"Jeśli wiatr się wzmoże, to przykro mi, wszyscy zginiemy". Podróż imigranta do Europy

Na łodzi wszyscy palili, bo nic innego nie było do roboty. No, chyba, że był sztorm, a fale przelewały się przez burty statku. Dla Mohameda Munadiego sztorm był ulgą. Pozwalał się czymś zająć. - Tam, kiedy woda jest czarna, a ty się boisz, jest gorzej niż na pustyni. Myślisz, jak umrzesz. Pytałem samego siebie: "Mohamed, zrobiłeś to wszystko dla pracy? Dla Europy?"
Mohamed Munadi zapala papierosa, patrząc na słońce wstające nad Orią w południowych Włoszech. Jak dla wielu tunezyjskich imigrantów, włoskie miasteczko stało się dla niego przymusowym przystankiem w drodze do Francji. Jego wieś niewiele ucierpiała w czasie rewolucji w Tunezji. Ale kiedy w sąsiedniej Libii wybuchła wojna domowa, Mohamed postanowił uciec. Do Europy, która wcale nie chce ani jego, ani tysięcy jemu podobnych. A mimo to jadą.

Fala uciekinierów ze zrewoltowanych krajów arabskiego Maghrebu - głównie z Tunezji, a teraz Libii - wzmocniła i tak już potężny strumień imigrantów, płynących co rok do Europy z Afryki do Hiszpanii, Włoch i przede wszystkim do Francji. Tylko na położonej 60 mil morskich od wybrzeży Tunezji włoskiej wyspie Lampedusa, która stała się już ikoną imigranckiego problemu Europy, ląduje rocznie około 30 tys. ludzi. Przez cztery ostatnie miesiące przypłynęło więcej, w tym Mohamed. Oto droga imigranta do Europy.

Droga na Lampedusę

10 marca Mohamed opuścił rodzinną wieś Dahibah. Tę decyzję podjął sam. Decyzję o tym, czy może zostać w Europie, do której dotarł, podejmą inni. Urzędnicy, którzy pozwolą mu - lub nie - pozostać w UE. Ale kiedy Nicolas Sarkozy i Silvio Berlusconi zażądali na szczycie w Rzymie 26 kwietnia, by umożliwić przywrócenie kontroli granicznych w obszarze Schengen w przypadku - jak to określili - "wyjątkowych okoliczności", mieli na myśli takich ludzi jak Mohamed - pisze brytyjski "Guardian".

Jeśli Francja będzie mogła zablokować jadące z Włoch pociągi z imigrantami (większość z nich pochodzi z dawnych francuskich kolonii i w dawnej metropolii widzi szansę na lepsze życie), to niemal na pewno to zrobi. - Nie widziałem telewizora od 2 miesięcy, ale wiem, co się dzieje - o spotkaniach i umowach - mówi "Guardianowi" Munadi. - To dziwne, że twoje życie jest w rękach kogoś, kogo nigdy na oczy nie zobaczysz. Naszą rolą jest czekać. Ciągle czekać. Jak na łodzi.

"Jeśli siła wiatru wzrośnie, to przykro mi, wszyscy zginiemy"

W Dahibah Munadi pracował wraz z braćmi jako szmugler paliwa. W małej wsi upadek autorytarnego prezydenta Ben Alego były mniej ważny od domu, który budował na ziemi swoich rodziców. Tam życie niewiele się zmieniło. Ale potem zaczęła się rewolucja w Libii i zrobiło się niebezpiecznie. - Szmugiel paliwa już się nie opłacał. Wiedziałem, że jeśli tu zostanę, nie będzie pracy - mówi prosto Munadi.

Wbrew namowom rodziców dołączył do tysięcy Tunezyjczyków, którzy, korzystając z porewolucyjnego chaosu, podjęli próbę nielegalnego przedostania się przez Morze Śródziemne. W porcie Dżerba dogadał się z człowiekiem, który za 2 tys. dinarów (900 funtów brytyjskich -red.) załatwił mu miejsce na łodzi rybackiej. Tydzień po wyjeździe z rodzinnej wsi, po kilku dniach czekania na dobrą pogodę, załadował cały swój dobytek - jedną torbę - na tratwę, którą dotarł do łodzi. Tam było już pięćdziesięciu takich jak on.

20-letni kapitan łodzi wydawał się pewny siebie. Ludzie byli szczęśliwi, śpiewali, robili sobie zdjęcia. Drugiego dnia rozszalał się sztorm, i ten sam kapitan powiedział przestraszonym ludziom, że "jeśli wiatr nie będzie silniejszy, to przeżyją, ale jeśli jego siła wzrośnie, to on przeprasza, ale wszyscy tu zginą". - Nigdy nie zapomnę tej chwili - mówi "Guardianowi" Munadi.

Piekło Lampedusy

Po trzech dniach szczęśliwie wylądowali na Lampedusie. Na wyspie, oprócz ok. 5 tys. stałych mieszkańców, tłoczą się tysiące nielegalnych imigrantów - Libijczycy, obcokrajowcy-uciekinierzy z Libii i ludzie z krajów subsaharyjskich. Ale większość to imigranci z Tunezji, którzy ruszyli do Europy w nadziei na pracę. Budują na wysepce prowizoryczne schronienia w jaskiniach. Mogą uważać się za szczęśliwców - żyją. Wczoraj "Guardian" doniósł o łodzi imigrantów, która 16 dni dryfowała po Morzu Śródziemnym. Nikt jej nie pomógł. 61 z 72 stłoczonych na małym statku ludzi zmarło z głodu i pragnienia. W ciągu ostatnich 3 miesięcy ponad 800 zmierzających na Lampedusę osób zginęło w morskich falach.

- Wielu z tych, których wyławiamy z morza, podróżowało wiele dni. Ludzie są ściśnięci jak sardynki. Nie mogą się poruszać, nie mogą sobie pomóc, nie mogą załatwiać potrzeb fizjologicznych. Dla ludzi z krajów subsaharyjskich podróż morska to ostatni etap drogi trwającej od miesięcy. Przypływają tu wykończeni, zdemoralizowani ludzie - opowiada Diego Bianchi, lekarz z Zakonu Maltańskiego.

Munadi był na Lampedusie 10 dni. - Spaliśmy w porcie pod gołym niebem, bo centrum dla uchodźców było przepełnione - opowiada. Potem dostał czasowy dowód tożsamości i wraz z 1,4 tys. imigrantów wsiadł na prom do miasta Taranto w południowych Włoszech.

Obóz. Druty kolczaste i czekanie na wizę

Na brzegu czekały na nich autobusy, które odwiozły ich do obozu dla uchodźców w rejonie Puglii. Obóz to położone na trawiastych nieużytkach między miastami Manduria i Oria, otoczone drutem kolczastym miasteczko niebieskich namiotów. Zamiast przewidzianych 1,5 tys. ludzi już tłoczy się w nim ponad 2 tys. osób. W obozie są dwa punkty wydawania posiłków, sanitariat z prysznicami, które często się psują, i dziesiątki policjantów. Organizacja Lekarze Bez Granic określiła warunki panujące we włoskich centrach dla imigrantów jako "nieakceptowalne".

- Ludzie są wściekli. Nie wiedzą, co ich czeka. Piją, wdają się w bójki. Wiele razy chciałem już, by zabrali mnie z powrotem do Tunezji - opowiada Munadi. Raz uciekł z obozu. Przeszedł kilkadziesiąt kilometrów na południe, w kierunku Bari, ale policja przywiozła go z powrotem do obozu. Teraz czeka na otrzymanie sześciomiesięcznej unijnej wizy, która umożliwi mu podróżowanie po Europie. Co dzień na ścianie obozowego posterunku policji pojawia się nowa lista szczęśliwców, którzy ją dostaną. - Wstajemy z łóżek dla tej listy - mówi Munadi.

Po tym, jak władze uruchomiły procedurę przyznawania wiz, imigrantom zezwolono na czasowe opuszczanie obozu. Ludzie z Orii witali ich różnie. Jedni gościnnością, inni - jak właściciele niektórych restauracji - ograniczeniem godzin, w których imigranci mogli korzystać z ich usług. - Jesteśmy małym miastem, zależnym od ruchu turystycznego - tłumaczy Emilio Dell'aquila, szef miejscowej policji. - Rozumiem. To ich dom - mówi na to Munadi. - Za naszą obecność tutaj powinniśmy przepraszać - dodaje.

Rzym, Paryż, deportacja?

Jeśli dostanie wizę, wcale nie będzie mu łatwiej. Potrzebuje pieniędzy na pociąg do Francji, a może je dostać tylko od rodziny. Bez dowodu tożsamości przesłanie funduszy z Tunezji okazało się trudne. Tymczasem libijska wojna domowa przelała się ostatnio przez tunezyjsko-libijską granicę. Po obu stronach padli zabici i ranni. Do domu nie ma po co wracać. A na francuskiej granicy czekają policjanci, którzy dostali z Paryża rozkaz zatrzymywania nawet tych Tunezyjczyków, którzy dostali czasową wizę, przed wjazdem na terytorium V Republiki.

W obozie Tunezyjczycy siadają wieczorami przy ogniskach i rozmawiają - o polityce, o nowej Tunezji. Mohamed snuje plany. - Jeśli dostanę wizę, pojadę do Rzymu, zrobię zdjęcia. Przez jeden dzień będę i imigrantem, i turystą. A potem pojadę do Paryża, gdzie kuzyn przyjaciela załatwi nam pracę w piekarni. To prosta praca, i, jeśli Allah pozwoli, uda nam się. Kolega będzie piekł, a ja będę się uczył - zwierza się "Guardianowi".

Nawet jeśli Munadi dotrze do Paryża, to mogą go stamtąd w przyszłości deportować. Na razie marzy o tym, że pewnego dnia ludzie na całym świecie będą mogli podróżować tak, jak w czasach pierwotnych. Bez żadnych granic.