Miedwiediew walczy z nihilizmem

Dmitrij Miedwiediew obiecuje zwalczać, jak to zgrabnie nazywa, "nihilizm prawny", który jego zdaniem przeżera kraj. Ale jego podwładni zachowują się tak, jakby brali udział w mistrzostwach w łamaniu praw i ludzkich, i naturalnych - felieton z cyklu "Z Rosji o Rosji"
Kiedy w Rosji wsiadasz do przypadkowego samochodu i odruchowo zapinasz pasy, prawie na pewno usłyszysz, że narażasz się na wielkie niebezpieczeństwo. Kierowca opowie ci straszną, a przy tym absolutnie, jak zapewnia, prawdziwą historię krewnego albo co najmniej przyjaciela, który przypiął się pasami i tylko dlatego zginął w wypadku.

Słowem, pasy bezpieczeństwa zabijają. I gdyby wierzyć tym wszystkim opowieściom, należałoby uznać, że to nie choroby serca, jak bezczelnie kłamią statystycy, lecz pasy bezpieczeństwa są najczęstszą przyczyną śmierci obywateli Federacji Rosyjskiej.

Kogoś bliskiego, kto zginął tak tragicznie, opłakuje pewnie i sam premier Władimir Putin. W każdym razie pasów nigdy nie zapina.

Kilka dni temu przyjmował w swoim ulubionym Soczi swego ulubionego "druga" Silvia Berlusconiego. Radośnie go uściskał, wsadził do mercedesa, sam wskoczył za kierownicę i popędził, wyciskając z maszyny wszystko, co niemiecka solidna fabryka jej dała. Pasami się oczywiście nie przypiął. Zaraz potem w tym samym Soczi popisał się przed dziennikarzami swoją nowiutką ładą niwą. Podjechał do nich też oczywiście niezapięty, co doskonale widać na setkach zdjęć.

Milicja powinna pewnie wysłać taką fotkę do premierowskiego domu w Nowo Ogariewie z żądaniem opłacenia mandatów za złamanie przepisów o ruchu drogowym. Ale i prości funkcjonariusze drogówki, i ich przełożeni doskonale wiedzą, że za próbę zwrócenia uwagi rozpasanemu premierowi to oni dostaliby pasy.

I tak premier, z wykształcenia prawnik, pokazuje obywatelom, jak należy traktować przepisy.

Jego następca na prezydenckim fotelu Dmitrij Miedwiediew, prawnik obiecuje zwalczać, jak to zgrabnie nazywa, "nihilizm prawny", który jego zdaniem przeżera kraj. Ale jego podwładni zachowują się tak, jakby brali udział w mistrzostwach w łamaniu praw i ludzkich, i naturalnych. Oni czują się wielcy i bezkarni, więc, jak to się mówi w Rosji, im "morze sięga tylko do kolan". I żeby to pokazać, gotowi są złamać kark. Dosłownie.

Dlatego najbardziej niebezpieczną profesją u naszego wielkiego sąsiada jest robota gubernatora. Bo gospodarze regionów giną jak muchy. Gubernator Sachalina Igor Fartchudinow zginął w katastrofie śmigłowca, bo wbrew przepisom o bezpieczeństwie lotów i naturalnym prawom przyrody zmusił pilota, by ten wystartował w czasie burzy. Nieodżałowanej pamięci gubernator Krasnojarska Aleksander Lebiedź też kazał swemu pilotowi lecieć po omacku we mgle. Michaił Jewdokimow z Kraju Ałtajskiego, niczym sławny książę Jusupow, który lubił pędzić swoją trojką na złamanie karku po ulicach Monako, rzadko kiedy jeździł swym mercedesem po oblodzonych syberyjskich drogach z szybkością poniżej 200 km/godz. Kiedy jego wóz zderzył się czołowo z innym, gubernator oczywiście nie był przypięty pasami. Igora Jesipowskiego, gubernatora Irkucka, zgubiła cała rewia "prawnego nihilizmu". W nocy ze szperaczem z helikoptera polował na niedźwiedzie w rezerwacie. Jak piszą moskiewskie gazety, jego śmigłowiec rozbił się o drzewo, kiedy myśliwi próbowali wciągnąć na pokład ubite zwierzę.

Ten apel gubernatorów poległych w trakcie brawurowych zabaw można by jeszcze przedłużać. Ale przecież nie tylko oni. Inni dygnitarze rosyjscy bardzo lubią pokazywać narodowi, że dla nich kodeksy i przepisy to "morze do kolan".

I to, że krajem od prawie 10 już lat rządzą prawnicy, nic nie zmienia. Chociaż może w Rosji działa zupełnie inna zasada. Tu już kiedyś przecież rządził prawnik Władimir Uljanow Lenin, a jego bolszewicy bezceremonialnie rozprawiali się ze wszelkimi prawami.