Kompromitacja przed Espinho

Choć trener Andrzej Niemczyk przed turniejem w Tokio utrzymywał, że Złotka grając na 70 proc., możliwości uzyskają bez problemu awans do Pekinu, rzeczywistość okazała się zupełnie inna.
Porażka w pierwszym meczu z Japonią spowodowała, że właściwie w żadnym z następnych spotkań nie byliśmy spokojni. Na szczęście dla nas i trenera Marco Bonitty Serbki już przed meczem z Polską uzyskały awans na igrzyska i mogły wystawić do meczu z naszą reprezentacją drugą szóstkę. Polki z tego skorzystały, choć jak wszyscy widzieliśmy - nie bez maksymalnego wysiłku.

Nie dzielmy jednak włosa na czworo. Udział Polek w turnieju olimpijskim, pierwszy od 40 lat, to sukces polskiej siatkówki i tak to zostawmy, bo nasza troska powinna teraz koncentrować się na reprezentacji panów. Niestety, to czego nie widziała cała Polska, bo w tym samym czasie świetnie w Monte Carlo jechał Robert Kubica, w Tallinie odbywał się pogrzeb z udziałem drużyny Raula Lozano. I właściwie nie wiem do dziś, dlaczego wciąż aktualni wicemistrzowie świata nie poradzili sobie z co najwyżej europejskimi średniakami. Może uśpił ich wygrany w cuglach turniej w Olsztynie, może pierwszy w Estonii bezproblemowy mecz z Węgrami. Tak czy inaczej przykra przegrana z Czarnogórą i kompromitacja z Estonią w walce o bezpośredni awans do przyszłorocznych mistrzostw Europy każą nam z niepokojem spoglądać na wieści z portugalskiego Espinho. Ze szczerym niepokojem, bo tam na Gierczyńskiego, Wikę i Woickiego czekają już nie egzotyczni półamatorzy, tylko ambitni gospodarze - zawodowcy, po serii całkiem udanych sparingów z Włochami. Martwię się też o dalszą przyszłość naszej męskiej reprezentacyjnej siatkówki, bo sam Mariusz Wlazły nie utrzyma Polski w czołówce. Po prostu sam nie da rady.

Marian Kmita, dyrektor Polsatu Sport