Szał euforii w Sopocie. Prokom wygrał po thrillerze

Dzięki rzutowi Simonasa Serapinasa na pół sekundy przed końcem meczu nr 4 Prokom Trefl Sopot wyrównał stan rywalizacji w finale z Turowem Zgorzelec. - Jest remis, ale teraz to my jesteśmy na fali wznoszącej - zauważył Filip Dylewicz z Prokomu
Takiej euforii w Sopocie nie było nawet po ostatnim mistrzostwie Polski, które Prokom wywalczył na swoim parkiecie właśnie po wygranej z Turowem.

Kiedy rzut rozpaczy Davida Logana przeleciał wczoraj obok tablicy, ludzie oszaleli - rzucali się sobie w ramiona, płakali, a na parkiet wbiegły nawet kobiety w 5-centymetrowych szpilkach, żeby tylko rzucić się w ramiona szczęśliwych koszykarzy. Zapanowała taka radość, jakby mistrz Polski zdobył właśnie piąty tytuł z rzędu. A przecież Prokom tylko wyrównał stan rywalizacji w finale na 2:2.

Kluczowym momentem meczu mogła być 13. minuta, kiedy na parkiecie - po raz drugi w czasie tych finałów - doszło do ogromnej zadymy. Zaczęło się od tego, że Milan Gurović agresywnie krył kozłującego piłkę Thomasa Kelatiego. Mocno na niego naciskał, a dodatkowo machał mu rękami koło twarzy. Sędziowie nie reagowali, aż Gurović sfaulował w końcu gracza Turowa. Kelati nie wytrzymał, ruszył w kierunku Serba i się zaczęło. Gurović wcale nie zamierzał uciekać, czy się bronić, ale sam przystąpił do ataku. Uderzył Kelateigo, na parkiet wbiegła cała drużyna Prokomu. Rozpoczęła się awantura, koszykarzy rozdzielali sędziowie i inni gracze. Kiedy wydawało się, że jest już spokój, Gurović jeszcze raz zaatakował Kelatiego. Tym razem już go nie sięgnął, ale sędziowie - choć naradzali się kilka minut - nie mieli wyjścia: Gurović został zdyskwalifikowany i wyrzucony z sali. Kelati dostał tylko przewinienie techniczne. - Nie wiem, co się tam działo, dokładnie nie wiedziałem tej sytuacji, ale jeśli zrobiliśmy coś złego, to przepraszam - powiedział trener Prokomu Tomas Pacesas.

Kiedy zadyma się skończyła, po chwili Logan trafił za trzy punkty, Turów odskoczył na 31:22 i wydawało się, że jest po meczu. Prokom został bez swojego lidera, który dzień wcześniej rzucił 34 punkty, a na dodatek zespół z Sopotu kompletnie stracił wiarę i pomysł na grę. Turów kontrolował wydarzenia i na początku trzeciej kwarty - po trójce Andresa Rodrigueza - prowadził już 48:33. - Prokom był w beznadziejnej sytuacji, mieliśmy mecz na wyciągnięcie ręki, ale zapomnieliśmy, że trzeba walczyć 40 minut - mówił Robert Witka z Turowa.

Drużyna z Sopotu nagle doznała olśnienia. Trafiał Filip Dylewicz, Donatas Slalina oraz Serapinas i rozpoczął się szaleńczy pościg. Szaleńczy dosłownie, bo z racjonalną grą nie miało to wiele wspólnego. Zmęczony Slanina podpierał się o parkiet językiem, pod koszem w ogromnym ścisku punkty zdobywał Dylewicz, a Serapinas - który wcześniej w play-off niemal nie istniał - trafiał z dystansu. W końcu, dwie minuty i 40 sekund przed końcem, Prokom dogonił rywala - po rzucie Slaniny było 66:66, a za chwilę Prokom już nawet prowadził.

Kiedy osiem sekund przed końcem znów trafił Slanina i było 70:68 dla Prokomu, wydawało się, że jest po meczu. Ale nie. Logan przebiegł przez całe boisko z prędkością światła i trafił. Remis. Do końca były trzy sekundy i trener Pacesas poprosił o czas. Po przerwie piłka trafiła w ręce Serapinasa, choć rzucać miał Slanina. Litwin pół sekundy przed końcem trafił za trzy! Akcja rozpaczy Logana nic nie dała.

W finale gra się do czterech zwycięstw. Kolejny mecz w środę w Zgorzelcu, a następny w sobotę w Sopocie.

Prokom Trefl Sopot - Turów Zgorzelec 73:70
Kwarty: 16:22, 15:21, 21:17, 21:10.
Prokom: Slanina 18 (3), Gurović 5, Masiulis 3, Stanojević 2, Milicić 2 oraz Dylewicz 18 (1), Serapinas 10 (3), Sow 8, Shakur 5, Roszyk 2
Turów: Logan 21 (3), Kelati 16 (4), Rodriguez 7 (1), Witka 6 (1), Drobnjak 5 oraz Ljubotina 7, Kitzinger 5, Scekić 3, Nana 0, Petrović 0
Stan rywalizacji: 2:2.