Zrobiłam to w Warszawie

Poszłam za radą Agnieszki Kowalskiej i Łukasza Kamińskiego, autorów alternatywnego i bardzo subiektywnego przewodnika po stolicy, i postanowiłam ?zrobić to w Warszawie?. Wam też polecam
Poniedziałkowe południe na stacji Warszawa-Powiśle. Nie, nie na peronie, ale w zaadaptowanym na bar/kafejkę/imprezownię okrągłym budynku kasy PKP przy ul. Kruczkowskiego, najmodniejszym teraz miejscu w Warszawie. Do malutkiego wnętrza wieczorami trudno się dostać, życie tętni więc na chodniku, na którym w dzień stoją stoliki. Zastałam przy nich młodych rodziców z niemowlakiem w wózku, pijarowców na spotkaniu służbowym, przyjaciółki na ploteczkach i dwóch smutnych garniturowców, melancholijnie zapatrzonych w tosty. Drinka polecanego przez Olkę Osadzińską, jedną z bohaterek "Zrób to w Warszawie!", niestety, nie dostałam, bo żadne z czworga młodych ludzi serwujących kawę i przekąski nie umiało go zrobić. Spróbowałam więc zachwalanego przez autorów miodowego piwa. Niezłe. Ale 10 zł to chyba też opłata za stopień popularności miejsca i Wi-Fi.

W rozdziale "Powłócz się po osiedlach" mignęło mi coś znanego, coś, co widziałam w kinie na "Zerze" Pawła Borowskiego. Okazało się, że to Przyczółek Grochowski - jeden półtorakilometrowej długości budynek, który załamuje się kilka razy, tworząc osiedle, zwane przez mieszkańców "Pekinem". Otoczony parkingiem-fosą, pełen jest kładek, długich, ciemnawych przejść, w których tylko gdzieniegdzie fotokomórki włączają światło, galerii, z których wchodzi się do okratowanych mieszkań. Z zewnątrz wygląda to naprawdę przygnębiająco, jak skrzyżowanie fabryki z więzieniem. Okazuje się, że w środku jest zielone podwórko z ławeczkami, w sam raz dla mężczyzn o zmęczonych twarzach, i... przedszkole. Wizjonerska architektura początku lat 60., tworząc blok-miasteczko dla prawie 7 tys. mieszkańców, może i fundowała im ciemne klitki (czteropokojowe mieszkanie w tym bloku ma 58 mkw.), ale pamiętała, że ludzie mają dzieci.

Moje zamiłowanie do dziwnej architektury zaspokoiła druga wycieczka, tym razem w kierunku Okęcia, na ulicę Ustrzycką. Odbywa się tu przedziwną podróż w czasie i przestrzeni. A to za sprawą domków kopulaków - "architektury przyszłości z lat 60." Grzybkowate konstrukcje wyglądają jak skrzyżowanie mieszkań Smurfów z zaniedbanym ośrodkiem wczasowym. Niezapomniane przeżycie estetyczne, zwłaszcza w kontraście z górującym nad kopulakami betonowo-stalowo-szklanym budynkiem Instytutu Rehabilitacji Dentystycznej (to też odkrycie, nie wiedziałam, że istnieje coś takiego jak rehabilitacja dentystyczna). W Warszawie wszystko jest możliwe. Kiedy zgłodniałam, postanowiłam odwiedzić jeden przybytków polecanych w rozdziale "Zjedz dobrze i tanio". Bar Cč T w pawilonach na tyłach Nowego Światu. Zachwalany jest jako najlepsza knajpka z tanią orientalną kuchnią. Rzeczywiście, mój kurczak z orzechami i bambusem za 15 zł był smaczny (tylko czy 15 zł to tanio?). Było go dużo, do tego dostałam metalowe sztućce (drobiazg, ale cieszy), a ostry sos był w litrowych dzbankach i nikt mi nie patrzył na ręce. Ale mojego ulubionego "chińczyka", który mieści się tuż obok polecanej w przewodniku Galerii pod Mostem, przy rondzie Sedlaczka, nie zdradzę. Chyba że zgłodnieję gdzieś w okolicach palmy na rondzie de Gaulle'a, zdaniem Kowalskiej i Kamińskiego drugiego po Pałacu Kultury symbolu Warszawy.