"Mediacje": Jakie standardy wprowadza dziennikarstwo internetowe?

Niezależny portal "The Huffington Post" zostanie sprzedany koncernowi medialnemu AOL. Ta sama korporacja wydała wewnętrzną instrukcję dla redaktorów serwisów internetowych, że od tej pory mają być jeszcze bardziej reagować na zapotrzebowania odbiorców. Czy czytelnik stanie się klientem? I czy idzie za tym spadek poziomu dziennikarstwa? M.in. o tym dyskutowali goście Ewy Wanat w audycji "Mediacje".


Odnoszący sukces portal informacyjny "The Huffington Post" zostanie sprzedany koncernowi medialnemu AOL za 315 mln dolarów. Redaktor naczelna i właścicielka "HuffPo" - Arianna Huffington - będzie się teraz zajmowała wdrażaniem standardów i integracją pionów informacyjnych obydwu firm. "The Huffington Post" do tej pory uważany był za przykład niezależnego od koncernów medium, które odniosło sukces. W 2008 roku portal został uznany przez tygodnik "The Observer" za najbardziej wpływową na świecie stronę-blog, a założycielka portalu w 2009 zajęła 12. miejsce wśród najbardziej wpływowych kobiet świata magazynu "Forbes".

Odbiorcy jako klienci

- "The Huffington Post" to nowe, niezależne dziennikarstwo. Bardzo ciekawy przykład tego, jak działa medium w nowych czasach - komentował w audycji Paweł Stremski, kierownik redakcji newsowej Gazety.pl. - Warto spojrzeć, co stoi za sukcesem "The Huffington Post". Każdy, kto wejdzie na ich stronę główną, zobaczy, że dominują tematy bardzo poważne. Ale to jest tylko pozór. Pani Huffington zastosowała prostą strategię, która doprowadziła portal do sukcesu - wykreowała wizerunek portalu jako medium zaangażowanego, do którego trzeba mieć jakiś stosunek. Jedni je kochają, inni nienawidzą. Jednak słupki i wyniki przedstawiane reklamodawcom, "The Huffington Post" zbiera gdzie indziej. Jak? Publikując m.in. informacje o celebrytach i ciekawe filmiki z internetu, czyli rzeczy, które tradycyjnie nie mieściłyby się w jednym medium - dodał.

Zdaniem Stremskiego w nowych mediach model, który stosuje "HuffPo", jest powszechny. Wiele portali stara się robić to samo. - Media są firmami. Przynoszą zysk i jak tego nie robią, to są zamykane - dodał.

Dajemy to, czego chce czytelnik

Także zdaniem dr Płudowskiego tego typu dziennikarstwo - internetowe, bez oparcia w wydaniu prasowym bądź w tradycyjnych przekaźnikach - nie jest u nas nowe. - Mamy wiele przykładów mediów, które nie stosują tradycyjnych dziennikarskich zasad przygotowania informacji i mamy coraz więcej mediów, które kierują się oczekiwanym zainteresowaniem czytelników. Traktują ich jak klientów. Dają to, czego szukają. Nie to, co wydawca uzna za potrzebne, aby świadomie uczestniczyć w życiu społecznym - podkreślił dr Płudowski.

Jak podkreślił, zdarza się to w większej skali w Stanach Zjednoczonych niż w Europie, ponieważ amerykańskie media mają inną genezę powstania. - U nas zaczynaliśmy od mediów publicznych, dopiero od lat 80. pojawiały się kanały prywatne. W USA było na odwrót. Tamten model jest bardziej naturalny niż w Europie - zauważył medioznawca.

Ewa Wanat dodała, że możliwość dokładnego zbadania, co interesuje odbiorców wymusza zmiany na całym poziomie dziennikarstwa. - Odbiorcy wymuszają inny rodzaj działania. Do tej pory dziennikarstwo funkcjonowało w postaci czwartej władzy, czyli było jakąś częścią systemu demokratycznego, między innymi dlatego, że działano według zasad warsztatowych i etycznych - stwierdziła.

Co teraz dostaną odbiorcy?

Tydzień przed ogłoszeniem sprzedaży "The Huffington Post" do internetu wyciekła instrukcja wewnętrzna AOL dla swoich pracowników, która wzbudziła poruszenie na amerykańskim rynku internetowym. W "The AOL Way" szefowie firmy zaprezentowali bowiem plan, aby teksty publikowane w serwisach firmy bardziej odpowiadały na zainteresowania czytelników, oraz że zamierzają zwiększyć liczbę publikowanych tekstów o jedną czwartą. To wśród specjalistów wzbudziło obawy o spadek jakości treści publikowanych w internecie w ogóle, a także zrodziło pytanie o rolę, jaką mają spełniać media internetowe.

- Dokument, który dostali pracownicy AOL, opisuje rzeczywistość medialną, o której wszyscy wiedzą. A ci, którzy nie wiedzą, mają problem - uważa Stremski. Zaznaczył jednak, że w dokumencie nikt wyraźnie nie wskazuje, żeby zwiększyć ilość kosztem jakości treści. - W tym dokumencie nie ma paragrafów, które by mówiły "nie róbmy czegoś porządnie", "nie piszmy dobrych tekstów" albo "nie sprawdzajmy źródeł". Ten dokument mówi, że dzięki internetowi wszystko w medium można mierzyć i wszystko zobaczyć: każdego użytkownika, co użytkownik przeczytał, co go interesowało tydzień temu, ile ma lat.

- Każdy artykuł w portalach AOL powinien być według instrukcji czytany przynajmniej 7000 razy zamiast 1500 jak jest dzisiaj. Czyli firma chce podwyższyć średnią czytania każdego artykułu. Artykuły powinny były tak napisane, żeby po wpisaniu do wyszukiwarki kluczowych słów tekst znalazł się wyżej niż teksty innych redakcji - wymieniał Stremski. - Dziennikarze powinni pisać teksty m.in. na podstawie kilku kryteriów, takich jak zainteresowanie czytelników oraz zgodność ze standardami dziennikarskimi AOL. Czyli jest to pomieszanie kryteriów liczbowych z kryteriami "staromedialnymi". Nie musi się to przekładać na obniżenie jakości. To dowodzi tylko tego, że ludzie, którzy stoją za mediami, a mediami internetowymi w szczególności, działają świadomie.

- Pracując w mediach internetowych zderzamy się z tym, co czytają czytelnicy, co oni o nas myślą. Pytanie tylko, czy to sprawia, że nasza praca staje się gorsza - podsumował kierownik redakcji newsowej Gazety.pl.

Jakość w internecie jest niższa?

Płudowski dodał, że w Stanach Zjednoczonych przeprowadzano badania, które wskazywały, że jednak istnieje przełożenie ilości i szybkości publikowania tekstów na ich jakość. - Jakość w internecie jest niższa - stwierdził medioznawca. - Te zmiany są nieuniknione, bo są związane z charakterem nowego medium - podkreślił Płudowski.

Zapraszamy do dyskusji na naszym forum!

"Stado baranów powieliło syf" - Hołdys wściekły na media. Dlaczego rozstał się z "Wprost"? >>>

Więcej o: