Ukryta kamera: "Nie mogę wydać defibrylatora!"

Defibrylatory umieszczone w kilkunastu ważnych miejscach Krakowa, miały służyć ratowaniu życia. Dziennikarze sprawdzili, czy w razie potrzeby rzeczywiście można z nich skorzystać. Efekt? Teoretycznie można, ale na nagraniu z ukrytej kamery widać, że urzędnicy nie mają pojęcia, jak szybko wydać urządzenie i nie znają procedur. Chory na pomoc musiałby czekać nawet kilka minut.
W ramach programu "Impuls Życia" za 450 tys. zł uruchomiono w Krakowie 14 punktów AED, czyli Automatycznych Defibrylatorów Zewnętrznych. Takie urządzenia zainstalowano między innymi w Urzędzie Miasta, na dworcu PKP, w bazylice Mariackiej i na lotnisku w Balicach. Docelowo punktów ma być 450. Dłuższa od listy sieci defibrylatorów jest jednak procedura ich wydawania.

Defibrylatora z założenia może użyć każdy, kto mógłby uratować życie drugiemu człowiekowi. Urządzenie samo "pomaga" osobie udzielającej pierwszej pomocy, odtwarzając z głośnika nagrane wcześniej polecenia głosowe.

Dziennikarze TVP przygotowali prowokację z użyciem ukrytej kamery: dwóch mężczyzn wbiegało do miejsc, gdzie znajdują się defibrylatory i alarmowało, że ktoś na ulicy potrzebuje pomocy, a ratownik, który jest przy poszkodowanym, wysłał ich po defibrylator.

Pierwszy fragment filmu pokazuje próbę zdobycia defibrylatora w Urzędzie Skarbowym. Pierwotnie urzędnicy nie chcieli w ogóle wydać urządzenia. Wydano go dopiero po długich tłumaczeniach.

Fragment programu "Podglądacze", cz.1


- Okazało się, że w każdym z miejsc sytuacja była podobna - nie ma opracowanej procedury użycia defibrylatorów, a osoby odpowiedzialne za ich wydanie kompletnie nie wiedziały, co mają robić - opisuje dziennikarz TVP Szymon Bielecki. Gdyby ktoś naprawdę potrzebował pomocy, za zamieszanie z wydaniem defibrylatora mógłby zapłacić najwyższą cenę.

Jeszcze dłużej trwały próby zdobycia urządzenia w Urzędzie Miasta.

Fragment programu "Podglądacze", cz.2


- W Urzędzie Miasta okazało się, że defibrylatorów nie można otrzymać bez zostawienia dowodu osobistego, urzędnicy gorączkowo szukali swoich przełożonych, trzeba było znaleźć osobę odpowiedzialną za wydanie urządzenia ratującego życie - opowiada Bielecki. Zanim dziennikarze dostali defibrylator minęło trzy i pół minuty. To zdecydowanie za długo.

- Szansa przeżycia bez defibrylacji co minutę spada o 10 procent. Łatwo policzyć, że po 10 minutach osoba potrzebująca pomocy nie ma szans na przeżycie - tłumaczy Bartosz Frączek z Polskiej Rady Resuscytacji.

Co na to Urząd Miasta? Nie docenia wagi problemu - sfingowaną akcją z użyciem defibrylatora urzędnicy... pochwalili się przed lokalnymi mediami. Informację o wydarzeniu zamieścili na swojej stronie internetowej - urzędnicy napisali, że po raz pierwszy użyto defibrylatora. Artykuły o wielkim sukcesie akcji "Impuls Życia" ukazały się też w lokalnych mediach. Według urzędników wszystko odbywało się szybko. - Nikt nie wiedział, że całą akcje mamy nagraną, a sama procedura trwała ponad 3 minuty - mówi w rozmowie z reporterem TOK FM Szymon Bielecki. Urzędnicy tłumaczą się, że choć wydanie defibrylatora jest priorytetem, trzeba sprawdzić w czyje ręce trafia sprzęt wart kilka tysięcy złotych.

- Może wystąpiły takie sytuacje, w których ktoś z pracowników poprosił o zostawienie dowodu, zadawał kilka pytań, ale tylko po to, żeby zabezpieczyć urządzenie przed kradzieżą. System działa zaledwie od miesiąca i wszystkie uwagi będą na bieżąco analizowane - zapewnia Michał Marszałek, dyrektor Biura ds. Ochrony Zdrowia Urzędu Miasta Krakowa.

Problemu z otrzymaniem defibrylatora nie było w bazylice Mariackiej. Dziennikarze dostali go po 30 sekundach. Natomiast na Dworcu Głównym PKP defibrylator wydano dopiero po 6 minutach. Okazało się też, że osoba uprawniona do jego wydania urzęduje jedynie dwa razy w tygodniu.

Więcej o tym problemie w specjalnym odcinku programu "Podglądacze" na TVP Kraków dzisiaj o 22.00.