Z kapcia: paranoja urzędnicza u wojewody

Polsko-peruwiańskie małżeństwo ugrzęzło na pół roku w wydziale ds. cudzoziemców przy wojewodzie. Nie dostali się do okienka, bo nie zapłacili haraczu kolejkowym staczom. Urzędnik docieka, jakie kapcie nosi mąż Peruwianki
Obywatel z kapcia potraktowany

Polsko-peruwiańskie małżeństwo ugrzęzło na pół roku w wydziale ds. cudzoziemców przy wojewodzie. Najpierw nie dostali się do okienka, bo nie zapłacili haraczu kolejkowym staczom. Potem urzędnik dociekał, jakie kapcie nosi mąż Peruwianki

Gerard Majchrzak jest Polakiem. Jego żona Alicia Carolina Cortez Caro pochodzi z Peru, spoza Unii Europejskiej, i to jej największy grzech. Niedawno urodziła im się córka. Od czterech lat zmagają się z warszawskim wydziałem ds. cudzoziemców, lecz skarżą się pierwszy raz. - Tam zawsze było źle, ale teraz to już paranoja. Urzędnicy całkowicie się pogubili w biurokratycznym chaosie, a obywateli spoza UE traktują strasznie - mówią.

Płać kolejkowy haracz

Październik 2007. Pani Alicia chce złożyć wniosek o osiedlenie się. Prosta sprawa. Po trzech latach małżeństwa z Polakiem, zamiast zezwolenia na pobyt czasowy, może dostać bezterminową decyzję na osiedlenie się w kraju męża. Procedura powinna stanowić czystą formalność. Ale nie w wydziale ds. cudzoziemców w Warszawie przy ulicy Długiej 5.

- Byłam w ciąży. Kolejka na 200 osób. Przepychanki, bo dziennie przyjmują tylko kilka wniosków. Słyszę od jakiegoś podpitego faceta: "Zapłać pięć dych za wcześniejsze miejsce w kolejce, to przyjmą cię jeszcze dziś". Nie zapłaciłam - wspomina.

Następnego dnia znów czeka, ale do kolejki wchodzą ci, którzy zapłacili staczom. Ochrona nie reaguje. Alicia: - Popłakałam się i odeszłam. Nie miałam sił, żeby się użerać. Powiedziano mi, że w Polsce minęły już czasy, kiedy kobiety w ciąży wpychały się poza kolejnością.

W grudniu pan Gerard składa dokumenty w kancelarii przy pl. Bankowym. Wnioski trzeba później uzupełnić osobiście w wydziale ds. cudzoziemców przy ul. Długiej. Robią to razem 4 stycznia. Ale najpierw odstają swoje w kolejce. Urzędnicy radzą, by o przebiegu sprawy dowiadywać się telefonicznie. - Tylko że nigdy w ciągu czterech lat nie udało mi się tam dodzwonić - komentuje Majchrzak.

Mija kilka miesięcy. 6 marca małżonkowie wysyłają faksem pytania, co z ich sprawą. Po tygodniu nadchodzi odpowiedź. - Mamy przyjść na rozmowę. Normalka. Sprawdzają, czy nie jesteśmy fikcyjnym małżeństwem. Przeszliśmy już przez kilka takich wywiadów. Za każdym razem to samo. Pytają np. żonę, jakie noszę kapcie. Alicia w międzyczasie urodziła córkę. Idziemy z dzieckiem - streszcza młody tata.

Wstydzę się za Polskę

Po "wywiadzie kapciowym" dostają pismo: decyzję można odebrać od 18 kwietnia. Na wszelki wypadek wybierają się po nią cztery dni później. Stoją w kolejce. Po kilku godzinach Gerard jest w pokoju urzędników, by usłyszeć: "Decyzji nie ma". I nie wiadomo dlaczego. Zgodnie z przepisami sprawa powinna być załatwiona w miesiąc. Minęło pół roku. Nie wiem, co się dzieje. Urzędnik też nic nie wie. Radzi dzwonić na słynną infolinię - opowiada.

W połowie maja przychodzi pismo. Mają potwierdzić zameldowanie na pobyt czasowy, dostarczyć aktualny odpis aktu małżeństwa. Ale sprawa jest załatwiana tak długo, że trzymiesięczna ważność poprzedniego dokumentu wygasła. Po nowy muszą jechać do Nowego Targu. Urzędnicy proszą kolejny raz o przedstawienie dowodu osobistego i paszportu do wglądu (znów stanie w kolejce). Po co? Nie wiadomo.

- Noga mojej żony tam więcej nie postanie - zarzeka się Gerard. Wysłał skargę do Rzecznika Praw Obywatelskich. Pisze w niej:" Jako obywatelowi RP wstyd mi za mój kraj. Apeluję o interwencję na szczeblu ministerialnym (...) w sprawie niehumanitarnego i niekonstytucyjnego traktowania obywateli, nieobywateli i przyszłych obywateli RP przez wojewodę mazowieckiego i urzędników podległego mu wydziału ds. cudzoziemców". Skarga pozostaje bez odpowiedzi.

Urzędnik za mało zarabia

To nie koniec. Małżeństwo zaprosiło do Polski ciotkę Alicii, która ma pomóc przy dziecku. Podczas wizyty w Peru wszyscy poszli razem do konsulatu w Limie. Złożyli wnioski o zamieszkanie ciotki w Polsce na rok - górę papierków. Na różne opłaty i tłumaczenia wydali 800 dolarów. Urzędnik konsulatu posłał plik dokumentów pocztą dyplomatyczną do wydziału ds. cudzoziemców w Warszawie. Tam urzędniczka spostrzegła, że na wniosku w rubryce "stan cywilny" ciotka wpisała "wolny", a według niej powinno być "panna". Dokumenty odesłała do Limy, by ciotka je poprawiła. Ale przesyłka nie doszła.

- I szukaj teraz wiatru w polu. Zawsze możemy przecież wypełnić nowe wnioski, zapłacić kolejne 800 dolarów - mówią małżonkowie.

Wydział ds. cudzoziemców nie komentuje tych spraw. - Tam jest bardzo dużo wakatów. Ludzie odchodzą z pracy, bo za mało zarabiają. Panuje duża rotacja - wyjaśnia rzeczniczka wojewody Małgorzata Glinkowska.