Wójcik już wie, czemu Kasperczak i Janas nie chcieli Widzewa

W sobotę w Grodzisku Wielkopolskim Janusz Wójcik przekonał się, dlaczego Henryk Kasperczak i Paweł Janas nie chcieli poprowadzić Widzewa w czterech ostatnich meczach sezonu
Tydzień temu działacze łódzkiego klubu przyjęli dymisję Marka Zuba, dotychczasowego trenera. Następców szukali na wysokich półkach, ale ani Kasperczaka, ani Janasa nie skusili.

- Wójcik nie był na szczycie naszej listy, ale skoro wszyscy inni nam odmówili, to zdecydowaliśmy się właśnie na niego - tłumaczył jeden z działaczy.

Wójcik wrócił do pierwszej ligi po prawie czterech latach. W sezonie 2003/2004 nie udało mu się utrzymać w pierwszej lidze Świtu Nowy Dwór Mazowiecki (wtedy ściągnął go tam zresztą Wojciech S., ten sam, który kupował mecze w Widzewie i którego nowy właściciel klubu z Łodzi Sylwester Cacek natychmiast się pozbył...). Teraz też ma takie zadanie, ale kto wie, czy jeszcze nie trudniejsze.

- Jakie to uczucie wrócić do ligi? Żadne, bo przez blisko 25 lat prowadziłem kluby ligowe i zagraniczne reprezentacje. Akurat był taki okres, że nie pracowałem, bo byłem w parlamencie, ale wiedziałem, co się dzieje w piłce. Nic się nie zmieniło. Jak się przegrywa, to uczucie jest złe - mówił Wójcik po klęsce Widzewa z Groclinem.

W sobotę na własne oczy przekonał się, dlaczego Widzew jest tak nisko w tabeli i dlaczego nie wygrał jeszcze w tym sezonie meczu wyjazdowego. Jego piłkarze mieli ogromne problemy nawet z przyjęciem piłki i wymianą trzech podań, do tego w końcówce, chociaż gra nie była toczona w szybkim tempie, ze zmęczenia słaniali się na nogach. I co najważniejsze - grali bez bramkarza.

- Błędy Bartosza Fabiniaka były przerażające - twierdzi Wójcik. - To nie była gra na miarę pierwszej ligi. Nie wiem, co robili trenerzy, którzy go przygotowywali.

Jeszcze przed przerwą Fabianiak, którego w tym roku Leo Beenhakker powoływał na zgrupowanie kadry, popełnił dwa fatalne błędy, po których Widzew stracił dwa gole.

- W przerwie Fabiniak powiedział, że chce zejść z bramki. Ręce mi opadły - opowiadał Wójcik. - Chłop ma 196 cm wzrostu i nie idzie do lecącej piłki, tylko się kładzie. Z wieloma rzeczami miałem w piłce do czynienia, ale takich cudów nie widziałem. Graliśmy bez bramkarza.

Przed Wójcikiem ciężkie zadanie, bo drużyny, które też walczą o uniknięcie spadku, zdobywały w weekend punkty. Widzew płonie, a strażakowi Wójcikowi ciężko będzie ugasić ten pożar. Zwłaszcza że już w Grodzisku okazało się, że nawet z jego mitycznych zdolności motywatorskich nie zostało już nic.

- W kolejnym meczu gramy u siebie z Zagłębiem Sosnowiec i na pewno zagramy ofensywnie. Jest źle, ale jeszcze nie tragicznie - twierdzi jednak optymistycznie.