Alicja dusicielka - cd. Rząd nie pomoże

Rząd nie pomoże kredytobiorcom, którzy wpadli w pętlę długów, zaciągając w państwowym PKO BP słynny kredyt hipoteczny "Alicja" - dowiedziała się "Gazeta Wyborcza"
Kłopoty osób, które od kilkunastu lat spłacają "Alicję", opisaliśmy w "Gazecie" dwa miesiące temu. Dla wielu z pożyczka stała się kulą u nogi. Mimo systematycznej spłaty rat w wysokości wskazanej przez bank niektórzy są dziś winni PKO BP nawet dwa razy więcej niż w latach 1995-2000, kiedy zaciągali "Alicję" (od 2001 r. bank wycofał kredyt z oferty).

Wszystko przez konstrukcję kredytu, która opierała się na odroczeniu spłaty części odsetek w pierwszych latach i ich dopisywaniu do kapitału. Dzięki temu raty - mimo sięgającej 25 proc. rocznej inflacji - były niskie i na "Alicję" mogło sobie pozwolić więcej osób.

Jednak twórcy kredytu pomylili się w rachubach. Wydawało im się, że inflacja i stopy procentowe szybko spadną i raty zaczną wystarczać na spłatę kapitału oraz odsetek, także tych dopisanych w pierwszych latach wysokiej inflacji. Ale stopy spadały wolno, a zadłużenie klientów rosło lawinowo. - W 1996 r. pożyczyłam ok. 37 tys. zł. Kredyt spłacam zgodnie z harmonogramem. Spłaciłam ponad 52 tys. zł, a i tak zostało mi jeszcze ok. 90 tys. zł - opowiada Violetta Kaczmarek z Bogatyni.

W podobnej sytuacji jest ok. 14,5 tys. osób, które są winne bankowi aż 240 mln zł. Domagają się umorzenia części narosłych odsetek. Uważają, że skoro bank opracował wadliwy mechanizm kredytu, to powinien za to zapłacić, a nie przerzucać wszystkie koszty na klientów.

Zarząd PKO BP nie poczuwa się do winy. Jego zdaniem na kłopotach kredytobiorców zaważyły przyczyny niezależne od banku - wysoka inflacja i stopy.

PKO BP argumentuje, że od kilku lat namawiał kredytobiorców, by zamienili "Alicję" na nowy kredyt "Własny kąt", w którym odsetki są spłacane na bieżąco. Ale o umarzaniu odsetek nie chce słyszeć. "Gazeta" znalazła tylko jedną osobę, której PKO BP zgodził się umorzyć część należności. Zasypał nas za to grad telefonów i listów od osób, które nie mogą się z bankiem dogadać. Część z deklarowała, że o odszkodowania od PKO BP będzie walczyć w sądzie.

Po publikacji perypetiami klientów PKO BP zainteresował się Paweł Poncyljusz, poseł PiS. W marcu na ręce marszałka Sejmu złożył zapytanie do ministra skarbu, w którym domaga się odpowiedzi na pytanie, czy resort wie o konflikcie wokół "Alicji" i czy zamierza wpłynąć na władze banku, by rozwiązały problem. PKO BP jest co prawda bankiem notowanym na giełdzie, ale państwo wciąż ma w nim ok. 51 proc. akcji.

"Opisana sprawa jest niezwykle ważna ze względów społecznych, takie postępowanie banku [uchylanie się od odpowiedzialności] podważa zaufanie do sektora bankowego" - pisze Poncyljusz.

Ale z informacji "Gazety" wynika, że rząd nie zaangażuje się w konflikt. W odpowiedzi na zapytania Poncyljusza wiceminister skarbu Jan Bury informuje, że wystąpił o wyjaśnienia do szefów PKO BP. Wynika z nich, że bank był fair w stosunku do klientów, bo na bieżąco informował ich o rosnącym zadłużeniu i dopuszczał możliwość wyższych spłat niż te, które wynikały z harmonogramu.

"Uwzględniając zmiany w gospodarce, bank wielokrotnie modyfikował zasady spłaty kredytów w celu umożliwienia klientom obsługi zadłużenia" - konkluduje Bury. Twierdzi, że skarb państwa, jako tylko jeden z wielu akcjonariuszy PKO BP, "nie może wpływać na decyzje zarządu banku i ingerować w obszary jego kompetencji".