Sarna utknęła w ogródku w centrum miasta

W środę przed południem zagubiona w mieście sarenka utknęła w ogródku przy siedzibie firmy Besta przy ul. Wita Stwosza w Rzeszowie. Było sporo nerwów, sensacji, ale w końcu obezwładnione zwierzę trafiło do lasu.
Około godziny 13 do redakcji zadzwonili zdenerwowani pracownicy firmy Besta. - Od półtorej godziny nie możemy doczekać się na pomoc. Sarna jest już pokaleczona i krwawi, bo nie może wydostać się z ogrodzenia. Wygonić jej nie chcemy, bo jest przerażona i zdezorientowana. Na pewno wpadnie pod samochód. Straż Miejska i policja nie spieszą się z pomocą - mówili.

Kilkanaście minut później byliśmy na miejscu. Zatrzymujący się przy ogrodzeniu przechodnie jeszcze bardziej stresowali sarnę, ale byli już chętni do pomocy. - Złapcie ją i odwieźcie na moją działkę pod Trzcianą. Tam jest dużo saren, poradzi sobie - mówiła jedna z kobiet, która z wnuczką czekała na rozwój wypadków.

Inny przechodzień proponował, żeby sarenkę przewieźć na działki powyżej Reala. - Tam jest wielkie stado saren. Na pewno ona stamtąd pochodzi.

Na miejscu pojawili się strażnicy miejscy. Zapowiedzieli, że za chwilę przyjedzie lekarz weterynarii ze sprzętem do usypiania zwierząt. - Żeby tylko nie taki mądrala jak ten w Warszawie, który zastrzelił łosia. Będziemy się przyglądać - rzucił ktoś z grupki gapiów.

- Zareagowaliśmy na sygnał od razu. Miasto ma podpisaną umowę z dwoma weterynarzami, którzy mają odpowiednie uprawnienia i w takich przypadkach pomagają zwierzętom. Jednak lekarz był czymś zajęty i nie mógł zjawić się na Wita Stwosza natychmiast - tłumaczy Józef Wisz, komendant straży miejskiej w Rzeszowie.

Chwilę po naszej rozmowie lekarz weterynarii był na miejscu. Natychmiast zabrał się do działania i uspokajał. - W takich przypadkach potrzebny jest spokój. Nie wolno działać pochopnie. Proszę o odsunięcie się od ogrodzenia - mówił dr Robert Sączawa.

Przechodnie i pracownicy koniecznie chcieli się dowiedzieć, dlaczego lekarz jechał na miejsce tak długo. - Miałem inne zgłoszenia. Teraz jest taki okres godowy. Zwierzęta są zdezorientowane. Gubią się. Sporo z nich trafia do miasta - tłumaczył dr Sączawa. - Początkowo chciałem zostawić sarenkę w spokoju. Nie łapać jej, bo to dla niej ogromny stres, a po zmroku otworzyć furtkę ogrodzenia. Gdyby się uspokoiła i wyszła, to by sobie poradziła. Gdzieś tu niedaleko jest jej środowisko - dodawał.

- Tak, na pewno ona jest z tego stada zza Reala - podjął jeden gapiów.

Tym razem jednak zainteresowanie przechodniów losem sarenki nie pomagało w akcji, bo przestraszone zwierzę tak naprawdę chciało uciec od gapiów i uderzało bezradnie w ogrodzenie.

Strażnicy miejscy próbowali wytłumaczyć ludziom, że nie należy zbliżać się do sarny, ale nie wszyscy chcieli to zrozumieć, że w ten sposób, mimo dobrych intencji, szkodzą zamiast pomagać.

Do oglądania chętnych było wielu, ale gdy doktor Sączawa zapytał, czy jest odważny, by wejść za ogrodzenie i pomóc złapać sarenkę bez usypiania jej, zainteresowanych nie było. - Zaręczam, że krzywdy nikomu nie zrobi - namawiał lekarz. Bez skutku. Zapadła więc decyzja: Usypiamy.

Weterynarz najpierw próbował podejść sarnę ze specjalną rurką, w której umieszcza się strzałkę ze środkiem usypiającym i dmucha. Potem załadował broń służącą do usypiania. Jednak trafienie sarny, która uciekała pomiędzy gęstą roślinnością okazało się niemożliwe.

- Nie wolno działać nerwowo i pochopnie. Wolałbym jej nie usypiać, bo dzikie zwierzę w tak ogromnym stresie może nie przeżyć takiego działania. Mówiąc w skrócie, stres i środek usypiający mogą spowodować martwicę nerek i śmierć - tłumaczył. Przeskoczył przez ogrodzenie. Wraz z nim dwaj strażnicy miejscy. Po kilkunastu sekundach miał już sarnę w rękach. Została szybko związana, a doktor Sączawa podał jej środek uspokajający. - Minimalna dawkę, żeby nie zaszkodzić - mówił. W kilka minut sarna znalazła się w bagażniku jego samochodu.

- Zawiozę ją w okolice Sokołowa. Dam wam znać, jak ją wypuszczę - mówił weterynarz.

Dwie godziny później rozmawialiśmy z nim. - Zostawiłem ją w okolicy stadniny koni za Stobierną. Byłoby lepiej, gdyby została w swoim środowisku, ale trudno. Miejmy nadzieję, że sobie poradzi.