Około godziny 18 do polskiego biura LOT na lotnisku w Nowym Jorku zadzwonił ktoś z informacją, że na pokładzie rejsowego Boeinga, którym premier Donald Tusk leciał do USA znajduje się bomba. Informacja opóźniła potkanie Donalda Tuska z Polonią.
W maszynie podłożony został 11 funtowy, czyli około sześciokilogramowy ładunek - poinformował tajemniczy rozmówca.
Szef rządu i minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski wyszli z samolotu, ale pozostali pasażerowie spędzili w nim jeszcze godzinę, a to z powodu -nieprawdziwej jak się wkrótce okazało - informacji o bombie na pokładzie. Po opuszczeniu samolotu część członków delegacji i pasażerowie samolotu jeszcze przez dwie godziny siedzieli w autokarach, a w tym czasie sprawdzane były bagaże. PremierTusk to na spotkaniu z Polonią żartował, że Amerykanie przywitali go "bombowo".