Tydzień w lidze koszykarzy: finał na sześciu płaszczyznach

Po dwóch meczach finału w Zgorzelcu wiemy już, że finał Dominet Bank Ekstraligi w 2008 roku będzie pamiętny. A toczy się on do tej pory na sześciu ważnych płaszczyznach.
Płaszczyzna popisowa. Nie ma prawdziwego znakomitego finału bez popisów wielkich gwiazd, których w ostatnich latach trochę brakowało. W sobotę królem parkietu był David Logan, który potrafił zdobyć 20 punktów w ostatniej kwarcie, odwracając losy meczu. W niedzielę Thomas Kelati stał się pierwszym od 2004 roku, a trzecim dopiero w ostatnich 10 latach (od kiedy obrona króluje w polskiej koszykówce) zawodnikiem, który w finale rzucił co najmniej 30 punktów w jednym meczu. Pozostali to Goran Jagodnik (32 pkt w 2003) i Lynn Greer (31 pkt w 2004). Czas na odpowiedź sopockich gwiazd.

Płaszczyzna emocjonalna. W niedzielę emocje sięgnęły zenitu, kiedy 20 minut przed meczem, podczas rozgrzewki stojący tyłem do rywali Pape Sow z Prokomu został mocno trafiony piłką w plecy przez będącego ponad 15 metrów od niego Marko Scekicia z Turowa. Zawodnik gospodarzy chciał oddać rywalom piłkę, która wpadła na połowę Turowa, ale wydaje się, że po prostu wykorzystał okazję do sprawdzenia swojej celności. Sow ruszył na rywali, a za chwilę mieliśmy na boisku 24 szarpiących się koszykarzy i kilku trenerów, na czele z trzymającym w górze zaciśniętą pięść Milanem Guroviciem. Ciosy nie padły, ale trener Pacesas uznał, że ta awantura zaszkodziła jego zespołowi. Do końca finału jednak możemy być pewni, że grzecznie nie będzie.

Płaszczyzna taktyczna. Prokom miał na ten dwumecz konkretną trenerską koncepcję taktyczną: przy każdej zasłonie zmieniamy krycie, żeby przeszkodzić rywalom w grze na obwodzie, gdzie właśnie z tych zasłon Turów pokazowo korzysta. Zgorzelczanie jednak przekuli ten pomysł Pacesasa na swoją korzyść, bezwzględnie wykorzystując każdą taką wymianę krycia. Po wynikach widać wyraźnie, że potrzebny będzie inny pomysł. Także na wykorzystanie potencjału gwiazd Prokomu - Jovo Stanojevicia, Donatasa Slaniny, Filipa Dylewicza i przede wszystkim Gurovicia. Bo na razie ocena tego wykorzystania w wykonaniu sopockiego sztabu trenerskiego musi być niska. W tym kontekście ćwiczony uparcie od dwóch sezonów "system", czyli konsekwentna koncepcja gry Turowa trenera Saso Filipovskiego, musiała święcić triumfy.

Płaszczyzna szczęścia. Na ogół staram się rzadko wspominać o szczęściu w koszykówce, ale trudno o nim nie wspomnieć przy trzech z ośmiu trafionych w niedzielę trójkach niesamowitego Kelatiego. Po dwóch z tych rzutów piłka odbiła się wysoko w górę od obręczy i dopiero później wpadła do kosza. Przy trzecim z kolei toczyła się długo na koszu. To były ważne rzuty w tym meczu i ciekawe, czy twarde obręcze w sopockiej Hali Stulecia będą Amerykaninowi także tak bardzo sprzyjać.

Płaszczyzna sędziowska. Po pierwszym meczu sporo było dyskusji na ten temat i niestety sędziowanie było na kiepskim poziomie. Dziwne jest, że w kraju, który ma pięciu sędziów w Eurolidze i kilku uznanych międzynarodowych w finale, sędziuje taka trójka jak ta w sobotę (panowie Calik, Trawicki, Włodkowski). W niedzielę do sędziów nie można mieć niemal żadnych pretensji, także dlatego, że dwóch z nich to uznani arbitrzy z Euroligi. Nie można tak w każdym meczu?

Płaszczyzna mistrzowska. Oj nie, jeszcze za wcześnie. Wynik 2:0 przy rywalizacji do czterech zwycięstw jeszcze o niczym nie przesądza, choć historia jest przeciwko sopocianom. Taka sytuacja w historii polskiej ligi miała miejsce siedem razy, z czego raz skończyło się 4:0, pięć razy 4:1, a tylko raz przegrywającym 0:2 udało się doprowadzić do siódmego meczu, który i tak przegrali (1999 rok, rywalizacja Śląska Wrocław z Nobilesem Włocławek). Zawsze może być ten pierwszy raz, ale na razie to Turów wygląda jak zespół mistrzowski.

Zapraszam także na mój blog