Dzieci patrzyły, a policja biła Murzyna

Świadkowie zatrzymania czarnoskórego mężczyzny domagają się wyjaśnień od policji. Twierdzą, że jej akcja była nieprofesjonalna i brutalna. Funkcjonariusze tłumaczą się agresywnością zatrzymanego
Wtorek, kwadrans do godz. 20. Paweł Czekalski, grafik komputerowy, jadł z rodziną kolację pizzerii Gaga przy ul. Zgoda. Przy stole siedziała trójka małych dzieci. Zauważył, że przy recepcji hotelu naprzeciwko policjanci rozmawiają z czarnoskórym mężczyzną. Obok stała jego żona z dzieckiem. W pewnym momencie pan Paweł usłyszał histeryczny krzyk kobiety i płacz kilkulatka. Zobaczył, że policjanci nieporadnie próbowali unieruchomić obcokrajowca.

- On sam nie był agresywny. Nie widziałem, żeby stawiał opór. Po prostu się cofał i prosił policjantów, żeby zostawili go w spokoju. Mundurowi zachowywali się jak amatorzy. Było ich czterech, a przez co najmniej dziesięć minut nie potrafili skutecznie obezwładnić jednej osoby - opowiada świadek zdarzenia.

W końcu trzem policjantom i jednej policjantce udało się powalić mężczyznę na ziemię. Wokół zebrał się tłumek osób. Ktoś robił zdjęcia.

- Jeden siedział mu na plecach, drugi bił go pałką po stopach. Potem przyjechało jeszcze kilka załóg. W końcu wyszło na to, że kilkunastu funkcjonariuszy zatrzymywało jednego mężczyznę. Jego żoną i małym dzieckiem, którzy cały czas zszokowani patrzyli na to, co się dzieje z ich bliskim, nikt się nie zainteresował - opowiada zbulwersowany Czekalski. - Nie wiedziałem, jak mam to wyjaśnić swojemu synowi.

Leżący na ziemi był też potraktowany gazem.

- Nie ma żadnych podstaw do stwierdzenia, że interwencja była przeprowadzona w sposób niewłaściwy. Jeśli ten pan rzeczywiście czuje się oburzony, to zapraszamy to wydziału kontroli - proponuje komisarz Marcin Szyndler, rzecznik stołecznej policji.

Jednocześnie zaznacza, że wersja policji jest inna niż ta przedstawiana przez Czekalskiego. Mężczyzna, obywatel Wielkiej Brytanii, miał pokłócić się z obsługą hotelu i nie chciał zapłacić za pobyt. Policjanci twierdzą, że ubliżał zarówno jego pracownikom, jak i policjantom. Według funkcjonariuszy, swoim zachowaniem mógł zagrozić życiu rodziny. - Dlatego zastosowano środki przymusu bezpośredniego - jak się wyraził Szyndler. Po zatrzymaniu Brytyjczyka przewieziono na pogotowie przy Hożej, a stamtąd został odesłany na Nowowiejską, gdzie jest szpital psychiatryczny. Lekarz dał mu środki uspokajające. Potem cudzoziemiec trafił do celi. Usłyszał zarzuty wyłudzenia usługi konsumpcyjnej i znieważenia policjanta. W czwartek dogadał się z hotelem i wszystkie zarzuty wycofano.

Dla policji sprawa jest załatwiona. Dla pana Pawła nie. - Oburza mnie nieporadność mundurowych i fakt, że przepychanki i histeria kobiety z dzieckiem na ręku, które patrzyło, jak biją i szarpią jego ojca, trwały co najmniej dziesięć minut. Nie chcę też, by moje dziecko było świadkiem kolejnej tak nieudolnej interwencji. Jeżeli był powód do zatrzymania, to powinno się to odbyć sprawnie i trwać jak najkrócej - mówi.