeszcze w listopadzie. Ostateczna decyzja o wykonaniu, zapadła na randce Roberta K. i Barbary S., wieczorem 18 stycznia - uważał prokurator. Daniel S. miał wziąć udział w zabójstwie pod wpływem chwili.

Dla prokuratora, za tak bestialskie zabójstwo, jest możliwa jedna kara - dożywocie, z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie po 30 latach.

Obrońca Roberta K., żąda pominięcia przez sąd kluczowego dowodu - wizji lokalnej. Jego zdaniem to inscenizacja, bo policja dzień przed oficjalną wizją zawiozła Roberta K. nad Wisłę. Tak polecił prokurator. Tam oskarżony mógł zostać pouczony co ma mówić - podnosił obrońca.

Jego zdaniem nie ma dowodów winy jego klienta. Za Robertem K. powtarza, że to był wypadek. I żąda uniewinnienia.

- Nie ma ani jednego dowodu potwierdzającego winę mojej klientki - mówi obrońca Barbary S. Też chce uniewinnienia.

25 lat więzienia

Wyrok zapada 25 lutego 2002 roku. 25 lat więzienia dla Barbary S. O warunkowe zwolnienie może się starać po 20 latach. To ona zaplanowała, zleciała zbrodnię i kierowała nią. Barbara S. pada na ławę oskarżonych. - Jezu, Boże, nie miałam z tym nic wspólnego - krzyczy.

25 lat więzienia dla Roberta K. Też co najmniej 20 do ewentualnego zwolnienia. Zdaniem sądu, chciał zabić dziecko i zrobił to.

15 lat więzienia dla Daniela S. Co najmniej 12 za kratami. Znalazł się tam przypadkiem, ale poproszony o pomoc w zabójstwie nie zawahał się, pomógł wrzucić Michałka do Wisły.

- Sąd wiele godzin zastanawiał się, jaka kara będzie odpowiednia - mówiła po odczytaniu wyroku sędzia Irena Nowicka-Albin. - Relacje mediów rozhulały negatywne nastroje społeczne, ale sąd musiał się od tego odciąć. Nie możemy wymierzać kar na zamówienie społeczne. - Z jednej strony jest ohydny charakter tego czynu, z drugiej zaś są ludzie, nad których cechami sąd też nie mógł przejść do porządku - mówiła sędzia.

Burza po wyroku

Adwokat Barbary S. uznał wyrok, albo za pomyłkę sądową, albo za wynik oddziaływania mediów.

- Jeśli chodzi o ustalenie winy, to jest to triumf sprawiedliwości - komentuje prokurator.

Duża część publiczności była zawiedziona niskim, ich zdaniem, wyrokiem.

- To szokujący wyrok. Zwalający z nóg. Ja się pytam: dla kogo w takim razie jest kara dożywotniego więzienia? Mogą wyjść po 20 latach, ale i tak będą w sile wieku i będzie im dane ułożyć sobie życie - komentował wyrok były minister sprawiedliwości Lech Kaczyński. Dla niego, powinni zostać skazani na śmierć.

Ówczesna minister sprawiedliwości, Barbara Piwnik, komentowała dla "Gazety Wyborczej": - Opierając się na wieloletniej praktyce, a także znając sędziów, którzy rozstrzygali w tej sprawie - bo sama przecież przez wiele lat w tym wydziale orzekałam, razem z tymi sędziami - uważam, że to jedynie słuszny wyrok, jaki sędziowie mogli wydać. Przy okazji tej sprawy warto powiedzieć, że w wielu wypadkach niewłaściwe, zbyt emocjonalne informowanie po zdarzeniu, informowanie wskazujące wręcz, jaki wyrok powinien zapaść, w efekcie jest szkodliwe - mówiła po wyroku.

Wolna, ale nadal oskarżona

19 września 2002 roku sąd apelacyjny uchylił wyrok wobec Barbary S. Zdecydował, że odsyła jej sprawę do ponownego rozpatrzenia sądowi pierwszej instancji. Uznał, że jej wina nie została dostatecznie udowodniona, że sąd okręgowy nie wziął pod uwagę wszystkich okoliczności, świadczących na jej korzyść.

Jednocześnie sąd apelacyjny utrzymał kary 15 lat więzienia dla Daniela S. i 25 lat dla Roberta K.

Następnego dnia, po 20 miesiącach za kratami, Barbara S. wyszła na wolność. Prokuratura złożyła zażalenie na decyzję o uwolnieniu, ale nie podała żadnego zarzutu. A powinno.

W tamtym czasie, nieoficjalnie można było usłyszeć od prokuratorów, że nie obawiali się ucieczki, czy mataczenia. Bali się, że pozostająca ciągle pod zarzutem zabójstwa własnego dziecka kobieta, może targnąć się na własne życie.

Kolejne procesy Barbary S. i Roberta K.

W drugim procesie Barbary S. i Roberta K. prokurator zażądał dla obojga oskarżonych kar 25 lat więzienia. Obrońcy obojga chcieli uniewinnienia.

Wyrok, który zapadł w czerwcu 2004 był zaskakujący. Sąd uniewinnił Barbarę S. Skazał jednocześnie Roberta K. na 25 lat więzienia.

Sprawa znowu trafiła do apelacji, która podtrzymała wyrok. W końcu musiał się nią zająć Sąd Najwyższy. W styczniu 2006 roku uznał, że linia obrony Roberta K., że został zmuszony przez policję do przyznania się, jest nie do przyjęcia. W jego zeznaniach jest zbyt wiele szczegółów, żeby ktoś je wymyślił, żeby został ich nauczony - uznał SN. Wersję o tym, że chłopiec wbiegł za piłką na lód, sąd uznał za "absurdalną", bo lodu tego dnia nie było. I ostatecznie podtrzymał wyrok.

Co do Barbary S. SN miał wątpliwości. Bo dlaczego Robert K. miałby zabić Michałka. Miał z nim dobry kontakt i "gdyby wyłączyć z tej sprawy matkę dziecka, nie miałby żadnych powodów do zabicia chłopca". Dlatego jej sprawę SN skierował do ponownego rozpoznania.

Ostatecznie uniewinniona

Dopiero siedem lat po morderstwie, prawie w okrągłą rocznicę, 16 stycznia 2009 roku, zapadł wyrok uniewinniający Barbarę S. W tym procesie, nawet prokuratura chciała jej uniewinnienia. Zdaniem prokurator nie było dowodów na to, że matka zaplanowała zabójstwo syna.

- Spisku na życie tego dziecka nie było - powiedziała sędzia. Barbara S. nie miała też motywu. Chęć przejęcia opieki nad Michałkiem wyrażał zarówno biologiczny ojciec dziecka, jak i Zofia P., kobieta, u której wynajmowała pokój. Na jej winę, wskazywała tylko jedna z wielu wersji zbrodni, lansowana przez Roberta K. - uznał sąd.

Niestety nie dowiedzieliśmy się dlaczego Michałek został zamordowany. I pewnie już się nie dowiemy.

Na początku grudnia zeszłego roku sąd przyznał Barbarze S. 110 tysięcy złotych odszkodowania za niesłuszny areszt. Chciała 400 tysięcy.

Barbara S. wychowuje kolejne dziecko, ale trauma nie zniknęła - mówił przy okazji tej sprawy jej adwokat.

Więcej o: