Islandia nie chce być wyspą na końcu świata

Po tym jak wyspa na dalekiej północy znalazła się na skraju bankructwa, jej mieszkańcy postanowili się przypomnieć Europie.
Na Islandii panuje najgorętsze lato od wielu lat. W Reykjaviku i okolicach temperatura powietrza przekracza 20 stopni Celsjusza (rzadko kiedy dochodzi tutaj do 20 stopni). - Słońce dodaje nam nieco optymizmu, ale ogólnie nastroje są fatalne. Jest po prostu źle i zaczyna to docierać nawet do tych, którzy pozostawali optymistami wierząc, że lato przyniesie poprawę sytuacji - mówi Paweł Eryk, Polak mieszkający na Islandii, redaktor serwisu islandia.org.pl.

Islandczycy mają dość bycia wyspą na końcu świata. Po masowych protestach sprzed kilku miesięcy - pierwszych od niemal pół wieku - nastąpiła prawdziwa polityczna rewolucja. Islandia skręca w stronę Unii Europejskiej.

Islandczycy chcą być Europejczykami...

Islandia to kraj, w którym wielcy polityczni utopiści - od Platona, przez Tomasza Morusa, po Karola Marksa - mogliby śmiało realizować swoje wizje. Na całej wyspie mieszka około 300 tys. osób, w tym niemal dwie trzecie w stolicy i jej okolicach. Kraj - dla turystów, ale także dla mieszkających tu na stałe obcokrajowców - sprawia wrażenie uśpionego.

Wyjście na ulice tysięcy głównie młodych ludzi na początku roku obudziło społeczeństwo islandzkie. Po raz pierwszy od 1949 r. (sic!) ludzie manifestowali publicznie na taką skalę. Dotychczas spokojny naród przeistoczył się w żądny zemsty tłum. Protestujący atakowali policjantów, rzucali kamieniami w budynek parlamentu, podpalili świąteczną choinkę na głównym placu Reykjaviku. Swoją niespodziewaną agresją zaskoczeni byli przede wszystkim... sami Islandczycy. Sobotnie demonstracje pod siedzibą parlamentu w Reykjaviku jeszcze przez kilka miesięcy łączyły młodych ludzi, którzy obecnie są największymi zwolennikami wstąpienia do UE.

- W tej złości, frustracji i pustce, wygląda na to, że republika znów odzyskała swoje nogi by nie powiedzieć głos. (...) Co najważniejsze, dyskutuje się - w parlamencie, przy stole, a nawet w publicznych łaźniach - o tym, jak nowa republika odnajdzie samą siebie, jakie będą przyświecały jej wartości, jaką twarz pokaże światu i jak odnajdzie się w przyszłości - pisał Jonas Moody tuż przed kwietniowym wyborami parlamentarnymi w popularnym magazynie "Iceland Review".

Nowy socjaldemokratyczny rząd Johanny Sigurdardottir uważa wejście Islandii do Unii Europejskiej za swój priorytet. 16 lipca islandzki parlament Althing głosami 33 do 28 upoważnił rząd , by rozpoczął oficjalne rozmowy z Unią. Minister spraw zagranicznych Ossur Skarphedinsson wręczył już wniosek o przyjęcie Islandii do UE szefowi MSZ Szwecji - Carlowi Bildtowi oraz szefom dyplomacji wszystkich krajów członkowskich UE. To historyczna chwila dla Islandii i jej mieszkańców.

... ale nadal są dumni

- My Islandczycy, czasami myślimy, że jesteśmy wyjątkowym rodzajem ludzi. Chcemy wszystko za nic. Jesteśmy przecież tacy wyjątkowi. Z najsilniejszym człowiekiem świata, z Miss Świata, z najpiękniejszą na świecie przyrodą. Tak, tak, my Islandczycy jesteśmy wyjątkowi, dlatego potrzebujemy - a nawet należy nam się - specjalne traktowanie w procesie przystępowania do UE. Jednak świat nie jest taki prosty. Ziemia nie jest płaska. I księżyc nie jest z sera - pisze w jednym ze swoich esejów Páll Stefánsson, międzynarodowej sławy fotograf, wielki zwolennik akcesji Islandii do UE.

Według majowego sondażu Gallupa, aż 61 proc. Islandczyków opowiada się za rozpoczęciem negocjacji w sprawie przystąpienia do Unii Europejskiej. Ale już na pytanie o przystąpienie do UE zdania są podzielone - 39 proc. mówi tak, tyle samo mówi nie i aż 22 proc. jest wciąż niezdecydowanych. Przed Islandczykami jeszcze długa droga, by stać się częścią UE - nie tyle prawna (szacuje się, że dwie trzecie islandzkich przepisów jest zgodnych z unijnymi), co mentalna.

Islandczycy bowiem bardzo cenią sobie swoją niezależność i niezwykłość. Może dlatego dość niechętnie obnoszą się swoimi emocjami. Pytając ich o stosunek do panującego kryzysu, odpowiadają zwykle bardzo enigmatycznie w stylu "jakoś to będzie", "nie jest tak źle". Obcokrajowcowi przebywającemu tu tylko na chwilę - a zwłaszcza Polakom skłonnym do wiecznego narzekania - może się to wydawać nieodpowiedzialne z ich strony. A może Islandczycy po prostu nie chcą, by obcokrajowiec zwątpił w sielskość ich wyspy?

Po kwietniowych wyborach parlamentarnych polityczna gorączka w społeczeństwie i wśród polityków opadła. Premier Johanna Sigurdardottir, ciesząca się wielką popularnością w islandzkim społeczeństwie, postawiła przed sobą wielkie zadanie - chce przekonać Islandczyków, że są Europejczykami. Ale to wymaga wyrzeczeń z ich strony, a na to nie ma zgody. Paweł Eryk opowiada, jak rozmawiał niedawno z grupą 18-latków na temat ostatnich wydarzeń politycznych. - Spytali mnie, czy jak wejdziemy do UE to piwo nie podrożeje. Młodzi myślą tylko o tym, by w niedzielę się upić do nieprzytomności i zapomnieć o świecie. Mają to gdzieś tak długo, jak ojcu nie odbiorą landrovera za niespłacenie rat - opowiada. Land rovery mają tu nawet specjalną ksywę - "game over", a piwo i tak jest tutaj najdroższe w Europie, jeśli nie na świecie.

i boją się biedy

Islandczycy wciąż wierzą, że poradzą sobie z kryzysem i nie będą musieli dramatycznie zmieniać swoich przyzwyczajeń. Islandzkie społeczeństwo w bardzo krótkim czasie - według wielu komentatorów w zdecydowanie zbyt krótkim - wzbogaciło się i przeskoczyło na bardzo wysoki poziom życia. Wszystko dzięki zasobnym łowiskom otaczającym wyspę. Do czasu kryzysu finansowego w Islandii nie toczono faktycznie debaty na temat przystąpienia do UE, głównie ze względu na odrzucenie przez Islandczyków wspólnej, unijnej polityki połowowej. Strach przed wpuszczeniem drapieżnej unijnej floty rybackiej (o czym na każdym kroku przypomina wciąż silne lobby rybackie) jest koronnym argumentem przeciw wejściu do UE.

Rybołówstwo, choć nadal jest jedną z głównych gałęzi islandzkiej gospodarki, traci na znaczeniu. Młodzi nie czują się już tak silnie związani z tradycjami rybackimi. - Islandczycy są już raczej pogodzeni z losem i coraz mniej chce im się protestować. W mediach toczy się dyskusja o Unii, ale w porównaniu do tej, jaka odbywała się przed referendum w Polsce jest ona mało merytoryczna - uważa Paweł Eryk. W podobnym tonie wypowiadają się islandzcy publicyści. - Z jednej strony mamy ludzi, którzy są przedstawiani - w stylu zimnowojennej retoryki - jako zdrajcy, którzy chcą sprzedać cudzoziemcom niepodległość Islandii. Z drugiej, mamy ludzi, którzy są przedstawiani jako chcący zerwać wszystkie połączenia ze światem zewnętrznym. O rzeczywistych wadach i zaletach przystąpienia do UE słyszymy bardzo niewiele - ubolewa w najpopularniejszej na Islandii anglojęzycznej gazecie "The Reykjavik Grapevine" Valur Gunnarsson.

Na drodze Islandii do Unii Europejskiej stoją trzy poważne przeszkody. Po pierwsze - polityka połowowa, po drugie - fatalny stan gospodarki (w takiej formie UE nie przyjmie żadnego kraju), a po trzecie - opinia publiczna. Jeszcze w październiku, czyli w okresie apogeum kryzysu, aż 58 proc. Islandczyków było chętnych wstąpić do UE, dziś jest to już tylko 39 proc. Młodzi ludzie - którzy jeszcze kilka miesięcy temu masowo wychodzili na ulice i doprowadzili do największego kryzysu politycznego od czasu uzyskania przez Islandię pełnej niepodległości w 1944 r.- dziś wolą korzystać ze słonecznej pogody na podgrzewanych plażach.