Mieli spędzić dzień, jak zwykle, na piwie. Ale wzięli nóż i zabili policjanta

Dziś ma się rozpocząć proces zabójców Andrzeja Struja. Policjanta z warszawskiej Woli, który został zasztyletowany na przystanku tramwajowym przed jednym z centrów handlowych. Oskarżeni to Mateusz N. oraz Piotr R. obaj urodzeni w 1992 roku. Na podstawie ich zeznań oraz opinii policjantów i biegłych postaramy się przybliżyć ich sylwetki i opowiedzieć, co wydarzyło się 10 lutego zeszłego roku.
Mateusz N. i Piotra R. są dobrymi znajomymi. Poznali się jeszcze w podstawówce. W dniu morderstwa Andrzeja Struja R. uczęszczał do szkoły zawodowej natomiast N. do ostatniej klasy gimnazjum.

N. razem z R. mieli zamiar spędzić wieczór w taki sam sposób jak wszystkie poprzednie dni ferii. Na piciu piwa. - Wydzwoniłem Piotrka ze swojej komórki. Przyszedł do mnie pod blok. Zabrałem z domu nóż kuchenny miał długość ostrza spokojnie 20 cm ponad - zeznał N. zaraz po zatrzymaniu przez policję.

Mateusz N. przyznał, że nóż wziął na wszelki wypadek do obrony "jakby na nich napadli". Zresztą to nie był pierwszy raz, kiedy N. miał zamiar chodzić po ulicach Warszawy z nożem schowanym za gumką od spodni (N. nie używał paska, ponieważ nosił dresy). Mateusz N. już wcześniej poruszał się z ostrzem za gumką. Wtedy był to scyzoryk. Tym razem nóż kuchenny, "bo taki był akurat pod ręką".

Pijackie ferie

Podczas tych spotkań N. z R. nie chodzili do barów czy pubów tylko jak mówią włóczyli się po ulicach i klatkach schodowych. 9 lutego 2010 roku - w noc poprzedzającą tragiczne wydarzenia - kupili 6 piw, które wypili na jednej z klatek schodowych przy ulicy Skierniewickiej. Następnie były kolejne piwa, a w między czasie wyprawa pod Dworzec Centralny na kebab.

- Na końcu trafiliśmy pod Halę Wola na Jelonkach (red. dzielnica Warszawy), było już rano. Nic nie piliśmy mieliśmy już dosyć - opowiada N. Tam wsiedli do tramwaju jadącego w stronę ul. Połczyńskiej, przy której znajduje się centrum handlowe, do którego Andrzej Struj wybrał się na zakupy.

Incydent na przystanku

Stali na przystanku w stronę Centrum, Struj czekał na tramwaj jadący w przeciwnym kierunku. Oddzielało ich torowisko i metalowy płotek. W pewnym momencie Mateusz N. odebrał SMS-a od swojej dziewczyny. Zdenerwował się i cisnął komórką w ziemię. - Ten mężczyzna zwrócił wtedy na nas uwagę. Chyba, dlatego bo zacząłem głośno przeklinać. Zacząłem go wyzywać on mi chyba też coś odpowiedział - zeznaje N.

W tym momencie podjechał tramwaj i Struj wszedł do środka. Usiadł w drugim wagonie przy oknie po ich stronie. - Byłem zdenerwowany i wyjąłem z betonowego kosza na śmieci jego metalową część. Rzuciłem w okno gdzie siedział - czytamy w zeznaniach osiemnastolatka.

Szyba rozsypała się na kawałki. Tramwaj się zatrzymał. Ktoś krzyknął do motorniczego żeby otworzył drzwi. Struj wybiegł z pojazdu i podbiegł do napastnika. Po chwili Mateusz N. leżał obezwładniony na ziemi.

N. krzyknął do Piotra R. żeby tamten mu pomógł. - Piotrek podleciał i go odepchnął, a później przytrzymał od tyłu - zeznał Mateusz N. - Ja w tym czasie się trochę oswobodziłem miałem możliwość ruszania rękoma, mimo że byłem trzymany przez tego policjanta - dodaje. Wtedy N. sięgnął po nóż zabrany z domu. - Dźgnąłem tego mężczyznę w jego lewy bok. Nie pamiętam czy było to dwa czy cztery razy - relacjonował N.

