Holandia ustanawia prawem neutralność sieci

Ustawodawcy w Holandii przyjęli właśnie ważną ustawę, według której dostawca internetu nie będzie mógł blokować, przyspieszać lub zwalniać ładowania się poszczególnych stron internetowych, niezależnie od ich zawartości i tematyki (czy będzie to porno, strona z torrentami czy portal internetowy). Holandia jako pierwszy kraj w Europie zapisała ustawową neutralność sieci.
Do tej pory neutralność sieci traktowana była raczej jako umowa dżentelmeńska między dostawcami treści (na przykład Gazeta.pl, Google, Facebook, Wykop) a dostawcami usług internetowych (na przykład UPC, Netia, Orange). Holandia jako pierwszy kraj w Europie skodyfikowała te niepisane ustalenia.

Neutralność sieci w Holandii

W myśl nowego prawa holenderscy dostawcy internetu nie mogą śledzić swoich użytkowników ani wpływać na ruch w internecie; wyjątkami od tej reguły może być przeciążenie sieci lub jej bezpieczeństwo. Jednym z ważniejszych zapisów jest ten, który stwierdza, że dostawca internetu nie może nadawać priorytetu ruchu (czyli przyspieszać) poszczególnym stronom internetowym. W praktyce wygląda to tak, że należący do Agory serwis VOD Kinoplex nie może działać ani szybciej, ani wolniej niż analogiczny serwis VOD należący do Onetu. Nie może wystąpić też sytuacja, w której konsumenci muszą płacić wyższy abonament, aby mieć pełny dostęp do zasobów sieci, zaś użytkownicy, którzy płacą mniej, mogą korzystać wyłącznie z najpopularniejszych stron internetowych. Użytkownik może być odłączony od sieci tylko w przypadku, gdy z jego winy dochodzi do jej przeciążenia (czyli na przykład gdy osoba ściąga z internetu ogromne pliki). Nawet wówczas jednak przed ostatecznym odcięciem użytkownik musi być o tym poinformowany.

- To pierwszy tak silny głos w debacie, wydany w dodatku przez silne państwo członkowskie Unii Europejskiej - komentuje Katarzyna Szymielewicz, prezes fundacji Panoptykon, działającej na rzecz ochrony praw człowieka w szeroko pojętym internecie.

Co to jest neutralność sieci

Neutralność sieci to ogólnikowe założenia, według których usługi, aplikacje czy treści mają być w internecie traktowane równo, niezależnie od protokołu, usługi czy źródła danych. Innymi słowy - niezależnie od treści, odbiorcy czy rodzaju sieci - wszyscy korzystający z internetu powinni móc używać go na równych prawach. Przykładem łamania neutralności sieci może być sytuacja, w której dostawcy treści płacą operatorom sieci internetowych, aby ich materiały dostarczane były szybciej. W dużym uproszczeniu można stwierdzić, że usługodawcy powinni traktować cały ruch sieciowy równoprawnie.

- Neutralności sieci jako takiej nie mamy - stwierdza Szymielewicz - przeważnie nie ma woli politycznej, aby to zmienić.

Gdyby neutralności sieci zabrakło

- Internet bardzo ogólnie można porównać do systemu dróg - tłumaczy Szymielewicz. - Teraz jest on otwarty dla każdego pojazdu, czyli dla każdego użytkownika, każdej firmy i każdej strony, która zechce się w nim pojawić. Im więcej jest jednak pojazdów, tym bardziej drogi stają się zakorkowane. Wówczas środowiska biznesowe zaczynają alarmować, że już wkrótce nie będzie można z nich korzystać; no, chyba że za odpowiednią opłatą. A drogi muszą być dostępne dla każdego.

Całkiem realną sytuacją jest bowiem taka, w której najwięksi dostawcy internetu w Polsce zawierają między sobą umowę i ograniczają darmowy dostęp do pełnych zasobów sieci.

- W takiej sytuacji cierpią wszyscy, bo ograniczona staje się między innymi możliwość wymiany informacji - mówi Szumielewicz. Taki scenariusz wydaje się zbyt abstrakcyjny? Znane są już przypadki, gdy telekomy próbowały naginać zasadę neutralności sieci. Brytyjski operator O2 zapowiedział, że w nowej sieci LTE zaproponuje dostawcom np. filmów "pas szybkiego ruchu". Odpowiednio płatny, za to z gwarancją, że to ich dane będą miały w sieci O2 priorytet. Z kolei np. w Holandii Vodafone kazał kiedyś swoim klientom płacić dodatkowo, jeśli chcieli używać na smartfonie Skype'a. Teraz w Holandii taki zapis nie może mieć prawa bytu.

W Polsce również mamy przypadki naruszania neutralności sieci. W 2006 roku okazało się, że największy w Polsce operator dzielił ruch internetowy na trzy kategorie przedsiębiorców. I dwóm grupom TP SA ograniczała szybkość transmisji. W efekcie gdy klienci TP próbowali wejść na serwisy należące do o2.pl, mieli wrażenie, że strona bardzo wolno się ładuje. TP SA przegrała wówczas sprawę w sądzie.