Łukaszenka nęka swoich przeciwników

Zwolnienie z pracy i wyrzucenie ze studiów - takie kary spadają na uczestników największego od 14 lat wiecu opozycji w Mińsku. - To dotkliwsze niż areszt czy krótkie więzienie - podkreśla Aleś Bialacki z Centrum Obrony Praw Człowieka ?Wiosna?
- Nikt ze studentów, którzy uczestniczyli 19 grudnia w demonstracjach w Mińsku, nie będzie wyrzucony ze studiów - zapewniał we wtorek minister edukacji Siarhiej Maskiewicz. Szybko okazało się, że kłamał. Tylko w Grodzieńskim Państwowym Uniwersytecie ze studiów z powodów politycznych wyrzucono już dziewięć osób.

Wśród nich jest Barys Zacharczuk, który został zatrzymany podczas protestów przeciwko sfałszowaniu kolejnych wyborów prezydenckich przez reżim Aleksandra Łukaszenki. Na ulice Mińska wyszło wtedy ponad 20 tys. ludzi. Wiec został brutalnie zdławiony przez milicję i służby specjalne: aresztowano ponad 700 osób, w tym siedmiu opozycyjnych kandydatów na prezydenta.

Zacharczuk, tak jak większość zatrzymanych, został skazany na 15 dni więzienia. Gdy wyszedł z aresztu, okazało się, że został też wyrzucony ze studiów. Obawia się dalszych represji i unika kontaktów z prasą. - Po prostu nie mogę o tym rozmawiać - powiedział "Gazecie".

Takich osób jak Zacharczuk jest dużo więcej. Według wstępnych ocen komitetu Solidarność, który niesie pomoc osobom represjonowanym przez reżim, procedurę usunięcia ze studiów wszczęto wobec 61 studentów.

Jeszcze bardziej dotkliwą karą jest wyrzucenie z pracy. Dr Kastuś Łukaszou pracował w Geologicznym Instytucie Naukowo-Badawczym Ministerstwa Ochrony Przyrody. W trakcie kampanii prezydenckiej był mężem zaufania opozycyjnego kandydata na prezydenta Alesia Michalewicza i z tego tytułu znalazł się w centralnej komisji wyborczej.

19 grudnia Michalewicz został aresztowany i oskarżony o zorganizowanie zamieszek. - A ja zostałem zwolniony z pracy. To była zemsta ze strony władz - podkreślił Łukaszou.

Represje spadają nie tylko na inteligencję. Iryna Pankawiec, kucharka w jednej ze szkół w Borysowie, też straciła pracę, gdy 19 grudnia została aresztowana na mińskim placu Niepodległości w trakcie rozpędzania protestów opozycji.

Podobny los spotkał Jurasia Szpak-Ryżkoua, pracownika stołecznego przedsiębiorstwa Minskgor Swiet, Wiaczesława Dzaszkiewicza, ochroniarza centrum handlowego Korona w Mińsku, adwokatkę z Grodna Walancinę Buśko, Andreja Wilkina, wykładowcę stołecznego Białoruskiego Narodowego Uniwersytetu Technicznego, i dziesiątki innych uczestników powyborczego wiecu. Nie mogą oni znaleźć nowej posady, bo władze ostrzegają przed ich zatrudnianiem.

- Zwolnionym dajemy jednorazową zapomogę, pomagamy też w poszukiwaniu pracy. Nasze możliwości są jednak mocno ograniczone - powiedziała nam Inna Kulej, szefowa komitetu Solidarność.

- Zwolnienie z pracy to kara bardziej dotkliwa niż areszt, bo człowiek traci środki do życia. W ten sposób represje spadają na całą rodzinę - stwierdził Aleś Bielacki, szef Centrum Obrony Praw Człowieka "Wiosna" . - Władze wykorzystują groźbę utraty pracy jako bat na społeczeństwo.