Dylewicz: Teraz to my jesteśmy na fali

- Co prawda Turów ma przewagę własnego parkietu, ale niedzielna wygrana strasznie nas wzmocni - mówił po wygranym przez Prokom Trefl Sopot meczu nr 4 finału Dominet Bank Ekstraligi Filip Dylewicz.
Grzegorz Kubicki: Proszę odpowiedzieć uczciwie - wierzyliście w wygraną?

Filip Dylewicz: Wierzyliśmy, choć było ciężko. Strasznie ciężko... Wydawało się, że jesteśmy bez szans. Turów grał świetnie, a my tak szybko straciliśmy Milana, na którym opiera się cała nasza gra w ataku. Turów mógł się poczuć zwycięzcą, ale zrobił to za wcześnie. Mimo tragicznej sytuacji i braku najlepszego strzelca, podnieśliśmy się z kolan, pokazaliśmy, że jesteśmy zespołem z ogromnym charakterem. Dzień wcześniej to Milan był naszym bohaterem, ale w niedzielę udowodniliśmy, że Prokom Trefl Sopot to nie tylko Milan Gurović.

Czy wygrana w tak dramatycznych okolicznościach może mieć wpływ na dalszy przebieg finału?

- W finale jest 2:2, a więc wszystko zaczyna się od nowa. Do końca zostało jeszcze dużo grania, ten, kto chce być mistrzem, musi jeszcze wygrać dwa razy. Ale teraz to my jesteśmy na fali. Co prawda Turów ma przewagę własnego parkietu, ale niedzielna wygrana strasznie nas wzmocni. Wiedzieliśmy, jak ważny mecz gramy, wiedzieliśmy, że przy wygranej Turowa, będziemy przegrywać w finale już 1:3. I wiedzieliśmy, że za nic nie możemy na to pozwolić.

Pan był jednym z bohaterów, to dzięki pana akcjom Prokom odrobił straty. W końcówce zgubił pan jednak piłkę w akcji, która mogła być kluczowa. Mógł się pan poczuć jak... Ronaldo z MU w finale Ligi Mistrzów.

- Sytuacja była dramatyczna. Grałem dobrze, zdobywałem punkty, a nagle tuż przed końcem oddałem piłkę w ręce rywala. Poczułem się tak, jak Ronaldo po przestrzelonym karnym. Byłem przerażony. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Zresztą tak jak dla Ronaldo.