Struj od razu osunął się na ziemię. N. z R. wstali i zaczęli uciekać. Wszystko działo się tak szybko, że świadkowie stojący w pobliżu nie zdążyli zareagować. Z ich zeznań wynika, że niebyli nawet pewni, kto jest napastnikiem, a kto ofiarą. - Widziałem całe zdarzenie. Zadzwoniłem na numer 112 i zdałem relację operatorowi. Gdy skończyłem rozmawiać zobaczyłem jak ten mężczyzna próbuje się podnieść. Widziałem jak kapie krew. Powiedziałem mu żeby się nie ruszał i że wezwałem pomoc. On mi odpowiedział "Dziękuję za pomoc" - opowiada jeden ze świadków.

Ucieczka i ujęcie

Mateusz N. uciekał bocznymi uliczkami. Po drodze zakopał w śniegu kurtkę ubrudzoną krwią i wyrzucił nóż. Chwilę później został zatrzymany przez zastępcę komendanta rejonowego policji na Ochocie. Został przewieziony na komisariat, gdzie przebadano go alkomatem. Urządzenie wykazało 0,3 promila.



Jeszcze tego samego dnia mundurowi wrócili w okolicę miejsca zabójstwa. Zabrali ze sobą chłopaka, który miał wskazać im miejsce ukrycia kurtki. Podczas rozmowy w samochodzie Mateusz N. opowiedział całe zdarzenie i podał dane swojego wspólnika. Piotr R. wpadł w ręce policjantów wieczorem na klatce schodowej swojego domu.

Opinia biegłego

Na temat obydwu podejrzanych zostały sporządzone opinie środowiskowe. Dowiadujemy się z nich, że Piotr R. mieszka z babcią, ciocią i ojcem w dwupokojowym mieszkaniu. Matka ich zostawiła jak R. miał rok. Teraz mieszka na warszawskiej Pradze z innym mężczyzną. Piotra wychował ojciec i babcia, która mówi, że wnuk to "cud dzieciak". Do 10 lutego R. nie miał kontaktu z policją.

Na temat Mateusza N. czytamy, że "nie został prawidłowo zsocjalizowany i jest społecznie nieprzystosowany". Dalej kurator opisuje jego trudności w nauce i "nieprawidłowe kontakty rówieśnicze". N. miał przyjąć system zasad grupy silnie zdemoralizowanej.

Od 2007 roku zaczął popadać w konflikt z prawem, co skutkowało postępowaniem przed sądem rodzinnym. Zaczęło się od znęcania nad słabszym kolegą ze szkoły. Później było dewastacja lusterek samochodowych, rozbój na roznosicielu pizzy oraz znieważenie policjantów na służbie.

Pobicie na komendzie

Po kilku miesiącach obaj podejrzani odwołali swoje zeznania. Nie przyznają się do winy. W listach do bliskich pisali , że policjanci poprzez bicie zmusili ich do złożenia zeznań. Prokurator nie ma wątpliwości, co do winy Mateusza N. i Piotra N. - Zgromadzony w toku śledztwa materiał dowodowy, m.in. ślady genetyczne, zeznania świadków potwierdziły, że sprawcami są oskarżeni - powiedziała z rozmowie z nami rzeczniczka warszawskiej prokuratury okręgowej Monika Lewandowska.

Jednocześnie warszawscy prokuratorzy postanowili zbadać sprawę rzekomego pobicia na komendzie i wszczęli śledztwo prowadzone w kierunku przekroczenia uprawnień przez policjantów, którzy wykonywali czynności z udziałem N. i R.

Pośmiertnie odznaczony

Bezpośrednią przyczyną śmierci Andrzeja Struja były rany kłute klatki piersiowej. Dwudziestocentymetrowe ostrze przebiło lewą komorę serca oraz lewe płuco. Struj służył w policji 15 lat. Pracował w wydziale wywiadowczo-patrolowym stołecznej komendy. Osierocił dwie córki. W chwili, gdy został zamordowany, był na urlopie. Pośmiertnie został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski i Krzyżem Zasługi za Dzielność. Został też awansowany na stopień podkomisarza.

Mateuszowi N. oraz Piotrowi R. grozi 25 lat więzienia.

W serwisie policyjni.pl także: Zamordował ojca podczas sprzeczki o studia